Reklama

Czy to możliwe, żeby żyć obok kogoś codziennie i zupełnie nie znać jego prawdziwego oblicza? Myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko na filmach. A jednak – okazało się, że i ja kompletnie nie znam własnego męża.

Reklama

Szukałam kochającego mężczyzny

Moja pierwsza życiowa relacja z mężczyzną była dosyć trudna. Mówię oczywiście o moim ojcu, który zawsze był dość czepliwy, wymagający i mało wylewny, jeśli chodzi o pozytywne uczucia. Rzadko mówił, że mnie kocha, że jest ze mnie dumny, że jestem w czymś dobra, ale bardzo często wytykał mi wszelkie, nawet najmniejsze błędy i powtarzał, że mogłabym być jeszcze lepsza, gdybym „wykorzystywała swój potencjał”.

Bardzo długo bolało mnie to, co mówił. Pragnęłam jego ciepła, jego wyrozumiałości i zwykłej życzliwości. Chociaż dzisiaj już nie reaguję na jego przytyki, nasza relacja nadal nie należy do najbliższych. Kiedy moje koleżanki opowiadają o tym, jak to były „córeczkami tatusia”, jak to właśnie ojciec był dla nich najłagodniejszą, najbardziej wyrozumiałą osobą, jest mi przykro i czuję ukłucie zazdrości. Ale cóż, nie miałam wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodziłam.

Miałam jednak wpływ na to, jakiego mężczyznę wybiorę sobie na męża. Padło na Grzegorza. Ujął mnie właśnie tą łagodnością i troskliwością, której zawsze mi brakowało. Myślę, że zakochałam się w nim na wyjeździe rowerowym ze znajomymi, kiedy powiedział, że będzie powoli jechał za mną, żeby mieć pewność, że nic mi nie będzie. Byłam wtedy świeżo po kontuzji i faktycznie miałam problem z dogonieniem całej grupy. Rozczulił mnie tym.

– Nie musisz, daj spokój. Przyjechałeś tu przecież pojeździć w swoim tempie, a nie wlec się za jakąś sierotką – zaśmiałam się.

– Nie zostawię damy w takiej sytuacji. Wolę jechać wolniej, ale mieć pewność, że dojedziesz do celu, a nie zaginiesz gdzieś w połowie trasy. Nie przejmuj się mną, zgłosiłem się dobrowolnie – odpowiedział pokrzepiająco.

Znaliśmy się wtedy zaledwie kilka miesięcy. Nikt inny z całej grupy nie zaoferował mi takiego wsparcia. Już do końca wyjazdu jeździliśmy razem, a Grzegorz cały czas upewniał się, czy nic mnie nie boli i czy nie potrzebuję przerwy. „To musi być dobry człowiek”, myślałam.

Było nam ze sobą dobrze

Po powrocie do miasta zaczęliśmy się spotykać. Grzegorz tylko mi udowadniał, że dobrze go oceniłam na samym początku naszej znajomości. Bardzo o mnie dbał, byłam dla niego priorytetem, liczył się z moimi uczuciami. Był taki nie tylko dla mnie, ale dla innych, co bardzo mi imponowało. Zawsze oferował pomoc słabszym, zawsze był wyrozumiały.

Nie miał w sobie tej paskudnej toksycznej męskości, którą emanuje wielu facetów: tego rzucania bluzgami, kiedy ktoś zajedzie im drogę, trzaskania drzwiami czy kopania przedmiotów, kiedy się wściekną. Był opanowany i dojrzały. Oświadczył mi się niecałe dwa lata później, a ja się zgodziłam.

– Wiem, że chcę iść przez życie z kimś takim, jak ty – oznajmiłam mu, gdy przyjęłam pierścionek.

– Nigdy nie dam cię skrzywdzić i obiecuję, że sam tego nie zrobię – odpowiedział, a mnie zrobiło się ciepło na sercu.

Wiedziałam, że dotrzyma słowa.

Pewnie dalej bym trwała w przekonaniu, że mój mąż to istny anioł na ziemi, gdyby nie fakt, że któregoś dnia szukałam w jego telefonie zdjęcia starego rachunku z restauracji. Wiedziałam, że je zrobił, a chciałam sprawdzić nazwę restauracji, żeby polecić ją koleżance. Żeby było jasne, nie przekraczałam żadnej granicy. Nie mieliśmy żadnych kodów do telefonów, nie ukrywaliśmy ich przed sobą. Gdyby Grzesiek wszedł w tym momencie do sypialni i zobaczył mnie ze swoim telefonem, nie byłoby żadnych nerwowych reakcji. Ot, zapytałby czego szukam.

Zajrzałam do jego telefonu

Tym razem zadziałało jednak szczęście, a może właśnie jego brak. Gdy szukałam zdjęcia paragonu, do Grzegorza zaczęły przychodzić wiadomości od współpracownika. Pewnie bym je zignorowała, gdyby nie fakt, że brzmiały wyjątkowo podejrzanie.

Grzesiek, tym razem się nie wyplączesz, przykro mi. Dziewczyny zgłosiły cię do...

Tak brzmiał początek wiadomości, która mignęła mi na górze ekranu. Treść mnie zmroziła, więc instynktownie kliknęłam w powiadomienie.

...do kadr i zespołu przeciwdziałania mobbingowi. Mają taśmy z nagraniami, screeny maili. Nie mogę nic więcej zrobić.

Co to za bzdury? Mój mąż? Oskarżany o mobbing? Paranoja! Przecież to niemożliwe, nie on, nie ten najsłodszy, najbardziej kochany facet na świecie. Coś w tej wiadomości nie dawało mi jednak spokoju. Rozwinęłam cały wątek wiadomości, które mój mąż wymienił z tym facetem.

Nic mi nie zrobią. Znowu głupie baby wymyślają sobie jakieś bzdury, żeby mnie pogrążyć. Wszyscy tak teraz robią, kiedy okazuje się, że nie nadają się do tej pracy, albo nie potrafią udźwignąć krytyki.

Zupełnie nie brzmiało to, jak on... Ale czytałam dalej.

Grzegorz, na spotkaniu padły poniższe cytaty. Pracownice zgodnie zeznały, że wypowiedziałeś pod ich adresem następujące zdania: albo zrobisz to, o co proszę, albo nie masz tu po co wracać jutro, ‚to prawda, co mówią o babach: jak ładne, to nie mogą być mądre, nie rozliczamy nadgodzin za złą organizację pracy: jeśli czegoś nie skończyłaś, to znaczy, że nie ogarniasz swoich obowiązków, wywalałem już lepsze od ciebie, kiedy się nie słuchały. 
Proszę, ustosunkuj się do tego.

Chyba nie znałam własnego męża

Im dłużej czytałam, tym bardziej robiło mi się słabo. Mój mąż wypowiadał takie zdania? Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, żeby takie słowa mogły wyjść z jego ust! Oczywiście, w kolejnym mailu Grzegorz podkreślał, że nie powiedział żadnej z tych rzeczy, ale... nie brzmiał przekonująco.

Nic takiego nie powiedziałem, ale sam byś się ledwo hamował, gdybyś zobaczył ich wyniki pracy. Im dzisiaj niczego nie można powiedzieć, bo o wszystko się obrażają i wszystko od razu chcą zgłaszać. Śmiechu warte.

Poczułam niesmak. Nie mogłam tego dłużej czytać. Zamknęłam aplikację w telefonie, po czym odłożyłam go na półkę nocną w sypialni i wyszłam na balkon. Nie potrafiłam się uspokoić. Cała się trzęsłam i błędnie patrzyłam w przestrzeń przede mną. „To przecież nie jest mój mąż. Kim jest ten wredny, małostkowy, kompletnie pozbawiony empatii i klasy facet? To na pewno nie jest człowiek, którego znam jak własną kieszeń, za którego wyszłam i z którym codziennie wieczorem kładę się do łóżka!”, myślałam gorączkowo.

Autor tych wiadomości nie miał niczego wspólnego z moim Grześkiem. Czy facet, który zawsze biegł z pomocą, zawsze był najbardziej roześmianą i serdeczną osobą w towarzystwie, mógł być firmowym dręczycielem? Nie mieściło mi się to w głowie.

Ale... Zaczęłam sobie nagle składać w całość wszystkie wydarzenia z ostatnich lat. To, że Grzesiek co rok albo dwa zmieniał firmę. Mnie mówił, że nie podoba mu się kultura pracy i że w jego branży dobrze jest gromadzić jak najwięcej wpisów do CV, ale... być może prawda była zupełnie inna? Odkąd się poznaliśmy, Grzesiek zmienił pracę czterokrotnie. Z jakich powodów? Do tych prawdziwych nie miałam dostępu. Chyba że...

Wolałam żyć w nieświadomości

Przypomniałam sobie, że Grzegorz trzyma wszystkie swoje dokumenty w jednej szafce w gabinecie. Zakradłam się tam. Całe szczęście, mąż zawsze był bardzo zorganizowany. Z łatwością odnalazłam teczkę z dokumentami dotyczącymi umów i świadczeniami pracy. „Wypowiedzenie umowy przez pracodawcę”, „wypowiedzenie umowy przez pracodawcę”, „wypowiedzenie umowy przez pracodawcę”.

Ta fraza powtarzała się na wszystkich dokumentach poświadczających zakończenie współpracy między moim mężem a jego pracodawcami. Wiedziałam już, że kłamał. Nigdy nie powiedział mi o żadnym zwolnieniu. Zawsze podtrzymywał, że to on odchodził.

Automatycznie założyłam więc, że to, co przeczytałam w mailach, też mogło być prawdą. Czułam się zupełnie rozbita. Nie wiedziałam, co mam zrobić i jak mam się zachować. Z jednej strony, nie odkryłam przecież, że mój mąż jest złodziejem, mordercą czy oszustem, ale z drugiej... czułam się, jakbym nagle dowiedziała się, że osoba, z którą żyję, nie jest tym, za kogo się podaje. Jakbym nagle odkryła drugą tożsamość Grzegorza.

I jak ja mam żyć z tą wiedzą? Co mam z nią zrobić? Gdybym mogła cofnąć czas, nigdy nie zajrzałabym do tego przeklętego telefonu!

Edyta, 33 lata

Reklama

Czytaj także:
„Wszystko zaczęło się tamtej wiosny. Gdybym wtedy wiedziała, co mnie czeka, odwróciłabym się na pięcie i odeszła”
„Zrobiłam coś głupiego, bo mąż skąpił pieniędzy na wakacje. Jaką miał minę? Po prostu bezcenną”
„Wstyd mi za żonę, gdy tylko otwiera usta w towarzystwie. Ta kobieta zamiast się uczyć, na lekcjach robiła sobie drzemki”

Reklama
Reklama
Reklama