Reklama

Codzienność mojej rodziny można by zamknąć w trzech słowach: dzieci, praca, kolacja. I tak od lat. Wstaję pierwsza, robię śniadanie, budzę dzieci, potem szkoła, przedszkole, praca, szybkie zakupy, obiad, lekcje, kąpiel, kolacja, bajka, spać. Zegar rządzi naszym życiem z precyzją wojskowego rozkazu. Paweł – mój mąż – mówi, że ma gorzej. Bo „ciągły stres”, „terminy go gonią”, „pracuje przecież na nasze wspólne dobro”. Więc nie narzekam. Staram się nie narzekać. Ale czasem czuję, jakby całe to „nasze dobro” kończyło się gdzieś na progu jego gabinetu.

Dzieci czekały na ferie. Zresztą nie tylko one – ja też. O tym wyjeździe marzyłam od września. Wieczorami, gdy dzieci zasypiały, siadałam z laptopem i przeszukiwałam oferty. Porównywałam hotele, liczyłam koszty, śledziłam promocje. Czekałam tylko, aż Paweł wreszcie powie: „Rezerwuj.”

– Jeszcze trochę i klikam rezerwację! – chwaliłam się koleżance w pracy, przesuwając palcem po zdjęciach pensjonatu w górach. – Mają osobny kącik zabaw, basen i śniadania w cenie. No i tylko cztery godziny drogi!

– A Paweł co mówi?

– Że zobaczy... Ale przecież już odkładaliśmy, nie?

No właśnie. Odkładaliśmy. Ja nie kupiłam sobie nowej kurtki. Dzieciom buty z wyprzedaży. Nawet z prezentami na święta byłam ostrożna. Bo ferie. Bo odpoczniemy. Bo zasługujemy.

– Paweł, serio? Znowu nie teraz? Dzieci czekają – powiedziałam wieczorem, kiedy po raz kolejny usłyszałam: „To nie jest dobry moment.” Patrzył w ekran, kiwał głową, ale tak naprawdę mnie nie słyszał.

Nie chciałam kłótni. Nie chciałam krzyczeć. Ale w środku coś we mnie wrzało. Raz. Jeden raz chciałam być tą, która decyduje. Która nie mówi „może innym razem”. Bo ile razy można odkładać siebie na później?

To później nigdy nie przychodziło

Był późny wieczór. Dzieci spały, w kuchni unosił się zapach kakao, które im zrobiłam przed snem. Paweł siedział w salonie, wpatrzony w telefon. Otworzyłam laptopa, żeby sprawdzić coś na koncie – miałam zamiar ostatecznie zdecydować, czy wystarczy nam pieniędzy na rezerwację. Liczyłam, że może jednak uda się zarezerwować ten wyjazd, zanim Paweł znajdzie nową wymówkę.

Przewinęłam historię transakcji i wtedy zobaczyłam to: przelew na 4300 złotych. Odbiorca – sklep z elektronicznym sprzętem. Stanęłam jak wryta. Sprawdziłam datę. Tuż po świętach. Nie pamiętałam, żebym kupowała coś tak drogiego. To nie był mój zakup. Zerknęłam jeszcze raz, dla pewności. Kwota była niepodważalna. Nie powiedziałam nic od razu. Usiadłam obok niego, udając spokój. Spojrzałam w ekran telefonu, który ściskał w dłoni, i zapytałam cicho:

– 4300 złotych na sprzęt? Co kupiłeś?

Nie podniósł wzroku. Westchnął głośno, jakby właśnie wrócił z biegu przez płotki, i rzucił:

– Dla mamy. Nowy telewizor. Nie mogłem patrzeć, jak ten stary... no, wiesz. Wstyd przed całą rodziną.

Zamknęłam oczy. Milczałam przez chwilę, a potem powiedziałam równie spokojnie:

– Rozumiem.

Ale nie rozumiałam. A nawet jeśli próbowałam – nie mogłam zaakceptować. Bo ile razy można dawać z siebie wszystko i dostawać w zamian pustą lodówkę pełną cudzych decyzji? Przez lata słyszałam: „Nie teraz, Marta. Poczekajmy. Muszę pomyśleć.” Zaciskałam zęby, godziłam się, odkładałam na później. Tylko że to później nigdy nie przychodziło. Tym razem nie chodziło już o wyjazd. Ani o pieniądze. Chodziło o wybór. O to, kto ma prawo do decyzji. Kto się liczy, a kto jest tylko tłem.

Decyduję sama

Następnego dnia nie rozmawialiśmy prawie wcale. Paweł wyszedł rano do pracy, jakby nic się nie stało. Nie pytał, czy się obraziłam, nie próbował wyjaśniać. Nawet nie spojrzał w moją stronę, kiedy mijał mnie w przedpokoju. Dla niego temat był zakończony. Zakupiony telewizor, sprawa zamknięta. Tylko że ja nie byłam już tą samą osobą, co tydzień temu.

Wzięłam laptopa. Otworzyłam zakładkę z ofertami ferii, które przeglądałam wieczorami przez ostatnie miesiące. Zamiast znów sprawdzać, czy mamy wystarczająco dużo, po prostu kliknęłam „Rezerwuj”. Bez pytania, bez konsultacji, bez kolejnego wieczoru pełnego zawieszonej ciszy. Zrobiłam to dla siebie. I dla dzieci. Zasługiwali na ten wyjazd tak samo jak ja. Gdy Paweł wrócił, siedziałam w kuchni, piłam herbatę. Nie czekałam z tą rozmową.

– Zarezerwowałam. Jedziemy – powiedziałam rzeczowo.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Jak to... Jedziecie? Beze mnie?

– Nie było cię przy decyzji o telewizorze. Nie będzie cię i przy tej.

Zamilkł. Widziałam, że próbuje zrozumieć, ale wciąż jeszcze nie potrafił.

– Przesadzasz. To przecież tylko telewizor. Dla mamy... Też oglądacie, jak jesteśmy u niej.

Nie odpowiedziałam. Mówił dalej, szukając argumentów, jakby to miało jeszcze znaczenie.

– Wiesz, że nie chciałem ci robić przykrości. Ale mama miała taki stary... a jak przyszliśmy na kolację, to aż mi wstyd było. Te dzieciaki z telefonami, a ona z tym telewizorem z ramą jak obraz olejny...

Nie drgnęłam.

– Marta, no przestań. Zareagowałaś zbyt ostro.

Zbyt ostro? Przez lata rezygnowałam ze wszystkiego. Ze spotkań z przyjaciółkami, z lepszej pracy, z kursów, które zawsze chciałam zrobić. I zawsze słyszałam to samo: „Nie teraz, może później, mamy ważniejsze wydatki.” Ale kiedy chodziło o telewizor dla jego mamy, jakoś potrafił się zdecydować w kilka dni.

– Nie jesteś wściekła?

– Nie – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Po prostu robię to, co ty już dawno robisz. Decyduję sama.

To przecież nie była fanaberia

Wieczorem pakowałam rzeczy dzieci. Otworzyłam walizkę, poukładałam ubrania, sprawdziłam rękawiczki, kombinezony, czapki. Pracowałam mechanicznie, bez pośpiechu, ale w środku czułam napięcie, którego nie umiałam nazwać. Paweł krążył po mieszkaniu. Nie siedział jak zwykle przy komputerze. Widział, co robię, i w końcu się odezwał.

– Marta... – zaczął, ale nie odpowiedziałam. Czekałam aż powie coś konkretnego. – Wiesz, że nie chciałem cię zranić.

– Ale zraniłeś.

Milczał chwilę, a potem wzruszył ramionami.

– To nic takiego. Przesadzasz.

Zamknęłam szufladę z dziecięcymi skarpetkami i spojrzałam mu w twarz.

– Nie. Nie przesadzam.

Nie odpowiedział. Zamilkł tak, jak milknie się wtedy, gdy nie ma już żadnych argumentów, tylko głupie poczucie, że coś wymknęło się spod kontroli. Usiadłam przy walizce, przełożyłam kilka rzeczy. Nie patrzyłam na niego.

– Myślisz, że to przez pieniądze? Że chodzi mi o te cztery tysiące?

Zerknął na mnie niepewnie, jakby szukał potwierdzenia, że to tylko frustracja, że może się jeszcze jakoś wycofać.

– To przecież nie była fanaberia. Nie kupiłem tego dla siebie...

– Wiem. Dla mamy. Zawsze dla kogoś. Zawsze są ważniejsze potrzeby. Tylko moje nigdy się nie liczą.

– Przesadzasz – powtórzył, ale teraz ciszej.

– Przestań mówić, że przesadzam. Ty nawet nie wiesz, co to znaczy rezygnować z siebie codziennie przez lata. Wiesz, co to znaczy odkładać na bok swoje potrzeby i czekać, aż ktoś uzna, że w końcu można ci coś dać? Nie prezent. Nie urlop. Tylko zwykłe „tak, Marta, masz prawo”.

Usiadł przy stole, położył ręce na blacie, jakby chciał go rozpłaszczyć siłą. Nie miał już nic do powiedzenia. Patrzył na mnie, ale jego wzrok był nieobecny.

– Może nie chcę już, żebyś tam z nami był. Może lepiej, żebyś zobaczył, co znaczy zostać w domu z własnymi wyborami.

Wstałam, wróciłam do walizki i zaczęłam pakować rzeczy dalej. Bez gniewu. Bez krzyku. Po prostu – spokojnie, konsekwentnie. Wiedziałam, że jeśli teraz się cofnę, wszystko wróci do normy. A ja nie chciałam już żyć w tej normie.

Nie musiałam się zgadzać na mniej, niż zasługuję

Wyjechaliśmy wcześnie rano. Dzieci spały jeszcze w samochodzie, ruszyłam ostrożnie, by nie zbudzić ich zbyt szybko. Droga była spokojna. Im dalej od domu, tym ciszej w mojej głowie. Nie słyszałam jego kroków, jego westchnień, jego tłumaczeń. Tylko radio grało cicho, a za oknami świat przybierał zimowe kolory. Pensjonat był prosty, ale przytulny. Gospodyni przywitała nas serdecznie, pokazała pokój, zaproponowała obiad. Dzieci natychmiast chciały wyjść na śnieg. Zjeżdżały na sankach, śmiały się, przewracały. Ich radość była prawdziwa, nieobciążona tym, co zostawiliśmy za sobą.

Usiadłam na ławce przy górce. Trzymałam termos z herbatą i patrzyłam, jak moje dzieci bawią się w najlepsze. Czułam się trochę jak ktoś, kto przygląda się własnemu życiu z boku. W pewnym momencie sięgnęłam po telefon. Odruchowo. Włączyłam ekran. Wiadomości brak. Przez chwilę chciałam zadzwonić do Pawła, powiedzieć mu, że dotarliśmy, że dzieci są szczęśliwe, że... Ale nie zrobiłam tego. Schowałam telefon z powrotem do kieszeni.

– Mamo, tato nie przyjedzie? – zapytał cicho mój syn, kiedy wracaliśmy z sankami do pensjonatu.

– Nie tym razem, kochanie – odpowiedziałam. Uśmiechnęłam się do niego, jakby to było coś zupełnie normalnego.

Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, siedziałam przy oknie. W pokoju panowała cisza. Widziałam, jak śnieg cicho opada na parapet, a światło latarni rozmywa się w mgle. Nie czułam żalu. Nie czułam euforii. Tylko spokój. Ten sam, który czuje się po wielu latach zaciśniętych ust, gdy wreszcie można przestać czekać na cud. Może to tylko tydzień. Może wrócimy do domu i nic się nie zmieni. Ale dla mnie to był pierwszy tydzień, kiedy nie musiałam się zgadzać na mniej, niż zasługuję.

Zasługuję na coś więcej

Wróciliśmy w niedzielę wieczorem. Dzieci spały na tylnym siedzeniu, zmęczone, ale szczęśliwe. W aucie panowała cisza, której nie chciałam zagłuszać żadną muzyką ani słowami. Gdy podjechałam pod blok, zobaczyłam, że światło w kuchni się pali. Paweł czekał. Otworzył drzwi, pomógł mi z walizkami. Nie powiedział nic. Nawet nie zapytał, jak minęła podróż. Poszliśmy razem do kuchni, jakbyśmy codziennie wracali z takich wyjazdów. Dzieci zaniosłam do łóżek, przykryłam je kołdrami. Spojrzałam na ich twarze – spokojne, rozluźnione. Tego spokoju nie miałam zamiaru już oddać. Wróciłam do kuchni. Paweł siedział przy stole, trzymał w dłoniach kubek z herbatą.

– Dobrze się bawiliście? – zapytał, bez ironii, bez żalu. Po prostu.

Zatrzymałam się przy drzwiach.

– Tak. A ty?

Nie odpowiedział od razu. Skinął tylko głową, jakby to wszystko, co chciał powiedzieć, nie miało już znaczenia. Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy spróbujemy coś odbudować, czy tylko pozbieramy z podłogi to, co zostało, i rozejdziemy się w milczeniu. Ale wiem jedno: do tej kobiety, którą byłam wcześniej, już nie wrócę. Nie będę więcej czekać, aż ktoś pozwoli mi żyć. Zasługuję na coś więcej niż wieczne „może później”. I teraz już wiem, że nie muszę się nikogo o to prosić.

Marta, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama