„Miałem zabrać ukochaną w góry, a ona zerwała ze mną jednym SMS-em. Wyjechałem sam i znalazłem prawdziwą miłość”
„Ścieżka prowadziła przez las, skrzypiący od mrozu. W kieszeni miałem termos z herbatą, którego nawet nie planowałem brać. Ot, odruch. Szło się dobrze, nogi same niosły. Dopiero po kilkunastu minutach zauważyłem, że ktoś idzie z naprzeciwka. Kobieta, może kilka lat młodsza ode mnie. Z kijkami, w ciepłej kurtce, z czerwonym nosem i rumianymi policzkami”.

Zawsze lubiłem planować rzeczy z wyprzedzeniem: rezerwacje, niespodzianki, wyjazdy. Może to trochę banalne, ale wierzyłem, że romantyczny gest potrafi rozgrzać serce nawet w największy mróz. Dlatego kiedy zbliżała się nasza rocznica, zarezerwowałem domek w górach. Marzyła mi się śnieżna sceneria, wspólne spacery, gorąca czekolada przy kominku. Wszystko miałem dopięte na ostatni guzik. Niestety, życie jak zwykle przypomniało mi, że nawet najlepiej przemyślany plan można zniszczyć jedną wiadomością. Dostałem kosza esemesem. Bez wyjaśnienia, bez przeprosin. Przez chwilę myślałem, że odwołam wszystko, ale coś mnie tknęło. Spakowałem się i pojechałem sam. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to będzie najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć.
Nie miałem celu
— Rezerwacja na nazwisko Z. — powiedziałem cicho, niemal ze wstydem.
Dziewczyna w recepcji spojrzała na mnie z uśmiechem, choć chyba zauważyła, że jestem sam. Zerknęła w ekran komputera i odrzekła:
— Domek numer osiem. Romantyczny, z kominkiem. Idealny dla... — Zamilkła, widząc, że moje spojrzenie gdzieś ucieka. — Miłego pobytu.
Wszedłem do środka z jednym plecakiem i górą ciężkich myśli. Wszystko było tak, jak sobie wymarzyłem: sterta drewna, widok na góry, śnieg za oknem i cisza. Tylko jej brakowało. Kiedy trzy dni wcześniej napisała mi, że „potrzebuje przestrzeni” i „to nie ma sensu”, byłem w szoku. Miałem nadzieję, że coś się zmieni, że jednak się rozmyśli. Nie rozmyśliła się. Milczała od tamtej pory.
Wrzuciłem drewno do kominka, usiadłem w fotelu i nalałem sobie kieliszek wina, tego naszego ulubionego. Cisza w domku była nie do zniesienia. Wziąłem kurtkę i wyszedłem. Potrzebowałem się przejść, wyjść z tego duszącego kokonu żalu. Nie miałem celu. Po prostu szedłem, zostawiając za sobą ślady w śniegu.
Ruszyliśmy razem
Ścieżka prowadziła przez las, skrzypiący od mrozu. W kieszeni miałem termos z herbatą, którego nawet nie planowałem brać. Ot, odruch. Szło się dobrze, nogi same niosły. Dopiero po kilkunastu minutach zauważyłem, że ktoś idzie z naprzeciwka. Kobieta, może kilka lat młodsza ode mnie. Z kijkami, w ciepłej kurtce, z czerwonym nosem i rumianymi policzkami.
— Dzień dobry — rzuciła pierwsza.
— Dzień dobry — odpowiedziałem, myśląc, że zaraz się miniemy. Ale się zatrzymała.
— Zgubiłam szlak. Miał prowadzić do schroniska na polanie. Zna pan tę trasę?
— Trochę. Mieszkam tu... znaczy, jestem w domku, ale znam okolicę.
— Super. Bo idę już chyba godzinę i zaczęłam się kręcić w kółko. — Popatrzyła na mnie tak naturalnie, bez niepokoju, jakby wiedziała, że może mi zaufać. Zaoferowałem, że ją odprowadzę. Ruszyliśmy razem.
— Jagoda — przedstawiła się, poprawiając czapkę.
— Michał.
Nie pytała, czemu chodzę sam. Ja też nie pytałem, co ona tu robi. Rozmawialiśmy o górach, o pogodzie, o śniegu. Bez napięcia, bez masek — tak po prostu.
Spojrzała na mnie uważnie
Schronisko na polanie było niemal puste. W środku tylko starszy facet przy piecu i młoda dziewczyna za ladą. Pachniało zupą pomidorową i mokrymi rękawiczkami. Usiadłem z Jagodą przy oknie, z którego widać było śnieg osiadający na gałęziach świerków.
— Dawno nie byłam w górach — powiedziała, wpatrując się w parujący kubek herbaty. — Ostatnio chyba na studiach.
— A co cię tu przywiało?
Wzruszyła ramionami.
— Samotność. Chciałam zobaczyć, jak to jest być samotną i... nie oszaleć. Wiesz, ile hałasu jest na co dzień wokół?
— Wiem. Właśnie od niego uciekłem.
Spojrzała na mnie uważnie.
— Uciekłeś, czy ktoś cię wyrzucił?
Zaśmiałem się gorzko.
— Raczej jedno i drugie.
Nie dopytywała. I za to ją polubiłem. Czasem wystarczy obecność, nie słowa. Siedzieliśmy w milczeniu, jakby każde z nas wiedziało, że ten spokój jest czymś wyjątkowym.
— Wrócisz tą samą drogą?
— Tak. — Odstawiła pusty kubek. — Jeśli nie masz nic przeciwko, pójdę z tobą.
Nie miałem. Ba, po raz pierwszy od dawna czułem, że nie chcę być sam. Nawet przez chwilę.
Zrobiliśmy kolację
Kiedy wracaliśmy, słońce zaczynało się chować za górskie grzbiety. Nie było już tak zimno, jak rano, a Jagoda rozgadała się na dobre. Opowiadała o swoim psie, który został u jej rodziców, o pracy w galerii sztuki i o tym, że nie znosi grudnia, bo wszyscy są wtedy sztucznie mili.
— A ty? Co robisz, jak nie uciekasz w góry?
— Projektuję wnętrza. Głównie biura. Teraz miał być urlop... i rocznica.
— Nie wyszło?
Pokręciłem głową. Nie musiałem nic dodawać.
— No to dobrze, że tu jesteś — uśmiechnęła się.
Gdy dotarliśmy do domku, zaprosiłem ją na herbatę. Może z grzeczności, a może... z potrzeby. Usiadła przy kominku, zdjęła buty i grzała skarpetki przy ogniu.
— Ale tu pachnie. Drzewem i czymś jeszcze... chyba spokojem.
Zaśmiała się, kiedy stłukłem kubek.
— Mówisz, że tu był ktoś inny, ale chyba ten domek nie narzeka na zmianę lokatorki.
Zrobiliśmy kolację. Bardzo prostą: chleb, ser, herbata z cytryną. Śmiała się, kiedy krzywo kroiłem pomidora, a ja patrzyłem na nią, jakby była z innego świata. I nagle, po raz pierwszy od dawna, poczułem coś dziwnego. Że chcę, by została jeszcze chwilę.
Uśmiechnęła się
Została na noc. Było późno, a ona nie chciała wracać sama do pensjonatu przez las. Pościeliłem jej kanapę, dałem dodatkowy koc. Zasypiała szybko, bez zbędnych rozmów, a ja siedziałem jeszcze chwilę przy kominku, słuchając jej spokojnego oddechu. Dawno nikt nie spał tak blisko mnie. I wcale nie było mi z tym źle.
Rano zaproponowałem, żeby została na śniadanie.
— Tylko nie każ mi jeść twoich pomidorów — mruknęła z uśmiechem, wychodząc z łazienki z potarganymi włosami i kubkiem kawy.
Nie była idealna. Miała nierówno przycięte paznokcie, głośno się śmiała, mówiła za szybko, a czasem gubiła wątek. I może właśnie dlatego... była jak świeże powietrze. Nie musiałem niczego udawać. Nie patrzyła na mnie jak na gościa, który „został sam”, tylko jak na kogoś, z kim dobrze się milczy.
— Może... jeszcze się spotkamy, zanim wyjedziesz? — zapytała, kiedy się żegnaliśmy.
— Może. A może nie poczekamy do wyjazdu — odpowiedziałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Uśmiechnęła się. Prawdziwie. A ja wiedziałem, że coś właśnie się zaczyna.
Czasem trzeba pojechać samemu
Nie wróciłem z tego wyjazdu jako ten sam facet, który tam przyjechał. Może to brzmi patetycznie, ale kiedy codzienność wali się na głowę, człowiek przestaje wierzyć, że coś dobrego może się jeszcze wydarzyć. A potem spotyka kogoś, kto siedzi w twoim domku, w twoim fotelu, z twoim kubkiem w dłoni, i nagle wszystko ma sens.
Jagoda została jeszcze kilka dni. Chodziliśmy na spacery, milczeliśmy przy ognisku, gadaliśmy o niczym do późna. Nie robiliśmy zdjęć. Może właśnie dlatego pamiętam każdą chwilę tak wyraźnie.
Nie zapytała, czy ktoś złamał mi serce. Ja nie pytałem, czy ona przed czymś ucieka. Może dlatego, że oboje już wiedzieliśmy. I nie chcieliśmy grzebać w tym, co było. Tylko iść dalej — razem.
Teraz, kiedy wracam do tego domku w górach, zawsze zabieram ze sobą dwa kubki i herbatę z cytryną. Jagoda mówi, że dalej nie umiem kroić pomidorów, ale przynajmniej się staram. Miłość nie zawsze przychodzi wtedy, gdy ją zaplanujesz. Czasem trzeba pojechać samemu w góry i pozwolić, żeby to ona cię znalazła. Tak po prostu. W śniegu, w ciszy, w rozmowie, która nie musi niczego udowadniać.
Michał, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wstyd mi, że nie stać mnie, by opłacić córce ferie w Zakopanem. Gdy wyznałem prawdę, jej reakcja powaliła mnie na kolana”
- „Marzyłam, by stanąć na ślubnym kobiercu, ale mój luby wystawił mnie do wiatru. W końcu odpłaciłam się pięknym za nadobne”
- „Matka po cichu spłacała długi ojca. Nie wiedziałam, że to przez niego w lodówce mamy tylko światło”

