„Miałam najlepszą przyjaciółkę na świecie i ukochanego męża. Nie przewidziałam, że oboje mnie zdradzą”
„To odsuwanie się bolało najbardziej. Fizyczna obecność przy jednoczesnym emocjonalnym chłodzie jest gorsza niż samotność. Zaczęłam czuć się w naszym własnym domu jak intruz. Przestał pytać, jak minął mi dzień”.

Byłyśmy jak siostry, a on był miłością mojego życia. Kiedy fundamenty twojego świata pękają, nie słychać huku. Słychać tylko ciche kliknięcie myszki komputerowej, które odsłania prawdę gorszą niż najgorszy koszmar. Myślałam, że mam wszystko, a okazało się, że przez ostatnie miesiące żyłam w misternie utkanej iluzji, której reżyserami było dwoje najbliższych mi ludzi. To historia o tym, jak straciłam męża i przyjaciółkę jednego dnia, i o tym, że intuicja krzyczy do nas szeptem, którego zbyt często nie chcemy słyszeć.
Rozumieliśmy się bez słów
Klara nie była dla mnie po prostu koleżanką. Była moją opoką, siostrą z wyboru, osobą, do której dzwoniłam o trzeciej nad ranem, gdy dręczyły mnie koszmary, i pierwszą, której wysyłałam zdjęcie przymierzanej sukienki. Znałyśmy się od czasów studiów, przetrwałyśmy razem fatalne stancje, nieudane randki i stres przed egzaminami. Kiedy poznałam Karola, to właśnie Klara ocierała moje łzy szczęścia na naszym ślubie. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj: stała tuż obok mnie w błękitnej sukience, poprawiając mi welon i szepcząc, że zasługuję na wszystko, co najlepsze.
Nigdy nie byłam zazdrosna o ich relację. Karol i Klara lubili się, co wydawało mi się naturalne i wspaniałe. Cieszyłam się, że mój mąż i moja najlepsza przyjaciółka potrafią znaleźć wspólny język. Często we trójkę wychodziliśmy do kina, na kolacje czy organizowaliśmy wypady za miasto. Stanowiliśmy zgrane trio. Przynajmniej tak mi się wydawało. Patrząc wstecz, widzę teraz te wszystkie momenty, które powinnam zauważyć, ale moja ufność była jak gęsta mgła przesłaniająca rzeczywistość.
Nasze życie toczyło się spokojnym rytmem. Pracowałam w agencji reklamowej, co wiązało się z dużą presją i stresem, więc dom miał być moją oazą spokoju. Karol prowadził własną firmę logistyczną. Przez pierwsze lata małżeństwa byliśmy jak jeden organizm. Rozumieliśmy się bez słów, kończyliśmy swoje zdania. Jednak w pewnym momencie coś zaczęło się psuć. Nie było to nagłe tąpnięcie — raczej powolna erozja.
Czułam się wtedy winna
Zaczęło się niewinnie. Karol coraz częściej wracał później z pracy. Tłumaczył to nowymi kontraktami, problemami z kierowcami, rozbudową floty. Wierzyłam mu. Dlaczego miałabym nie wierzyć? Widziałam, jaki jest zmęczony, jak wraca do domu i zastyga przed telewizorem, nieobecny duchem. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, zbywał mnie półsłówkami.
— Coś się stało? — pytałam, kładąc dłoń na jego ramieniu.
— Daj spokój, Patrycja. Jestem po prostu wykończony. Nie drąż — odpowiadał, odsuwając się delikatnie, ale stanowczo.
To odsuwanie się bolało najbardziej. Fizyczna obecność przy jednoczesnym emocjonalnym chłodzie jest gorsza niż samotność. Zaczęłam czuć się w naszym własnym domu jak intruz. Przestał pytać, jak minął mi dzień. Nasze wspólne weekendy zamieniły się w dni, które spędzaliśmy w osobnych pokojach — on w gabinecie, rzekomo nadrabiając papierkową robotę, ja w salonie, udając, że czytam książkę, a w rzeczywistości analizując każde jego spojrzenie i gest.
Wtedy naturalnym odruchem było zwrócenie się do Klary. Kto inny zrozumiałby mnie lepiej? Spotykałyśmy się w naszej ulubionej kawiarni na rogu, zamawiałyśmy latte i wylewałam przed nią wszystkie swoje żale.
— On jest taki zimny, Klara. Mam wrażenie, że go tracę — mówiłam, mieszając nerwowo kawę.
Klara zawsze słuchała z uwagą. Patrzyła mi głęboko w oczy, kiwała głową ze zrozumieniem, a potem łapała mnie za rękę.
— Kochanie, przesadzasz. Wiesz, jak facetom zależy na pracy. Karol cię kocha, po prostu ma gorszy okres. Musisz być dla niego wyrozumiała. Nie naciskaj — radziła mi ciepłym głosem.
Czułam się wtedy winna. Myślałam, że może faktycznie jestem zbyt wymagająca, że powinnam dać mu więcej przestrzeni. Klara była moim głosem rozsądku. Ufałam jej osądowi bardziej niż własnej intuicji.
Zignorowałam to
Pewnego popołudnia, gdy Karol zadzwonił, że znowu zostanie dłużej w biurze, postanowiłam zrobić mu niespodziankę i zawieźć kolację. Nie chciałam być tą żoną, która sprawdza męża — chciałam być tą, która dba. Zrobiłam jego ulubioną lasagne, zapakowałam w termiczne pudełko i pojechałam do jego firmy. Biuro było ciemne. Samochód Karola stał na parkingu, ale w środku nikogo nie było. Dzwoniłam do niego, ale nie odbierał. Czekałam w samochodzie przez godzinę, bijąc się z myślami. Kiedy w końcu oddzwonił, powiedział, że wyskoczył na szybkie spotkanie z klientem na mieście.
— Czemu nie powiedziałeś? Stałam pod biurem z kolacją — powiedziałam, czując łzy w oczach.
— Patrycja, nie rób scen. Klient zadzwonił w ostatniej chwili. Nie mogę się spowiadać z każdego kroku — warknął i rozłączył się.
Zadzwoniłam do Klary, szlochając.
— Nie martw się, na pewno mówi prawdę. Wiesz, jaki jest w interesach. Wpadnij do mnie, zrobimy herbatę i pogadamy — zaproponowała.
Pojechałam do niej. Siedziałyśmy na jej balkonie, a ona tłumaczyła zachowanie mojego męża z taką precyzją, jakby siedziała w jego głowie. Czułam wdzięczność, że mam kogoś takiego. Jednocześnie, gdzieś z tyłu głowy, zaczęła kiełkować we mnie niepokojąca myśl. Aneta miała na sobie nowy, drogi sweter. Kaszmirowy, w kolorze głębokiego granatu.
— Piękny — zauważyłam. — Nowy nabytek?
— Tak, prezent od... rodziców. Wiesz, że lubią mnie rozpieszczać — odpowiedziała szybko, naciągając rękawy na dłonie.
Zignorowałam to. Przecież jej rodzice byli zamożni, to normalne. Ale ten kolor... Karol uwielbiał ten odcień granatu. Zawsze mówił, że to kolor elegancji. To był tylko drobiazg, ryska na szkle, którą zignorowałam.
Ta myśl dodała mi skrzydeł
Wpadłam na pomysł, że musimy coś ruszyć w naszym otoczeniu, żeby zmienić energię między nami. Postanowiłam, że zrobimy remont salonu. Karol zgodził się bez entuzjazmu, dając mi wolną rękę.
— Rób co chcesz, byle nie kosztowało to fortuny i nie robiło bałaganu przez miesiąc — rzucił znad laptopa.
Poprosiłam Klarę o pomoc w wyborze farb i mebli. Spędziłyśmy razem intensywny tydzień, jeżdżąc po sklepach budowlanych. Była niezwykle pomocna, ale momentami wydawała się dziwnie nieobecna. Co chwilę zerkała na telefon, uśmiechała się do ekranu, a gdy pytałam, kto pisze, odpowiadała zdawkowo: A, taki tam nowy facet z Tindera, nic poważnego.
Cieszyłam się jej szczęściem.
— Koniecznie musisz nas zapoznać! — nalegałam.
— Kiedyś na pewno, ale na razie to świeża sprawa, nie chcę zapeszać — ucinała temat.
Podczas remontu znalazłam w szafce Karola paragon ze sklepu jubilerskiego. Data sprzed dwóch tygodni. Serce podskoczyło mi do gardła. Czyżby kupił mi prezent? Może na przeprosiny za ostatnie chłodne dni? Może pamiętał o naszej rocznicy pierwszej randki, o której ja zapomniałam? Szukałam tego prezentu w całym domu, ale nic nie znalazłam. Uznałam, że trzyma go w biurze i czeka na odpowiedni moment. Ta myśl dodała mi skrzydeł. Starałam się być jeszcze milsza, jeszcze bardziej wyrozumiała. Gotowałam wykwintne kolacje, dbałam o dom, czekałam.
Wtedy czas się zatrzymał
Feralnego wtorku Karol zostawił swój stary tablet na stole w kuchni. Kupił sobie nowy model tydzień wcześniej, a ten stary miał posłużyć mi do przeglądania inspiracji wnętrzarskich na Pintereście, bo mój laptop był w serwisie.
„Zrobię sobie kawę i poszukam tych lamp, o których mówiła Klara” — pomyślałam.
Włączyłam urządzenie. Nie było zablokowane hasłem. Weszłam w przeglądarkę, ale tablet działał wolno. Chciałam wyczyścić pamięć, żeby przyspieszyć jego działanie. Weszłam w galerię zdjęć, planując usunąć stare zrzuty ekranu czy niepotrzebne pliki. I wtedy czas się zatrzymał.
Folder nie nazywał się „Praca” ani „Dokumenty” . Był to domyślny folder „Zapisane z komunikatora” . Pierwsze zdjęcie, które zobaczyłam, przedstawiało Karola. Uśmiechniętego, zrelaksowanego, leżącego na łóżku w hotelowym pokoju. Ten hotel... nie kojarzyłam go. Nie byliśmy w nim razem. Przesunęłam palcem w bok. Kolejne zdjęcie. Selfie. Karol i... Klara. Byli w restauracji. Tej samej, do której Karol rzekomo zabrał klienta w dniu, gdy stałam pod jego biurem z lasagne. Na zdjęciu Klara trzymała kieliszek wina i śmiała się do obiektywu, a Karol całował ją w policzek. Jego ręka spoczywała na jej talii w sposób, który nie pozostawiał złudzeń. To nie był przyjacielski gest.
Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a w uszach zaczyna piszczeć. Moje dłonie drżały tak bardzo, że ledwo mogłam utrzymać tablet. Przeglądałam dalej. Setki zdjęć. Wyjazdy weekendowe, kiedy rzekomo był w delegacjach. Wspólne śniadania. Klara w jego koszuli — tej, którą kupiłam mu na urodziny. Zdjęcie kaszmirowego swetra z podpisem: „Dziękuję, Kochanie, jest idealny”.
To nie byli tylko znajomi. To była para. Para, która żyła pełnią życia, podczas gdy ja siedziałam w domu i zastanawiałam się, co robię źle. Ale najgorsze były wiadomości. Zrzuty ekranu rozmów, które Karol najwyraźniej archiwizował z jakiegoś chorego sentymentu. Data: 14 lutego. Ja siedziałam wtedy sama w domu, bo on miał awarię w magazynie.
Wiadomość od Karola do Klary: „Nie mogę się doczekać, aż się urwę. Ta szopka w domu mnie męczy. Kocham Cię”.
Odpowiedź Klary: „Czekam z winem. Tylko wymyśl coś wiarygodnego dla P., żeby nie dzwoniła”.
„Dla P”. Tak mnie nazywali. Byłam dla nich przeszkodą, problemem logistycznym, szopką. Czytałam te słowa i czułam, jakby ktoś wyrywał mi serce kawałek po kawałku. Klara, która pocieszała mnie, gdy płakałam przez Karola, w tym samym czasie pisała do niego instrukcje, jak mnie okłamywać. Każda jej rada: bądź cierpliwa, nie naciskaj, daj mu czas — to wszystko miało na celu kupienie im spokoju. Manipulowała mną z zimną krwią, patrząc mi prosto w oczy.
Karol zamknął oczy
Nie krzyczałam. Nie rzucałam talerzami. Kiedy człowiek doświadcza tak ogromnego szoku, wchodzi w stan dziwnego, lodowatego spokoju. Zgrałam wszystkie zdjęcia i rozmowy na pendrive'a, którego nosiłam przy kluczach. Karol wrócił dwie godziny później. Jak zwykle, wszedł do domu z miną męczennika.
— Jestem padnięty, nie pytaj o nic — rzucił w progu, zdejmując buty.
— Usiądź — powiedziałam. Mój głos był tak cichy i wyprany z emocji, że aż się zatrzymał. Spojrzał na mnie i coś w moim wyrazie twarzy musiało go zaniepokoić, bo posłusznie usiadł przy stole.
Położyłam przed nim tablet. Wyświetlało się na nim zdjęcie ich dwojga w łóżku. Jego reakcja była żałosna. Najpierw pobladł, potem poczerwieniał. Zaczął się jąkać:
— Patrycja, to nie tak... To stare, to pomyłka, to... fotomontaż — bełkotał bzdury, w które sam nie wierzył.
— Zadzwoń do niej — rozkazałam.
— Do kogo? — udawał głupiego.
— Do Klary. Zadzwoń do niej teraz, na głośnomówiący. Powiedz, żeby tu przyjechała.
Próbował protestować, ale widział moją determinację. Wybrał numer. Odebrała po pierwszym sygnale.
— Hej, Misiu, już możesz rozmawiać? P. śpi? — Jej głos był radosny, pełen intymności, której nigdy nie słyszałam, gdy rozmawiała ze mną o nim.
Michał zamknął oczy.
— Klara, przyjedź do nas. Teraz. Patrycja wie.
Zapadła cisza. Długa, ciężka cisza.
— Jadę — powiedziała krótko i się rozłączyła.
Te dwadzieścia minut oczekiwania było najdłuższymi w moim życiu. Karol próbował coś mówić, przepraszać, tłumaczyć, że się pogubił, że to miało się skończyć. Nie słuchałam go. Patrzyłam w okno, widząc w odbiciu szyby kobietę, której życie właśnie legło w gruzach. Kiedy Klara weszła, nie miała w sobie nic z tej pewnej siebie przyjaciółki. Była blada, miała spuszczony wzrok. Stanęli obok siebie w moim salonie. Wyglądali jak dwójka nastolatków przyłapanych na wagarach, a nie dwoje dorosłych ludzi, którzy zniszczyli mi życie.
— Dlaczego? — zapytałam tylko.
— Patrycja, to nie było planowane... — zaczęła Klara, a ja poczułam falę mdłości.
— Nie było planowane? – zaśmiałam się histerycznie. — Ten wyjazd do SPA dwa miesiące temu? Ten weekend w górach? Te wiadomości, w których ustalacie, co mi powiedzieć? To było precyzyjne planowanie, Klara. Byłaś moją siostrą. Pocieszałaś mnie, gdy płakałam przez niego, a potem szłaś z nim do łóżka. Jak mogłaś patrzeć mi w oczy?
— To się po prostu stało... Zrozumieliśmy się. Karol czuł się samotny, ja też... Nie chcieliśmy cię skrzywdzić — tłumaczyła się, a każde jej słowo było jak policzek.
— Nie chcieliście mnie skrzywdzić? Wy mnie zniszczyliście. Oboje. Ty zabrałaś mi męża, ale co gorsza, zabrałaś mi wiarę w ludzi. A ty — zwróciłam się do Karola — zrobiłeś ze mnie idiotkę we własnym domu.
Karol próbował podejść, złapać mnie za rękę.
— Patrycja, kocham cię. To był błąd. Zakończę to. Pójdziemy na terapię. Naprawimy to — mówił szybko, desperacko.
Spojrzałam na Klarę. Stała tam, płacząc cicho. Widziałam w jej oczach strach, ale nie widziałam prawdziwej skruchy. Widziałam żal, że zostali złapani.
— Wybaczcie, ale w tym scenariuszu nie ma miejsca na happy end z wami w rolach głównych — powiedziałam, czując, jak adrenalina powoli opada, ustępując miejsca ogromnemu zmęczeniu.
Czuję tylko obojętność
Kazałam im wyjść. Obojgu. Karol próbował protestować, że to jego dom, ale zagroziłam, że wyślę te zdjęcia do wszystkich naszych wspólnych znajomych i do jego rodziny, jeśli natychmiast nie zniknie. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy do torby sportowej. Klara wyszła pierwsza, nie odzywając się już ani słowem. Zostałam sama w pustym mieszkaniu, które jeszcze rano wydawało mi się bezpieczną przystanią. Ściany, które malowałyśmy razem z Klarą, wydawały się teraz obce i wrogie.
Kolejne tygodnie były koszmarem. Rozwód, podział majątku, wyprowadzka. Karol próbował walczyć, wysyłał kwiaty, listy, wystawał pod moją pracą. Klara zniknęła z mojego życia całkowicie — podobno wyjechała do innego miasta, nie mogąc znieść ostracyzmu wspólnych znajomych, którzy dowiedzieli się o wszystkim (nie, nie wysłałam zdjęć, ale prawda i tak szybko wyszła na jaw). Najtrudniejsze nie było jednak samo rozstanie z mężem. Najtrudniejsza była utrata przyjaźni. Każdego dnia łapałam za telefon, żeby zadzwonić do Klary i opowiedzieć jej o czymś, co widziałam, tylko po to, by w ułamku sekundy przypomnieć sobie, co zrobiła. To fantomowy ból po amputowanej relacji.
Dziś, dwa lata później, mam nowe mieszkanie. Sama wybrałam każdy mebel, każdy kolor. Nie ma tu śladu po Karolu, nie ma śladu po Klarze. Zaczęłam chodzić na terapię, żeby nauczyć się znowu ufać ludziom, choć wiem, że to długa droga. Zrozumiałam, że zdrada fizyczna to jedno, ale zdrada emocjonalna, podwójne życie i manipulacja ze strony kogoś, kogo traktowało się jak rodzinę, to rana, która goi się latami.
Czasem widuję ich na zdjęciach u kogoś na Facebooku. Są razem. Wyglądają na szczęśliwych. Kiedyś by mnie to zabiło. Dziś czuję tylko obojętność i pewnego rodzaju litość. Bo związek zbudowany na gruzach czyjegoś zaufania i kłamstwie ma zgniłe fundamenty. A ja? Ja wreszcie buduję swoje życie na prawdzie. Jestem sama, ale po raz pierwszy od dawna nie czuję się samotna. Odzyskałam najważniejszą osobę, którą straciłam w tym trójkącie — samą siebie.
Patrycja, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki mąż miał gest i zabrał mnie do lumpeksu. W przyszłym roku będzie świętował Dzień Singla”
- „Mąż stracił pracę i zaczął remont. Mało brakowało, a wraz ze skuwanymi ścianami runęłoby nasze małżeństwo”
- „Liczyłam, że w te walentynki mąż wreszcie mnie zauważy. Zamiast romantycznej kolacji, wybrał remont u kumpla”

