„Miałam w planach ślub i dziecko w drodze. Nie wiedziałam tylko, że mój narzeczony też ma to wszystko, ale razy dwa”
„Powiedział to tak spokojnie, z taką pewnością, że aż mnie zatkało. Nie pamiętam, czy odpowiedziałam od razu, czy tylko kiwnęłam głową. On mnie objął, a potem razem płakaliśmy. To już nie była tylko miłość. Było jak w bajce”.

Mam 28 lat, pracuję w korporacji w Warszawie, pochodzę z tak zwanego „dobrego domu”. Moi rodzice są zamożni, choć emocjonalnie raczej chłodni – raczej wspierają, niż przytulają. Nigdy niczego mi nie brakowało, ale też nauczyłam się nie ufać w stu procentach nikomu. Zwłaszcza facetom. Byli, znikali, oszukiwali, zdradzali. Dlatego, kiedy poznałam Mateusza, długo nie mogłam uwierzyć, że może być inaczej.
Mateusz był spokojny, troskliwy, pracował w IT. Pochodził z mniejszej miejscowości, miał skromnych, ale ciepłych rodziców, których nigdy nie poznałam. Sam mówił, że nie chce, żebym miała z nimi kontakt – że są trochę „dziwni”, że nie rozumieją jego życia w mieście. Wierzyłam mu. Mówił, że mnie kocha, że marzy o mieszkaniu, o rodzinie. Plany miał konkretne: kredyt, remont, ślub. I dziecko – kiedyś.
Tyle że to „kiedyś” przyszło szybciej, niż się spodziewaliśmy. Dwa miesiące po moich urodzinach zobaczyłam dwie kreski na teście. Trzymałam go w ręce i czułam, jak mi serce bije gdzieś jakby poza mną. Byłam przerażona. Myślałam, że Mati powie: „To nie czas, nie miejsce”. A on się rozpłakał. A pewnego razu przyklęknął. Poprosił, żebym została jego żoną. Wtedy mu uwierzyłam. Naprawdę myślałam, że to początek najpiękniejszego etapu mojego życia. Jeszcze nie wiedziałam, że to był początek końca.
Planowałam ślub jak z bajki
Oświadczył mi się w styczniu, dwa tygodnie po Nowym Roku. Przy świecach. W naszym mieszkaniu, które wynajmowaliśmy razem od pół roku. Przyszłam zmęczona po pracy, a on siedział przy stole, ubrany w białą koszulę. Na stole stała ugotowana kolacja. W tle leciał jazz. Zapytałam, czy jest jakaś okazja. Uśmiechnął się tylko i wyjął z kieszeni małe pudełko.
– Zostań moją żoną, Aga. Mamy dla kogo żyć. Jesteśmy rodziną. Tylko brak nam obrączek.
Powiedział to tak spokojnie, z taką pewnością, że aż mnie zatkało. Nie pamiętam, czy powiedziałam „tak” od razu, czy tylko kiwnęłam głową. Przypominam sobie tylko, jak mnie objął, a potem razem płakaliśmy. To już nie była tylko miłość. To była odpowiedzialność, wspólna przyszłość, dziecko.
Rodzice przyjęli to... chłodno. Mama zapytała, czy jestem pewna. Tata nie powiedział nic. Tylko hojny przelew „na wyprawkę” przyszedł dwa dni później. Mateuszowi to nie przeszkadzało. Twierdził, że da radę sam, że jak tylko dostanie awans, będziemy niezależni. I najważniejsze – mieszkanie. Planował wziąć kredyt. Pokazywał mi oferty, rozpisywał raty, dzwonił do banków.
– Musimy zdążyć przed porodem. Nie chcę, żeby nasze dziecko wychowywało się w wynajmowanym.
Wierzyłam mu. Patrzyłam, jak siedzi wieczorami przy laptopie, coś przelicza, pisze maile. Mówił, że to wszystko dla nas. A ja chciałam wierzyć, że naprawdę jestem dla niego wszystkim. Chociaż czasami… czułam, jakby czegoś nie mówił. Jakby coś kalkulował. Odganiałam te myśli. Przecież miałam pierścionek. Brzuch, który powoli rósł i faceta, który chciał być ojcem.
Wszystko szło idealnie
Pobraliśmy się w marcu. Ślub był szybki, kameralny, zorganizowany w urzędzie. Wesele w sali w restauracji. Miałam na sobie prostą, koronkową sukienkę, którą kupiłam w galerii handlowej. Brzuch był już lekko widoczny, ale nie tak bardzo, żeby ktoś się domyślił, jeśli nie wiedział. Mateusz wyglądał świetnie – szary garnitur, starannie przystrzyżone włosy, pewność w oczach.
Rodzina Mateusza przyjechała z jego rodzinnego miasteczka. Cicha, nieśmiała matka, dwóch braci w za dużych marynarkach i wujek, który już od progu pachniał gorzałą. Moja rodzina – elegancka i chłodna jak zawsze. Zdjęcia wyglądają pięknie, ale w powietrzu wisiało coś... dziwnego. Jakby wszyscy grali role, ale nikt nie czuł tego naprawdę.
Wesele było skromne, na trzydzieści osób. Muzyka, tort, zimna płyta. Tylko wtedy, kiedy już zaczęłam czuć ulgę, że wszystko się udało – pojawiła się ona. Dziewczyna, na oko może ze 25 lat. Atrakcyjna, ale zmęczona. Wysoka, jasne oczy. Podeszła do mnie, kiedy wychodziłam na taras odetchnąć.
– Cześć – powiedziała. – Nazywam się Klaudia. Wiem, że to dziwne, ale muszę ci coś powiedzieć.
Zmarszczyłam brwi.
– Co?
– Powinnaś znać prawdę. On... Mateusz mówił, że cię rzuci, jak tylko podpisze umowę na kredyt, załatwi go na siebie. Że masz kasę. I że wróci do mnie. A ja też jestem w ciąży.
Patrzyłam na nią, nie mogąc wykrztusić słowa. Zaczęło mi dzwonić w uszach. Zrobiło mi się gorąco i zimno jednocześnie. Czy to jakiś żart?
– Co ty wygadujesz? – wyszeptałam.
– Wiem, że to trudne. Ale musisz to wiedzieć. On tylko udaje.
Nie chciałam w to wierzyć
Wyszłam. Po prostu wyszłam z tej sali, zostawiając wszystkich – muzykę, ludzi, Mateusza. Deszcz zaczął padać znikąd, cienką, wiosenną mżawką, ale nic mnie to nie obchodziło. Szłam przed siebie w ślubnych butach po mokrym chodniku.
– Agata! – usłyszałam za plecami. – Aga, stój! Poczekaj!
Mateusz dogonił mnie kilka metrów dalej, próbując mnie złapać za ramię, ale się wyrwałam.
– Co ty wyprawiasz?
– Kim jest Klaudia? – zapytałam bez owijania w bawełnę. – I dlaczego twierdzi, że wrócisz do niej, jak tylko dostaniesz kredyt?
Zaczął bełkotać.
– To nie tak… Ona… To tylko przeszłość. Nic nie znaczyła. Zmyśliła to, jest zazdrosna, bo mnie straciła.
– Jest w ciąży – powiedziałam cicho. – Tak samo jak ja. To też sobie zmyśliła?
Zamilkł. Stał przez chwilę, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowa, ale jego twarz już nie miała tej pewności, jak kiedyś. Teraz widziałam nerwowy tik w kąciku ust. Oczy wbite gdzieś w bruk.
– Aga, posłuchaj, to był trudny czas. Byliśmy wtedy w kryzysie, nie wiedziałem, czy my w ogóle przetrwamy. Wyszło przypadkiem, serio. Ale teraz kocham tylko ciebie. Ciebie i nasze dziecko.
– Przypadkiem? – zaczęłam się śmiać. – Przypadkiem planowałeś wrócić do niej, jak tylko podpiszesz kredyt? Przypadkiem układałeś sobie życie za moimi plecami?
Zaczął mnie obejmować, ale go odepchnęłam.
– Nie dotykaj mnie.
Stał z rękami w powietrzu, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Wszystko, w co wierzyłam, właśnie się rozpadło. Najszczęśliwszy dzień mojego życia właśnie stał się najgorszym.
Prowadził podwójne życie
Znalazłam ją przez media społecznościowe. Miała wspólne zdjęcia z Mateuszem sprzed kilku miesięcy. Jego ręka na jej biodrze. Uśmiechy, których nigdy nie widziałam u niego przy mnie. Napisałam: „Chcę porozmawiać. Tylko we dwie”. Odpisała po godzinie. Spotkałyśmy się następnego dnia w małej kawiarni na Powiślu.
Klaudia wyglądała... inaczej. Nie tak pewnie jak na zdjęciach. Miała ciemne cienie pod oczami, była bez makijażu. Siedziała już przy stoliku, z rękami splecionymi na filiżance herbaty. Kiedy mnie zobaczyła, wstała. Usiadłam naprzeciwko. Nie miałam siły się uśmiechać.
– Chcę znać prawdę. Wszystko.
Westchnęła ciężko. Wyjęła z torebki telefon i zaczęła przewijać galerię. Pokazała mi screeny wiadomości od Mateusza. O tym, że „jeszcze chwilka”, że „ona (czyli ja) się zakochała i wszystko pójdzie gładko”, że „trzeba ją trzymać w przekonaniu, że to miłość”.
– Ja też nie wiedziałam, że bierzecie ślub – powiedziała. – Mówił, że się rozstaniecie. Że jesteście tylko ze sobą z przyzwyczajenia. O ciąży dowiedział się ode mnie kilka tygodni temu.
– I co powiedział?
– Że to wszystko komplikuje. Że musi się z tym przespać.
Zacisnęłam dłonie pod stołem. Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam im popłynąć.
– Nie przyszłam po litość – powiedziałam. – Chcę tylko wiedzieć, z kim dzielę życie.
– Też się czuję wykorzystana. I ja też będę matką – spojrzała na mnie poważnie. – Może obie zasługujemy na coś lepszego.
Milczałam. Po raz pierwszy od dawna – naprawdę się z kimś zgadzałam.
Zadałam mu jedno ważne pytanie
Zaprosiłam go do tej samej kawiarni, gdzie dzień wcześniej spotkałam się z Klaudią. Chciałam, żeby wszystko było czyste, jasne, bez emocji. Byłam naiwna. Przyszedł punktualnie. W granatowej koszuli, jakby wybierał się na rozmowę o pracę, a nie o swojej podłości. Usiadł, patrzył mi prosto w oczy.
– Dziękuję, że się odezwałaś. Wiem, że zawaliłem. Ale naprawdę...
– Tylko nie mów, że mnie kochasz – przerwałam mu cicho. – Nie mów, że to był błąd. Nie mów, że ona nic nie znaczyła.
Wyciągnęłam telefon i pokazałam mu screeny. Czytał. Twarz mu pobladła.
– To było... inaczej. Inaczej to planowałem. Aga, ja...
– Serio? Planowałeś?
Zamilkł. Potem opuścił wzrok.
– Na początku tak. Myślałem, że to będzie łatwe. Że masz kasę, wpływy, że załatwimy mieszkanie, a potem... wrócę do niej. Ale potem zaszłaś w ciążę. I coś się zmieniło. Naprawdę. Pokochaliśmy się.
Popatrzyłam mu prosto w twarz.
– Powiedz mi jedno – zapytałam cicho. – Gdyby nie było dziecka... Gdybym nie miała oszczędności, dostępu do doradców, znajomości w banku... Gdybym nie miała nic – byłbyś ze mną?
Milczał. Cisza powiedziała mi wszystko. Wstałam, zostawiając na stole pierścionek.
– Będziesz płacił alimenty. Ale to wszystko, czego od ciebie chcę.
Nie zatrzymał mnie.
Straciłam nadzieję na zmiany
Nie wiem, czy jestem silna. Wcale się taka nie czuję. Budzę się rano i czasem przez kilka sekund łudzę się, że wszystko jest jak dawniej. Że Mateusz śpi obok, że nie ma Klaudii, nie ma kłamstw, że jesteśmy dalej razem. A potem czuję brzuch i przypominam sobie wszystko.
Zostałam sama. Dziecko rośnie, tak jak powinno. Lekarze mówią, że wszystko jest w porządku. Mam wsparcie – rodzice nie pytają o wszystko, ale pomagają. Chodzę na terapię. Uczę się nazywać rzeczy po imieniu: „zdrada”, „manipulacja”, „naiwność”.
Czasem włączam rozmowy z Klaudią w komunikatorze. Wysyłamy sobie krótkie wiadomości. Ona też zostawiła Mateusza. Mieszka z matką, mówi, że boi się, jak będzie, ale przynajmniej już nie żyje w kłamstwie. Mateusz czasem coś pisze. Dwa, trzy razy w tygodniu. „Chcę cię wspierać”, „Kocham cię”, „Przemyślałem wszystko”. Nie odpisuję. Nie potrafię. Nie chcę.
Zaczynam powoli myśleć o tym, jak będzie wyglądać moje życie z dzieckiem. Samotnie. Inaczej. Nie wiem, jak sobie poradzę. Wiem, że nie chcę już nigdy żyć w świecie, gdzie miłość znaczy „zysk”. Czasem trzeba upaść, żeby zobaczyć, kto naprawdę stoi obok. Ja upadłam i zostałam tylko ja – i moje dziecko. To musi mi wystarczyć.
Agata, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój chłopak skakał z radości, gdy powiedziałam o ciąży. Nie chciałam łamać mu serca i mówić, że nie jest ojcem”
- „Moje życie polegało tylko na pędzeniu za karierą i pieniędzmi. Wszystko zmieniło się, gdy poznałam pewną staruszkę”
- „Rodzina chciała zrobić szopkę z chrztu mojej córki. A ja nie potrzebuję ani białych koronek, ani kotleta na obiad”

