Reklama

Miałam wszystko, o czym wielu mogłoby tylko marzyć – piękny dom, garderobę pełną markowych ubrań, egzotyczne podróże, przyjęcia w luksusowych lokalach i konto, na którym zera zdawały się nie mieć końca. Życie jak z żurnala – tak o mnie mówili. Mogłam pozwolić sobie na każdą zachciankę, a spełnianie marzeń stało się moją codziennością. Pieniądze płynęły szerokim strumieniem, a ja z zewnątrz błyszczałam. W środku jednak czułam coraz bardziej nieznośną pustkę. Dopiero z czasem zrozumiałam, że tego, co najważniejsze, nie da się kupić.

Złudne poczucie spełnienie

W moim życiu wszystko musiało błyszczeć. Każdy detal był dopracowany – od wnętrz willi urządzonej przez znaną dekoratorkę, po idealnie ułożone włosy i paznokcie robione raz w tygodniu w ekskluzywnym salonie. Każdy dzień zaczynałam od kawy w porcelanowej filiżance i przeglądu nowinek modowych, by wiedzieć, co mam dziś zamówić od osobistej stylistki. Gdy znajomi pytali, jak mi się układa, odpowiadałam z uśmiechem:

– Życie jak z bajki.

I faktycznie, tak to wyglądało. Tyle że tylko na zdjęciach. W rzeczywistości wstawałam rano z narastającym lękiem, że gdy zatrzymam się choć na chwilę, wszystko się rozsypie. Mąż coraz częściej bywał w delegacjach, dzieci odzywały się do mnie jak do obcej kobiety, a znajomi... no cóż, lubili błyszczeć w moim towarzystwie, dopóki stawiałam im kolacje.

– Kochanie, zabukowałam nam Malediwy na święta – powiedziałam pewnego dnia mężowi.

– Nie mogę, muszę być w Nowym Jorku – odpowiedział, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.

Miałam wrażenie, że jestem elementem scenografii, tłem do jego życia. Z pozoru miałam wszystko. W środku – nic. Tylko pustkę, której nie dało się wypełnić nawet najdroższym prezentem.

Piękni i obcy

Wieczorem siedzieliśmy przy ogromnym, dębowym stole. Kryształowe kieliszki odbijały światło, a kelner dyskretnie dolewał nam wina za kilkaset złotych butelka. Dookoła śmiechy, błysk fleszy, zapach perfum za tysiąc euro. Spojrzałam na mojego męża. Uśmiechał się do kogoś po drugiej stronie stołu, nawet nie zauważając mojego spojrzenia. Obok mnie siedziała koleżanka z kręgu tych „dobrze ustawionych” – opowiadała o najnowszym zabiegu odmładzającym, który „koniecznie muszę wypróbować”.

– Masz trochę zmęczone spojrzenie, Dominika – powiedziała półgłosem. – Pewnie za mało snu, co?

Skinęłam głową. Nie było sensu tłumaczyć, że nie mogę spać od miesięcy. Że nocami leżę i gapię się w sufit, bo moje życie – pełne luksusu – stało się emocjonalną pustynią. Nawet dzieci przy stole bardziej rozmawiały z nianią niż ze mną. Czułam, jak powoli znikam z własnego życia, jak staję się tłem dla innych – pięknym, zadbanym, ale zupełnie niewidzialnym.

Po kolacji zniknęłam w ogrodzie. Usiadłam na zimnym marmurowym murku, patrząc na basen. Idealnie czysta tafla. Idealna, jak moje życie – do zdjęcia. A pod spodem? Cisza, chłód i samotność. Czy ktoś tu w ogóle jeszcze mnie kochał?

Skandal za drzwiami

Któregoś dnia wróciłam wcześniej z pilatesu. Willa była dziwnie cicha. Kroki niosły się echem po marmurze, a echo to odpowiadało czymś więcej niż ciszą. W sypialni męża leżała marynarka. Nie była jego. Była obca, kobieca. Otworzyłam drzwi do łazienki bez pukania. Usłyszałam damski śmiech. I jego głos, ten sam, który przez ostatnie miesiące mówił mi tylko: „Wyślę ci pieniądze” albo „Nie teraz”.

Zamknęłam drzwi. Nie zrobiłam awantury. Nie rzuciłam niczym. Nie powiedziałam nawet słowa. Wyszłam na taras, nalałam sobie prosecco i siedziałam w milczeniu. Tak wyglądało moje życie – błyszczące na pokaz, puste w środku. Nawet zdrada przyszła do mnie w markowych perfumach i jedwabnej koszuli.

Dopiero wieczorem, przy kolacji, zapytałam:

Miała ładną marynarkę. Może zostawiła numer do pralni?

Zamrugał. Zastygł z widelcem nad talerzem.

– Dominika, nie komplikujmy…

– Nie komplikuję. Ty wszystko już uprościłeś – odpowiedziałam spokojnie, odstawiając kieliszek.

Nie płakałam. Nie tego wieczoru. Przez lata płakałam w środku. Tego dnia coś we mnie zamarło. Wiedziałam, że jego uczucie, jeśli kiedykolwiek było prawdziwe, właśnie umarło. A moje? Może nigdy nie istniało.

Czy to moja córka?

Następnego dnia pojechałam po Zosię do szkoły. Bez szofera, bez asystentki. Po prostu sama, jak kiedyś, gdy jeszcze piekłam ciasta na klasowe pikniki. Weszłam do budynku, w którym byłam może z pięć razy przez ostatnie lata. Uderzył mnie zapach farb plakatowych, hałas dziecięcych głosów i... odległość. Ta przepaść między mną a własną córką.

Zosia nie zauważyła mnie na początku. Stała z boku, skulona, z telefonem w dłoniach. Dopiero kiedy podeszłam, podniosła wzrok. Miała cienie pod oczami i tę dziwną obojętność w spojrzeniu, którą znałam z własnego lustra.

– Mamo? Co się stało?

– Chciałam cię odebrać. Spędzić razem trochę czasu.

Zmarszczyła brwi, jakby nie była pewna, czy mnie dobrze zrozumiała. Milczałyśmy całą drogę do domu. Dopiero wieczorem, gdy siedziałyśmy przy kuchennym stole, wypaliła:

– Czemu teraz? Po tylu latach? Jakby ci nagle zależało

Te słowa bolały bardziej niż zdrada męża. Bo wiedziałam, że miała rację. Zawsze byłam gdzieś obok. Kupowałam jej wszystko – poza tym, czego naprawdę potrzebowała. Mojego czasu. Mojej uwagi. Mnie. Tamtego wieczoru pierwszy raz od dawna usnęłam, trzymając ją za rękę. A ona... nie cofnęła dłoni.

Konto pełne pustki

Pół roku później stan mojego konta wyglądał zupełnie inaczej. Nie, nie zbankrutowałam – choć wielu by się to pewnie marzyło. Sama wycofałam się z tej iluzji. Zamknęłam kilka inwestycji, sprzedałam jacht, ograniczyłam zatrudnienie do jednej pomocy domowej, a prywatny kierowca poszedł na zasłużoną emeryturę. Chodziłam na długie spacery. Rozmawiałam z Zosią i odwiedzałam moją mamę, pierwszy raz od lat nie w pośpiechu i nie z prezentami.

Mój mąż? Wciąż był. Z tą drugą. Formalnie nie zmieniliśmy nic, ale przestaliśmy być rodziną już dawno. I nagle, bez ostrzeżenia, przyszedł ten telefon.

– Pani Dominiko, pański mąż jest w szpitalu.

Pojechałam. Zosia też. Milczałyśmy, siedząc przy jego łóżku. Spał. Był blady, podłączony do aparatury. Nagle ten sam człowiek, który potrafił wzbudzać we mnie wściekłość i chłód, wydał mi się... zwyczajnie ludzki. Kruchy.

– Mamo – szepnęła Zosia – a jeśli on...?

– Nie teraz – przerwałam – teraz po prostu tu bądźmy.

Pieniądze mogłam odzyskać. Zdrowia, relacji, życia – nie zawsze. Zaczęłam to rozumieć.

Jak wygląda prawdziwe bogactwo?

Siedziałam w kuchni, popijając herbatę. Słońce zaglądało przez okno, oświetlając kraciasty obrus. Na parapecie stały świeżo ścięte tulipany – od Zosi. Uśmiechnęłam się, słysząc, jak nuci w swoim pokoju. Miała teraz osiemnaście lat. Nadal bywała zamknięta, bywała ostra, ale coraz częściej… była przy mnie. Otwierała się. Pytała. Przysuwała się bliżej.

Mój mąż wrócił do domu kilka miesięcy po zawale. Z tą drugą rozstał się po cichu. Nie zrobiłam sceny. Przestałam już grać w spektakle. Teraz żyliśmy równolegle, z szacunkiem, bez udawania. I to było wystarczające. Z pieniędzmi nadal było dobrze, choć nauczyłam się nie mierzyć nimi wartości własnej osoby. Oddałam fundację pod opiekę zaufanych ludzi, sama prowadziłam warsztaty dla kobiet, które – jak ja kiedyś – zgubiły się w świecie iluzji.

– Mamo, pamiętasz, jak kiedyś powiedziałaś, że miałaś forsy jak lodu?

– Pamiętam – zaśmiałam się cicho.

– I że wtedy byłaś najbardziej samotna?

Skinęłam głową.

– A teraz?

Spojrzałam na nią. Tyle światła miała w oczach.

Teraz jestem bogata inaczej – odpowiedziałam.

Nie każda historia kończy się bajką. Moja też nie. Ale znalazłam to, co najważniejsze. Nie w złocie, nie w podróżach, nie w nazwiskach znanych projektantów. Tylko w miłości.

Dominika, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama