Reklama

Kiedy patrzę na moją kolekcję zdjęć ślubnych, widzę trzy różne kobiety. Jedna była naiwna i wierzyła, że miłość to tylko motyle w brzuchu. Druga była zdesperowana, by zadowolić wszystkich wokół, tylko nie siebie. Trzecia… cóż, trzecia po prostu chciała przeżyć przygodę życia, a skończyła z kolejnym pozwem rozwodowym w torebce.

Nie zastanawialiśmy się

Siedziałam w poczekalni kancelarii adwokackiej. Pani w recepcji nawet nie pytała o moje nazwisko. Uśmiechnęła się tylko wyćwiczonym, współczującym uśmiechem i wskazała dłonią na ekspres do kawy. Byłam tu stałą bywalczynią. Trzeci rozwód przed trzydziestką piątką. To brzmi jak scenariusz kiepskiej komedii romantycznej, w której główna bohaterka jest tak chaotyczna, że widzowie w połowie filmu przestają jej kibicować. Ale to było moje życie.

Wszystko zaczęło się dekadę temu. Miałam dwadzieścia dwa lata, głowę pełną marzeń i Kacpra u boku. Kacper był moją szkolną miłością. Chłopak z gitarą i długimi włosami. Decyzja o ślubie była impulsem. Byliśmy na wakacjach nad morzem, zachód słońca malował niebo na fioletowo, a my czuliśmy się jak królowie świata.

– Pobierzmy się – rzucił wtedy. – Teraz, zaraz. Nie potrzebujemy wielkiej pompy.

I tak zrobiliśmy. Cywilny ślub tydzień później, w obecności świadków zgarniętych niemal z ulicy i wściekłych rodziców, którzy dowiedzieli się o fakcie po wszystkim. Wprowadziliśmy się do kawalerki po jego babci. Mydlana bańka pękła po trzech miesiącach.

Bańka prysła

Okazało się, że życie z Kacprem to nie romantyczne piosenki przy ognisku, ale sterty brudnych naczyń w zlewie, których on „nie zauważał”, i wieczne narzekanie na brak pieniędzy przy jednoczesnym braku chęci do podjęcia stałej pracy.

Zrozumiałam, że to koniec. Wróciłam z pracy – harowałam po dwanaście godzin, żebyśmy mieli co jeść. Weszłam do domu, potykając się o jego buty rzucone na środku przedpokoju. Kacper siedział na kanapie i oglądał telewizję. Nawet nie odwrócił głowy.

– Cześć – mruknęłam.

– Cześć – odpowiedział, wpatrzony w ekran. – Nie ma nic w lodówce, zrobisz jakieś zakupy?

Spakowałam się w godzinę. Rozwód dostaliśmy po ośmiu miesiącach od ślubu. Płakałam, ale nie za nim, tylko za wizją miłości, którą właśnie straciłam. Po Kacprze obiecałam sobie przerwę. Skupiłam się na karierze. Byłam niezależna, silna i potwornie samotna, przynajmniej według mojej matki.

– Dziecko, ty masz już prawie trzydzieści lat – powtarzała przy każdym niedzielnym obiedzie. – Zobacz na córkę sąsiadki, już drugie dziecko w drodze, a ty co?

Zakochałam się

Presja była subtelna jak walec drogowy. I wtedy na horyzoncie pojawił się Robert. Był zaprzeczeniem Kacpra. Stateczny inżynier, zawsze w wyprasowanej koszuli, punktualny co do sekundy. Poznaliśmy się na konferencji branżowej. Moja matka była zachwycona. Przyjaciółki mówiły: „Wreszcie facet na poziomie”. Ja sama myślałam, że może tego właśnie potrzebuję. Stabilizacji, bezpieczeństwa. Może miłość to nie fajerwerki, ale ciepła herbata w zimny wieczór?

Ślub był jak z bajki. Wielka sala, orkiestra, trzystu gości. Czułam się jak księżniczka, a Robert patrzył na mnie z uwielbieniem. Problemy zaczęły się, gdy opadł konfetti. Robert był wspaniały, ale jego potrzeba kontroli i przewidywalności zaczęła mnie dusić szybciej niż smog w centrum miasta.

Każdy nasz dzień wyglądał tak samo. Śniadanie o siódmej, praca, powrót, wspólna kolacja o osiemnastej, serial, sen. W soboty sprzątanie, w niedziele obiad u teściów. Nie było miejsca na spontaniczność. Kiedy zaproponowałam, żebyśmy rzucili wszystko i pojechali na weekend w góry, spojrzał na mnie jak na wariatkę.

– Ale nie mamy rezerwacji, a poza tym w sobotę muszę zawieźć auto na przegląd – powiedział.

Dusiłam się

Czułam, jak moje wnętrze krzyczy. Zaczęłam zostawać dłużej w pracy tylko po to, by nie wracać do tej idealnej ciszy naszego idealnego mieszkania.

– Unikasz mnie – stwierdził pewnego wieczoru, gdy wróciłam po dwudziestej.

– Nie unikam – skłamałam, zdejmując płaszcz. – Mamy dużo projektów.

– Jesteśmy małżeństwem. Małżeństwo to bycie razem. To wspólne rytuały.

– Ale ja się duszę! – wykrzyczałam nagle, zaskakując samą siebie. – Duszę się w tych rytuałach! Czy my nie możemy zrobić czegoś szalonego? Czegoś innego?

– Jesteś dorosła, przestań zachowywać się jak nastolatka – skwitował chłodno.

Wniosłam o rozwód miesiąc przed naszą pierwszą rocznicą. Matka nie odzywała się do mnie przez pół roku. Robert był w szoku, twierdził, że zniszczyłam coś idealnego bez powodu. Ale dla mnie powodem było to, że przy nim powoli umierałam w środku. Stałam się figurą woskową we własnym życiu.

Po Robercie byłam pewna, że małżeństwo nie jest dla mnie. Zajęłam się pasją – fotografią. Zaczęłam jeździć na plenery, spotykać artystów. W tym środowisku poznałam Adriana. Był jak burza. Malarz, trochę poeta, człowiek o oczach tak ciemnych, że można było w nich utonąć. Miał w sobie dojrzałość, ale i dzikość. Rozumiał moją potrzebę wolności, bo sam był wolnym duchem.

– Nie chcę cię zamykać – mówił. – Chcę, żebyśmy latali razem.

Uwierzyłam mu

To była miłość, jakiej nie znałam. Rozmowy do świtu o sztuce, sensie życia, o wszechświecie. Czułam, że wreszcie znalazłam bratnią duszę. Pobraliśmy się w małej kapliczce w Toskanii, tylko my i ksiądz. To było najbardziej romantyczne wydarzenie w moim życiu.

Przez pierwsze trzy miesiące żyliśmy w euforii. Podróżowaliśmy, tworzyliśmy. Ale rzeczywistość, ta brutalna i przyziemna, w końcu nas dopadła. Okazało się, że wolny duch Adriana oznacza również totalny brak odpowiedzialności za cokolwiek poza jego sztuką.

Rachunki? To sprawa przyziemna, nieistotna. Zakupy? Kto by o tym myślał, gdy wena przychodzi. Zaczęłam zauważać, że w tym związku jestem nie partnerką, ale mecenasem i opiekunką. To ja płaciłam za czynsz, to ja dbałam o to, by lodówka nie była pusta. Ale najgorsze przyszło później. Adrian, mimo zapewnień o wolności, okazał się chorobliwie zazdrosny. Nie o innych mężczyzn, ale o moją uwagę.

– Znowu idziesz do tej swojej korporacji? – pytał z pogardą.

Miałam go dosyć

Z samej sztuki nie dało się wyżyć.

– Ktoś musi zarabiać na ten dom – odpowiadałam spokojnie, choć w środku się gotowałam.

– Zabijasz w sobie kreatywność dla pieniędzy. Stajesz się taka jak oni. Taka jak ten twój poprzedni, nudny mąż.

Porównanie do Roberta było ciosem poniżej pasa. Zaczęły się awantury. Adrian znikał na całe noce, wracał nad ranem, twierdząc, że szukał inspiracji. Czułam się wyczerpana. Moja wolność, którą tak mi obiecywał, stała się farsą. Byłam uwiązana do dorosłego dziecka, które wymagało nieustannej adoracji i opieki.

Koniec nastąpił w dniu moich urodzin. Wróciłam do domu, spodziewając się… czegokolwiek. Kwiatów, kolacji, może chociaż życzeń. Zastałam Adriana malującego w salonie. Na podłodze walały się tubki farb, a na moim ulubionym dywanie była wielka plama czerwieni.

– O, jesteś – rzucił, nie odrywając wzroku od płótna. – Nie uwierzysz, jakie światło dzisiaj złapałem.

– Adrian… wiesz, jaki dziś dzień? – zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie zdezorientowany.

– Wtorek?

Nie krytykowała mnie

Wybuchłam śmiechem. To był histeryczny śmiech, który przeszedł w szloch. Spakowałam się po raz trzeci. Tym razem nie było łez żalu, była tylko wściekłość na samą siebie, że znowu dałam się nabrać. Że znowu pomyliłam fascynację z miłością na całe życie. Kiedy wyszłam z kancelarii, trzymając w ręku teczkę z dokumentami rozwodowymi, poczułam dziwną lekkość. Spotkałam się z matką w kawiarni. Byłam gotowa na kazanie, na „a nie mówiłam”, na wyrzuty. Usiadłam naprzeciwko niej.

– To już koniec? – zapytała oschle.

– Tak, mamo. To koniec. Adrian się wyprowadził, papiery złożone.

Spodziewałam się wybuchu, ale ona tylko westchnęła głęboko i spojrzała na mnie z czymś, co przypominało smutek, a nie złość.

– Może ty po prostu nie jesteś stworzona do bycia żoną. I wiesz może to nie jest koniec świata.

To były słowa, których nigdy bym się po niej nie spodziewała.

– Co masz na myśli? – zapytałam ostrożnie.

– Zawsze byłaś inna, już jako dziecko. Inne dziewczynki bawiły się w dom, ty budowałaś forty i organizowałaś wyprawy. Może twoje szczęście nie leży w obrączce, ale w tobie. Przez lata pchałam cię w te małżeństwa, bo myślałam, że tak trzeba. Że kobieta bez męża jest niepełna. Ale patrzę na ciebie… jesteś wrakiem człowieka, kiedy jesteś mężatką. A kiedy jesteś sama, kwitniesz.

Jestem szczęśliwa

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Pierwszy raz w życiu poczułam, że matka mnie rozumie.

– Ale co ja mam teraz zrobić? – szepnęłam. – Mam trzydzieści cztery lata i trzy rozwody na koncie. Jestem pośmiewiskiem.

– Niech się śmieją – machnęła ręką. – Niech im te ich idealne małżeństwa wyjdą bokiem. Ty masz swoje życie. Masz dobrą pracę, pasje, przyjaciół. Może czas przestać szukać kogoś, kto cię dopełni, i zacząć cieszyć się tym, że jesteś pełna sama w sobie.

Minął rok od mojego rozstania z Adrianem. Rozwód przebiegł sprawnie, choć Adrian próbował robić sceny w sądzie, recytując wiersze o złamanym sercu. Sędzia nie był pod wrażeniem. Dziś mieszkam sama. Moje mieszkanie jest urządzone tak, jak ja chcę. Nie ma konsoli do gier, nie ma idealnie wyprasowanych koszul czekających na wieszakach, nie ma plam farby na dywanie. Jest spokój.

Czy czuję się samotna? Czasami. Wieczorami, gdy wracam do pustego domu, zdarza mi się zatęsknić za czyjąś obecnością. Ale wtedy przypominam sobie brudne skarpety Kacpra, tykanie zegara w ciszy z Robertem i egoizm Adriana. I nagle ta samotność staje się luksusem.

Nie nadaję się na żonę i potrafię to powiedzieć z uśmiechem, a nie ze wstydem. Jestem świetną partnerką, oddaną przyjaciółką, skuteczną menadżerką i kochającą córką. Ale żoną? Tę rolę zostawiam innym. Ja wybieram bycie sobą, nawet jeśli oznacza to, że w rubryce „stan cywilny” już zawsze będę wpisywać „rozwiedziona”. To tylko słowo. A moje życie to cała historia, którą dopiero teraz zaczynam pisać na własnych zasadach.

Justyna, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama