Reklama

Miesiące mijały, a nasze życie z Michałem coraz bardziej przypominało ciszę po burzy. Tylko że żadna burza się nie wydarzyła — po prostu wszystko ucichło. Kiedyś nie mogliśmy przestać gadać, dziś kolacja wyglądała jak nieme przedstawienie: dwa talerze, dwa smartfony i ani jednego pytania „jak minął dzień?”. Wieczorami siedzieliśmy obok siebie na kanapie, ale każdy był w innym świecie. On w ekranie, ja w swoich myślach.

Pamiętam dzień, w którym powiedziałam:

— Może wyjedźmy w góry? Tak po prostu, na chwilę.

Michał wzruszył ramionami.

— Spoko. — To nie było „tak, świetny pomysł!”. To było obojętne „spoko”. A jednak coś we mnie pękło. Bo Tatry kiedyś były naszym miejscem. Tam pierwszy raz mnie pocałował, tam powiedział, że mnie kocha. Tam, na szlaku do Doliny Pięciu Stawów, zatrzymał się i rzucił: — Chciałbym, żebyśmy się nie zgubili. Nigdy.

Teraz nie wiedziałam, czy jeszcze go kocham, czy już tylko za nim tęsknię. Ten wyjazd był ostatnią próbą. Może, jeśli zmienimy scenerię, coś się jeszcze uratuje.

Może ten wyjazd był błędem

— Chcesz kawy? — spytałam, sięgając po czajnik.

— Zrobiłem sobie już — odpowiedział, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Dzisiaj miał padać śnieg.

— Spoko.

Zamilkliśmy. Siedzieliśmy przy śniadaniu, ale mogłam równie dobrze być sama. Michał odsunął talerz, wstał, podszedł do okna i stanął tyłem. Nawet nie zapytał, czy chcę gdzieś dziś iść. W tle leciała muzyka z radia, ale nie słyszałam słów, tylko szuranie krzesła, stuk filiżanki, oddechy. Tyle zostało z naszej rozmowy. Spacerowaliśmy później po okolicy, wśród świerków przykrytych śniegiem. Wcześniej nie mogliśmy się nagadać, zagadywaliśmy ciszę, żeby tylko nie przegapić żadnej myśli, żadnego spojrzenia. Teraz każde słowo wydawało się ciężkie i zbędne. Jakbyśmy grali w filmie o ludziach, którzy kiedyś się kochali.

Michał robił zdjęcia, ale nie pokazał mi ani jednego. Nie zapytał, czy chcę jakieś wspólne. Po prostu szedł. Raz zapytałam, czy coś go gryzie. Wzruszył ramionami. Wiedziałam, co to znaczy. Że nie chce mówić. Albo nie ma już nic do powiedzenia. Może ten wyjazd był błędem. Może nie da się naprawić czegoś, co wygasło, zanim zdążyliśmy zrozumieć, jak bardzo to było ważne. A może po prostu byliśmy zbyt zmęczeni, żeby walczyć.

Zatrzymałam się

Szliśmy dobrze znaną trasą, przynajmniej tak nam się wydawało. Przed laty przeszliśmy ją kilka razy, zawsze z uśmiechem, z plecakami pełnymi kanapek i głowami pełnymi głupot, które nas wtedy bawiły. Teraz śnieg przysypał znaki, zamglił kontury, a szlak, który kiedyś był oczywisty, nagle stał się nieczytelny. Michał co chwilę spoglądał w telefon, marszczył brwi. Ja patrzyłam w drzewa, które wyglądały tak samo, jak kilkadziesiąt metrów wcześniej.

— To chyba nie tędy — powiedziałam, zatrzymując się przy rozwidleniu.

Zawsze wiedziałaś, gdzie iść, to prowadź — rzucił bez cienia ironii, jakby podawał mi obciążenie, którego sam nie chciał już dźwigać.

— Nie jestem twoim GPS-em, Michał.

Zatrzymałam się. Nie dlatego, że droga była trudna. Po prostu nie miałam siły iść dalej z tym, co właśnie powiedział. Patrzyłam na niego, ale on nie patrzył na mnie. Stał lekko bokiem, jakby był już w drodze w inną stronę. Miałam ochotę odejść, powiedzieć: to ty się martw, gdzie jesteśmy, ja już nie mam siły. Ale właśnie wtedy Michał wyciągnął rękę i złapał moją dłoń. Nie spojrzał na mnie, nie powiedział ani słowa. Po prostu trzymał. Mocno. Jakby bał się, że zniknę. Nie odezwałam się. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia. Po prostu wiedziałam, że ten gest znaczy więcej niż jakiekolwiek przeprosiny.

To było idiotyczne

Dotarliśmy do schroniska przemoczeni, z policzkami czerwonymi od mrozu. W butach chlupało, kurtki nasiąkły wodą, a ręce mieliśmy tak zmarznięte, że ledwo trafialiśmy w klamkę. W środku było cicho i ciepło. Pusty hol pachniał mokrym drewnem i jedzeniem. Bez słowa zdjęliśmy okrycia i usiedliśmy na ławce pod kaloryferem. Przez chwilę nie robiliśmy nic. Siedzieliśmy, jakbyśmy dopiero co uciekli przed czymś większym niż śnieg i wiatr. Michał zaczął się śmiać, zupełnie niespodziewanie. Zdziwiłam się, spojrzałam na niego, a on, wciąż śmiejąc się cicho, powiedział:

Wyglądasz jak bałwan. Ale mój.

To było idiotyczne. I śmieszne. I dlatego też się zaśmiałam. Przez te parę sekund znowu byliśmy razem. Nie jak ludzie próbujący się poskładać z resztek, ale jak dawniej. Jak wtedy, gdy wystarczył śnieg, herbata i jego ręka na moim karku. Zamówiliśmy zupę. Grochówkę, bo nic innego nie zostało. Michał wyciągnął koc z plecaka i przykrył nim nas oboje. Milczeliśmy, ale to już nie była ta sama cisza, co rano w pensjonacie. Nie bolała. Nie ciążyła. Była spokojna.

Po długiej chwili przerwałam ją.

— Chcesz jeszcze próbować?

Spojrzał na mnie. Tym razem naprawdę. Jakby pierwszy raz od miesięcy mnie widział.

Zacznijmy wszystko od nowa, tu.

Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Wystarczyło, że nie odsunęłam się spod jego ramienia.

On tam wciąż był

W samochodzie nie puszczaliśmy muzyki. Nie rozmawialiśmy też zbyt wiele. Ale tym razem ta cisza nie była pusta. Trzymałam Michała za rękę, opierając głowę o szybę. Droga wiła się wśród drzew, śnieg przylegał do gałęzi, jakby próbował je jeszcze przez chwilę zatrzymać w zimie. Nie mówił, że żałuje. Nie przepraszał. I dobrze. Bo nie o słowa chodziło. Wpatrywałam się w krajobraz, który mijaliśmy za oknem, i myślałam o nas. O wszystkich wieczorach, kiedy udawaliśmy, że nie widzimy, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. O chwilach, gdy odwracaliśmy wzrok, bo baliśmy się, co zobaczymy w oczach tego drugiego.

Zaczęliśmy się gubić dużo wcześniej, zanim przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Gubiliśmy się w milczeniu, w przekładanych rozmowach, w „potem”, które nigdy nie nadchodziło. Ale nikt nie krzyczał, nikt nie trzaskał drzwiami. Zostawialiśmy siebie nawzajem w ciszy, tak delikatnie, że prawie tego nie czuliśmy. Aż przyszedł ten szlak. Ta mgła. Ten chłód. Patrzyłam teraz na jego dłoń, która trzymała moją. I wiedziałam, że może się jeszcze pogubimy. Może przyjdą kolejne zimy, kolejne zmęczenia. Ale nie jestem już sama. On tam wciąż był. Michał. Może już nie ten sam. Może bardziej ostrożny, mniej beztroski. Ale nadal mój.

Trzymaliśmy się za ręce

Od tamtego wyjazdu minęło kilka tygodni. Wróciliśmy do pracy, do codzienności, do zlewów pełnych naczyń i zakupów w pośpiechu. Nic nie zmieniło się radykalnie. Nie zaczęliśmy nagle mówić do siebie wielkich słów, nie spędzaliśmy każdej nocy tuląc się do siebie jak zakochani nastolatkowie. Ale było inaczej. Michał robił herbatę dla dwojga, zanim ja o niej pomyślałam. Ja wieszałam jego kurtkę, kiedy rzucał ją na krzesło. Zostawiałam mu karteczki przy lustrze. Pisał „wrócę wcześniej”, a naprawdę wracał.

Trzymaliśmy się za ręce. Może nie przez cały dzień, ale wystarczająco często, żeby pamiętać, co znaczy dotyk. Oglądaliśmy filmy razem. Nie zawsze je komentowaliśmy, ale byliśmy obok.
Nadal bywają dni, gdy każde z nas chce zniknąć. Gdy znowu boimy się powiedzieć za dużo. Ale wiemy jedno — tamten moment w śniegu, na zagubionym szlaku, był dla nas początkiem. Nie spektakularnym powrotem. Początkiem codziennego trzymania się za ręce. Codziennego „jestem”. Czasem błądzimy, ale nie odpuszczamy. Nawet jeśli trzeba w tym błądzeniu trwać trochę dłużej.

Julia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama