Reklama

Może zaczniemy wszystko od nowa?Czasami życie nie jest ani złe, ani dobre. Po prostu jest. I chyba właśnie tak wyglądała moja codzienność przed wyjazdem do Zakopanego – spokojna, przewidywalna, zorganizowana aż do bólu. Praca w fundacji, kilka spotkań w tygodniu z Ewą, sporadyczne randki, które kończyły się ciszą i brakiem wiadomości. W mieszkaniu zawsze panował porządek, ale chyba tylko dlatego, że nie działo się w nim nic, co mogłoby go naruszyć.

Miałam trzydzieści trzy lata i nie potrafiłam powiedzieć, czy to dużo, czy mało. Z jednej strony ceniłam swoją niezależność – nikt mi nie przeszkadzał, mogłam w sobotę zjeść obiad o szesnastej i oglądać stare filmy z Sandrą Bullock, bez tłumaczenia się komukolwiek. Z drugiej – coś we mnie się wypaliło. Nie potrafiłam już zakochiwać się jak kiedyś, nie ufałam łatwo. Może dlatego, że kiedyś – wtedy, dawno temu – zawierzyłam za bardzo.

Miał na imię Krzysiek. Buntownik z klasy humanistycznej. Nosił zbyt duże bluzy i cytował filozofów w szatni. Przez chwilę myślałam, że z nim wszystko będzie inaczej. Ale wszystko rozpadło się w chaosie matur, nieporozumień i jego zniknięcia. Nie płakałam długo. Po prostu wykreśliłam go z życia. Albo tak mi się wydawało. Nie wierzę w przypadki. Ale jeszcze mniej wierzę w drugie szanse. A jednak coś mnie tknęło, żeby wyjechać na kilka dni w góry. Zakopane miało przewietrzyć mi głowę, oderwać od ekranów i kręcących się w kółko myśli. Spacerowałam, zapinając kurtkę, kiedy kątem oka zobaczyłam znajomą sylwetkę.

– To naprawdę ty? – powiedziałam półszeptem.

– No widzisz – odpowiedział Krzysiek z lekkim uśmiechem. – Kto by pomyślał. Minęło tyle lat. A jednak świat jest mały.

I wtedy poczułam coś, czego nie czułam od dawna: ciekawość. I… ten stary, dobrze znany ucisk w klatce piersiowej.

Nie wiedziałam, czy chcę go znowu znać

Szliśmy razem, jakby to było coś zupełnie naturalnego, jakbyśmy ostatni raz widzieli się wczoraj. Krzysiek miał na sobie szarą kurtkę z przetarciami przy mankietach i ciemnoniebieski plecak, który wyglądał znajomo. Milczał, a ja przez dłuższą chwilę nie próbowałam przerywać tej ciszy. Śnieg skrzypiał pod butami.

– Często tu bywasz? – zapytałam w końcu, starając się zabrzmieć obojętnie, choć sama nie wierzyłam w ten ton.

– Zdarza się – odpowiedział krótko. – Potrzebuję czasem przewietrzyć głowę.

– A ty?

– Nie. Ale też chciałam trochę się oderwać od codziennych spraw.

Krzysiek kiwnął głową i na chwilę znów zapadło milczenie. Przeszliśmy kolejny zakręt i wtedy, jakby od niechcenia, rzucił:

– Szkoda, że wtedy tak po prostu zniknęliśmy sobie z życia.

Stanęłam w miejscu i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– My? – zapytałam ostro.

Podniósł ręce w obronnym geście.

– Nie o to mi chodziło. Po prostu... jakoś to się rozmyło. I tak już zostało.

Szliśmy dalej, ale coś już wisiało w powietrzu. Nie było między nami żalu. Ale był jakieś niedopowiedzenie. Jakbyśmy nie potrafili sięgnąć po to, co nas kiedyś łączyło, ani się od tego ostatecznie odciąć.

– Pamiętasz ten wieczór w parku? – odezwał się nagle. – Gdy mówiłaś, że boisz się tego, co będzie po maturze?

Skinęłam głową. Nie powiedziałam nic. Wtedy też się bałam. I teraz też nie byłam pewna, czego się właściwie boję. Zatrzymaliśmy się na chwilę na niewielkiej polanie tuż przed szczytem. Krzysiek usiadł na kamieniu, wyjął termos i podał mi herbatę, jakby nie minęło aż tyle czasu. Jakbyśmy znów mieli po osiemnaście lat i udawali, że wszystko da się jeszcze naprawić. Wzięłam łyk. Spojrzałam ukradkiem na niego. Wciąż w nim było coś znajomego, ale to nie był już ten sam chłopak.

– Nie wiedziałam, czy chcę go znowu znać, czy tylko pamiętać – pomyślałam, patrząc w mgłę zalegającą w dolinie.

Wiesz, chciałbym cofnąć czas

Wieczorem spotkaliśmy się znowu w schronisku. Nie musiałam go szukać wzrokiem – siedział w kącie przy oknie, sam, jakby od zawsze czekał tylko na mnie. Miał przed sobą kubek z herbatą i czytał jakąś książkę.

– Można? – zapytałam, choć wiedziałam, że powie „tak”.

– Jasne – odparł i odsunął dla mnie krzesło.

Usiadłam i przez chwilę nie powiedzieliśmy nic. W schronisku panował półmrok, drewno skrzypiało pod stopami turystów, a zza okna było widać tylko śnieg.

– Nadal pijasz herbatę z cytryną? – zapytał, uśmiechając się lekko.

– Nadal. Ty pewnie bez cukru?

– Zawsze.

Zamówił mi herbatę. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, z dłońmi owiniętymi wokół kubków. Spojrzałam na niego, na jego zmęczone oczy. Już nie był chłopakiem z gitarą, który czytał mi poezję pod drzewem w parku. Ale miał w sobie coś, co znałam. Coś, co kiedyś kochałam. Rozmawialiśmy długo o tym, co się działo u nas przez te wszystkie lata.

– Mam córkę – powiedział w pewnym momencie.

– Ile ma lat?

– Pięć. Ma na imię Lena. Mieszka z matką.

– A Marta? – zapytałam, choć nie powinnam.

Wzruszył ramionami.

– Byliśmy razem przez kilka lat. Rozpadło się. Teraz próbujemy udawać, że jesteśmy przyjaciółmi.

– Udaje wam się?

Zamyślił się.

– Raz lepiej, raz gorzej.

Herbata była już zimna. Siedzieliśmy dalej w milczeniu. W pewnym momencie powiedział cicho:

– Wiesz, chciałbym cofnąć czas. Przez te wszystkie lata nigdy nie zapomniałem o tobie.

Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć. W jego oczach było więcej spokoju niż dawniej. Może i ja nie byłam już tą samą Anią, co wtedy.

– Jutro też idziesz w góry? – zapytał, zmieniając szybko temat.

– Jeszcze nie wiem. Zależy... – spojrzałam przez okno – …od pogody.

Wyszedł pierwszy. Zostawił po sobie pusty kubek i ślad na drewnianej ławie.

Chciałam dać nam drugą szansę

Wróciliśmy do miasta tym samym pociągiem, chociaż każde kupiło bilet osobno. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Nie musieliśmy nic mówić. Od tego czasu, od tej herbaty w schronisku, coś wisiało między nami. Jakaś decyzja, której jeszcze nie podjęliśmy. Od tamtego momentu spotykaliśmy się coraz częściej, ale żadne nie chciało nazywać tej znajomości. Któregoś dnia umówiłam się z przyjaciółką na kawę. Ewa przywitała mnie jak zawsze – bez czułości, za to z przenikliwym spojrzeniem.

– Więc? – zapytała bez ogródek. – Opowiadaj. Co to za duch z przeszłości?

Usiadłam na fotelu.

– Krzysiek.

– Ten Krzysiek?

– Tak. I... nie wiem. Nie jestem pewna, co właściwie robię.

Ewa wypiła łyk kawy, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Nie rozumiem, czemu w ogóle zaczęłaś z nim gadać – powiedziała w końcu. – Chciałaś przypomnieć sobie liceum? To trzeba było wyjąć stare zdjęcia, a nie włazić w bagno. Ludzie się nie zmieniają, Anka.

– Może masz rację, a może nie.

W głębi duszy czułam jednak, że chciałam dać nam drugą szansę, chociaż nie wiedziałam, na co naprawdę się piszę.

Może zaczniemy wszystko od nowa?

Mijały kolejne dni. W pracy byłam obecna tylko z nazwiska, wszystko robiłam mechanicznie, bez skupienia. W piątek zaczęło sypać. Śnieg był ciężki, mokry, nieprzyjemny. Ale mnie to nie obchodziło. Siedziałam na parapecie i patrzyłam, jak dachy kamienic znikają pod bielą. Zadzwonił dzwonek. Podeszłam do drzwi bez pośpiechu, jakby to miał być listonosz albo sąsiad. Otworzyłam i zobaczyłam jego. Stał z czapką w rękach, przemoczoną kurtką i miną chłopca, który nie wie, czy go wpuszczą.

Spojrzałam za jego ramię – ulica tonęła w śniegu, latarnie świeciły niewyraźnie, świat wyglądał jak rozmyte zdjęcie. Uśmiechnęłam się i wpuściłam go do środka. W kuchni zaparzyłam herbatę. Nie rozmawialiśmy. Nie było przeprosin, nie było deklaracji. Tylko obecność. Usiadłam przy oknie. Śnieg sypał coraz gęściej. Krzysiek przysunął się i ujął moją dłoń.

– Może zaczniemy wszystko od nowa? – zapytał cicho.

– Spróbujmy – odparłam.

Nie robiłam planów. Nie rozpisywałam w głowie scenariuszy, nie zastanawiałam się, czy to się uda, czy nie. Po prostu pozwoliłam temu być. Nie spieszyliśmy się z Krzyśkiem. Czasem widywaliśmy się raz na tydzień, czasem częściej. On nadal mieszkał z córką, ja w swoim mieszkaniu. Były dni, kiedy się nie odzywaliśmy, i nie bolało mnie to. Inne niż kiedyś podejście. Inne niż wtedy, gdy czekałam przy telefonie i analizowałam każde słowo.

Kiedyś powiedział mi, że Lena lubi patrzeć na śnieg, bo myśli, że to bajka. Że jak pada, to coś się zaczyna. Wtedy nie zrozumiałam, teraz chyba już rozumiem. Nie było przełomu, nie było momentu, w którym staliśmy się znowu „razem”. To przyszło cicho. Przestaliśmy mówić o przeszłości, nie planowaliśmy przyszłości. Trwaliśmy. I to, jak na nas, było całkiem dużo.

Ania, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama