„Miałam jechać z mężem na ferie w góry, ale on się wykręcił. Mówił, że zasuwa w pracy, a potem minął mnie na stoku”
„Na wyciągu zaczęłam się rozglądać. Miałam wrażenie, że widzę znajomą sylwetkę. Wysoki mężczyzna, charakterystyczna zielona kurtka, czarna czapka z pomponem, ta sama postawa, ten sam krok. – Nie… To niemożliwe – szeptałam do siebie”.

Z zewnątrz wyglądaliśmy jak książkowa rodzina. On – przystojny, dobrze ubrany facet z agencji reklamowej. Ja – trzydziestokilkuletnia, zadbana, z pracą na pół etatu i uśmiechem na twarzy. Antoś – nasz sześcioletni synek, wieczne słońce, które potrafiło rozbroić każdego. Sąsiedzi mówili, że jesteśmy jak z obrazka. Tyle że obrazki łatwo się podmienia. A to, co w środku, może być zupełnie inne.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio Marek naprawdę mnie pocałował. Nie tak na odczepnego. Tylko tak, że czułam to w całym ciele. Coraz częściej mówił, że musi zostać w pracy, że klienci, terminy. Tłumaczyłam to sobie – przecież życie nie zawsze jest romantyczne. Tylko coraz częściej miałam wrażenie, że jestem w naszym domu sama.
Pomysł wyjazdu w góry wyszedł od niego. Miało być jak dawniej – we dwoje, bez dziecka, bez stresu. Teściowa chętnie zgodziła się zająć Antosiem. Marek zarezerwował pensjonat, ja kupiłam nowe rękawiczki i długo szukałam ciepłych, ale ładnych spodni narciarskich. Naprawdę się cieszyłam. Trochę też się bałam – że może coś się wyda, że coś mi powie.
Dzień przed wyjazdem Marek zadzwonił z pracy. Powiedział, że nie może jechać. Że wyskoczył pilny projekt, że może dołączy później. Wiedziałam już wtedy, że nie dołączy. Tylko jeszcze nie wiedziałam, dlaczego.
Wiedziałam, dokąd to zmierza
– Kasiu, mówiłem, że nie dam rady... – usłyszałam jego głos, zanim zdążyłam się odezwać. – Klient z Niemiec, wielka kampania. Muszę zostać w Warszawie. Strasznie mi przykro.
Patrzyłam w ekran telefonu, czując, jak zaciska mi się gardło. Siedziałam już w aucie, walizka była w bagażniku, kubek termiczny z kawą w uchwycie. Czekałam, że może jednak do mnie dołączy.
– No trudno, rozumiem... – powiedziałam spokojnie. A w środku wszystko się we mnie zagotowało. – Myślisz, że uda ci się chociaż dojechać w weekend?
– Postaram się. Naprawdę. Obiecuję. Nie chcę, żebyś była tam sama – dodał szybko, jakby wyczuwał mój nastrój.
– Dam sobie radę. To tylko kilka dni – odpowiedziałam, uśmiechając się sztucznie, choć on tego nie widział. – Będę na miejscu za jakieś sześć godzin.
– Uważaj na drodze, dobrze? – westchnął. – I... kocham cię.
– Ja ciebie też – powiedziałam beznamiętnie i się rozłączyłam.
Włączyłam silnik. Ruszyłam. Próbowałam skupić się na radiu, na drodze, na tym, że czeka mnie kilka dni odpoczynku. W głowie jednak kotłowały mi się pytania. Marek ostatnio kilka razy coś odwoływał. Nie wracał na noc, tłumaczył się spotkaniami, niby nocował bliżej biura. Nie pachniał już tak znajomo. Inaczej się golił. Inaczej całował mnie w policzek. Przecież ja to czułam. Przeczuwałam coś. Cały czas powtarzałam sobie: „Nie byłby aż tak głupi”.
Sama go tłumaczyłam
Pierwszy dzień był dziwnie spokojny. Zostawiłam swoje rzeczy w pokoju, zjadłam kolację w pensjonacie, poszłam wcześnie spać. Drugiego dnia rano wzięłam narty, karnet i ruszyłam na stok. Robiłam dokładnie to, co sobie razem zaplanowaliśmy. Tylko że jego nie było i nagle wszystko straciło sens. Stok był piękny – skrzący się śnieg, dzieciaki uczące się jazdy, pary robiące sobie selfie na wyciągu. Patrzyłam na to wszystko, stojąc z boku jak widz, nie uczestnik. Na ławce pod schroniskiem zadzwoniłam do Magdy.
– Sama tam jesteś? – zapytała od razu, jakby przeczuwała.
– Marek został w pracy – powiedziałam, próbując nie brzmieć jak ofiara. – Klient z Niemiec, ważna kampania. Klasyk.
– Ten twój mąż to wiecznie siedzi w robocie – prychnęła. – Ty zawsze gdzieś jedziesz, a on zawsze zostaje. To już się robi nudne.
– No... taka branża – próbowałam się uśmiechnąć.
– Kasia, nie złość się, ale... ty naprawdę wierzysz, że on tam teraz siedzi przy biurku?
Zamilkłam. Nie pierwszy raz ktoś to powiedział i nie pierwszy raz to do mnie docierało.
Wieczorem leżałam w łóżku, przewracając się z boku na bok. Myślałam o jego delegacjach, tych krótkich SMS-ach, o tym, że już od dawna nie mówił mi nic intymnego. Nawet głupiego „ładnie wyglądasz”. Widziałam jego telefon, jak odruchowo chował ekran, gdy dzwonił. Widziałam, jak cicho się śmieje do wiadomości, których mi nie pokazuje. Mimo wszystko powtarzałam sobie jedno: „Nie. Nie Marek. On by mi tego nie zrobił”.
To nie mógł być on
Trzeciego dnia wyszło słońce. Niebo było jak z bajki – bez jednej chmurki. Pojechałam do miasta obok. Na stoku ludzi jak mrówek, ale jakoś mnie to nie irytowało. Jeździłam, rozgrzewałam się kawą z termosu, robiłam sobie zdjęcia, jakbym naprawdę dobrze się bawiła. Do czasu.
Na wyciągu zaczęłam się rozglądać. Miałam wrażenie, że widzę znajomą sylwetkę. Wysoki mężczyzna, charakterystyczna zielona kurtka, czarna czapka z pomponem, ta sama postawa, ten sam krok. Jechałam dalej. Dziecko w różowym kombinezonie ślizgało się obok niego. Kobieta pochyliła się, poprawiając dziecku czapkę. Mężczyzna się uśmiechnął. Przykucnął. Przytulił dziewczynkę. Zamarłam.
– Nie… To niemożliwe – szeptałam do siebie. – To nie on. To tylko z daleka tak wygląda. Przecież to absurd.
Jednak im dłużej patrzyłam, tym bardziej czułam znajome ruchy. Ten sposób, w jaki zgarnia śnieg z rękawiczki, ta mimika. Ta czułość w spojrzeniu. Wtedy kobieta wstała. Podała mu rękę. Uśmiechnęła się. Marek złapał ją za dłoń. Naturalnie. Bez zawahania. Zrobiło mi się słabo.
Poszłam za nimi. Prawie biegłam. Dziecko truchtało przodem, piszcząc z radości. Oni szli powoli, blisko siebie. Weszli do hotelu, innego niż mój pensjonat. Widziałam, jak przy recepcji mężczyzna – Marek – poprawia dziecku czapkę. Kobieta się śmieje. Ich śmiech rozlega się po całym lobby. Wiedziałam już na pewno. To był Marek. Z kobietą. I ich córką.
Nawet nie zaprzeczył
Długo stałam w hotelowym lobby, zanim mnie zauważyli. Czekałam, aż on spojrzy w moją stronę. To trwało może dziesięć sekund, ale czułam, jakby świat zwolnił. W końcu nasze spojrzenia się spotkały. Zbladł. Odsunął się od kobiety odruchowo, jakby się sparzył.
– Miałeś być w pracy – powiedziałam cicho, ale stanowczo. Głos mi się nie załamał, choć gardło miałam ściśnięte.
– Kasia… To nie tak… – wyjąkał.
Kobieta obok niego odsunęła się lekko. Dziewczynka ciągnęła ją za rękę, nie rozumiejąc napięcia.
– Przepraszam… – powiedziała kobieta cicho i szybko odprowadziła dziecko na bok.
Marek został sam. Patrzyliśmy na siebie. Ludzie wokół udawali, że nie słyszą, ale kątem oka widziałam ich ciekawskie spojrzenia.
– Chcę prawdy. Teraz. Wszystko – powiedziałam zimno.
Zawahał się, jakby jeszcze przez chwilę chciał wymyślić jakąś historię, ale wiedział, że to już nie zadziała.
– Znam Natalię od kilku lat – powiedział w końcu. – A to Zosia. Moja córka.
Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba nic. Patrzyłam na niego, jakby był kimś obcym.
– Kiedy? Jak długo? – szepnęłam w końcu. – Od kiedy mam rywalkę, dziecko, drugie życie?
– Nie tak to miało wyglądać. To wszystko się wymknęło… Nie chciałem cię ranić – dodał.
– A jednak to zrobiłeś – powiedziałam i odwróciłam się na pięcie.
Wyszłam z hotelu, zanim zrobiłam coś głupiego.
Teściowa też kłamała
Wróciłam do swojego pensjonatu, nie pamiętając nawet drogi. Ręce mi się trzęsły, kiedy próbowałam znaleźć klucz do pokoju. Gdy drzwi się zamknęły, po prostu osunęłam się na podłogę. Nie płakałam. Czułam się pusta. Jakby zabrał mi duszę.
Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, moje myśli galopowały. Próbowałam przypomnieć sobie moment, kiedy coś zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy Marek wracał z delegacji zbyt zmęczony, by zapytać, jak minął mi dzień? Może wtedy, gdy przestał dotykać mnie mimochodem, przechodząc obok?
A może już wtedy, kiedy mówił, że „musi zostać po godzinach”, a ja to łykam jak dziecko bajkę na dobranoc. Rano zadzwoniłam do teściowej.
– Dzień dobry, Kasiu. Jak tam na nartach? – Barbara brzmiała jak zawsze: miło, ale z dystansem.
– Ja tylko… Czy mama wiedziała, że Marek ma inne dziecko? – zapytałam prosto z mostu.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Długa. W końcu usłyszałam:
– Nie wiedziałam o dziecku. Wiedziałam, że kiedyś miał romans… Myślałam, że to się skończyło. On prosił, by nie mieszać się w jego sprawy…
– Więc mama wiedziała. A ja żyłam w kłamstwie. Jak idiotka.
– Kasia… Ja nie chciałam… – zaczęła, ale już jej nie słuchałam.
Rozłączyłam się. Usiadłam na łóżku. Czułam wściekłość i upokorzenie. Wszystko, co uważałam za fundament, okazało się atrapą. Ja mu ufałam. Całe życie mu ufałam. A on żył sobie równolegle z inną.
Wolę znać prawdę
Wróciłam po Antosia dwa dni później. Stał w przedpokoju u babci w piżamce, trzymał swoją przytulankę i zapytał:
– A gdzie tata?
Zacięło mnie. Serce mi stanęło, ale udało mi się blado uśmiechnąć.
– Tata musiał jeszcze zostać w pracy, kochanie. Przytulisz się na przywitanie?
Wtulił się we mnie mocno, jakby wyczuwał, że coś się wydarzyło. Może dzieci czują więcej, niż nam się wydaje.
Nie wiedziałam, co dalej. Miałam mętlik w głowie. Nie wiedziałam, czy to już koniec, czy jestem gotowa wywrócić nasze życie do góry nogami. Próbowałam sobie wyobrazić siebie jako samotną matkę, próbowałam sobie wyobrazić Marka z tą dziewczynką – Zosią – i z Natalią. Rodzinę numer dwa. To bolało. Byłam zdradzona, upokorzona, wystawiona na śmieszność. Najgorsze było to, że Marek był spokojny. Nawet nie próbował się rzucać, nie błagał. Jakby sam już podjął decyzję.
Wieczorem, kiedy Antoś zasnął, poszłam do łazienki i długo patrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Czułam się jak cień kobiety, którą kiedyś byłam. Potem dotknęłam swojego policzka, potem szyi. Poczułam ciepło. Żyję. Może wszystko się rozsypało, ale przynajmniej poznałam prawdę.
Katarzyna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Cieszyłam się, że mój mąż zaplanował nam ferie w górach z dziećmi. Nie wiedziałam, że w pakiecie ma widoki na kochankę”
- „Żałowałam męża, bo po pracy był potwornie zmęczony. Okazało się, że wyczerpują go tak spotkania z moją przyjaciółką”
- „Zimą można poszaleć na stoku i wpaść po same uszy. Niektóre uczucia topnieją jednak szybciej niż śnieg w styczniu”

