Reklama

Zawsze lubiłam dobrze wyglądać. Nie przesadnie, nie prowokacyjnie – po prostu schludnie, z klasą. Pracuję w branży marketingowej, gdzie wygląd często idzie w parze z pewnością siebie. Dobrze skrojona sukienka, szpilki i lekki makijaż dodają mi odwagi, kiedy wchodzę na salę pełną klientów. Niestety, mój mąż od pewnego czasu patrzył na to zupełnie inaczej. Coraz częściej komentował mój wygląd, a w jego głosie pojawiała się złość, której wcześniej nie znałam. Twierdził, że się "stroję", jakby to był grzech. I że faceci z pracy na pewno mają wobec mnie złe zamiary.

Musisz tak paradować w pracy?

– W tym chcesz iść do pracy? – zapytał z kuchni, gdy tylko wszedł i zobaczył mnie przy lustrze w korytarzu.

Spojrzałam na siebie. Beżowa ołówkowa spódnica do kolan, biała bluzka z delikatnym dekoltem, lekko pofalowane włosy. Nic nadzwyczajnego. Nawet buty były niższe niż zwykle.

– A cvo jest nie tak? – odpowiedziałam spokojnie, sięgając po perfumy.

– Jak nic? – parsknął. – Przecież ci to ledwo zakrywa tyłek. A ten dekolt? Serio, musisz tak paradować w pracy?

Odłożyłam perfumy i odwróciłam się w jego stronę.

– To jest normalna stylizacja do biura. Nie wyglądam jak z jakiegoś klubu, tylko jak kobieta, która chce wyglądać profesjonalnie.

– Profesjonalnie? – prychnął. – Mówisz tak, jakbyś nie wiedziała, jak na ciebie patrzą faceci. I ty jeszcze im to ułatwiasz.

– Co ja im ułatwiam? – zapytałam, czując jak narasta we mnie irytacja.

– No nie udawaj, że nie wiesz.

Nie odpowiedziałam. Wyszłam. Zabrałam torebkę, kluczyki i wyszłam z mieszkania, zostawiając za sobą ciężkie spojrzenie mojego męża. W drodze do pracy zaciskałam dłonie na kierownicy. Jego słowa zostały w mojej głowie jak drzazga.

Słowa męża ciągle siedziały mi z tyłu głowy

W pracy starałam się nie myśleć o porannej rozmowie. Zanurzyłam się w obowiązki, sprawdzałam kampanie, odpisałam na kilkadziesiąt maili, przeszłam przez dwa spotkania z klientami. A jednak słowa męża ciągle siedziały mi z tyłu głowy. Na lunch poszłam z Michałem z działu graficznego. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy – miał żonę i dwójkę dzieci, nigdy nie przekroczył granicy. Rozmawialiśmy o projektach, śmialiśmy się, kiedy wspomniał o tym, jak jego syn pomalował ścianę farbkami. Wracając do biura, mijaliśmy grupę kolegów z firmy.

– Nie za dobrze się bawicie? – rzucił jeden z nich z uśmiechem, który miał więcej złośliwości niż żartu.

Zrobiło mi się nieswojo, choć Michał odparł coś w stylu:

Lepiej się śmiać niż narzekać, nie?

Wieczorem wspomniałam o tym mężowi.

– A widzisz? Mówiłem – mruknął z satysfakcją. – Wystarczy, że się trochę ubierzesz i już cię obsiadają jak muchy.

– Przesadzasz – rzuciłam zmęczona. – Michał jest kolegą. Nie zrobił niczego niewłaściwego.

– Wystarczyło, że z tobą poszedł i już gadają.

Nie wiedziałam, czy bardziej boli jego zazdrość, czy brak zaufania.

Nie dałam powodu, byś mi nie ufał

Kiedyś byliśmy drużyną. Wspieraliśmy się, rozumieliśmy bez słów. Teraz coraz częściej czułam się, jakbyśmy byli po przeciwnych stronach. Zwykła rozmowa kończyła się podejrzeniami. Jego spojrzenia, niegdyś ciepłe, stały się chłodne i kontrolujące. W sobotę wybraliśmy się razem na zakupy. Niby zwyczajna rzecz, a jednak po dziesięciu minutach czułam się, jakbyśmy byli w ukrytej grze.

– Serio musisz kupować kolejne obcisłe spodnie? – rzucił, patrząc na mnie spod oka.

– Przymierzam tylko. Zresztą są wygodne – odpowiedziałam, próbując zignorować ton jego głosu.

– Wygodne? Czy może znowu chcesz, żeby ci biurowi rycerze się ślinili?

Zamknęłam się w przymierzalni, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać. Czy naprawdę uważał, że codziennie wychodzę z domu z zamiarem kokietowania obcych mężczyzn? Wieczorem próbowałam z nim porozmawiać. Usiadłam obok na kanapie, podałam mu herbatę.

– Powiesz mi wprost, co się dzieje? – zapytałam cicho.

Wzruszył ramionami.

– Po prostu widzę, jak się zachowują wobec ciebie faceci.

– Przecież nigdy ci nie dałam powodu, byś mi nie ufał. – przerwałam.

Milczał długo. Potem rzucił:

– Właśnie się boję, że kiedyś dasz.

Czułam narastający mur między nami

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy przestaliśmy być sobą. Czy to ja się zmieniłam, czy on? A może oboje? Coraz trudniej było mi odróżnić troskę od kontroli, a szczerość od zaborczości. I choć próbowałam tłumaczyć sobie jego zachowanie – może miał gorszy czas, może coś przeżywał – to i tak w środku czułam narastający mur między nami. Pewnego wieczoru wróciłam później niż zwykle. Spotkanie z klientem przeciągnęło się, potem jeszcze korki. Weszłam do mieszkania, a on już czekał w przedpokoju.

– I co, dobrze się bawiłaś? – zapytał od razu, bez powitania.

– Pracowałam. Miałam spotkanie, przecież ci mówiłam.

– A może byłaś z tym Michałem? – syknął. – Kiedyś sama się wygadałaś, że „z nim to przynajmniej można normalnie pogadać”.

Zatkało mnie. Nie dlatego, że powiedział coś strasznego, ale że zapamiętał coś, co rzuciłam kiedyś w złości, a teraz użył tego jak broni.

– To nie tak – zaczęłam spokojnie. – Wiesz dobrze, że...

– Wiem? – wszedł mi w słowo. – Ja już nic nie wiem. Poza tym, że coraz rzadziej jesteś w domu i coraz częściej się stroisz.

Spojrzałam na niego i nagle poczułam zmęczenie większe niż po całym dniu pracy. Może miał rację. A może po prostu już nie wiedziałam, co jest prawdą.

Wyglądasz jakoś nieswojo

Czułam, jak z każdą rozmową coraz bardziej zamykam się w sobie. Jego uwagi, choć pozornie o wyglądzie, wpychały mnie w poczucie winy, którego nie potrafiłam wytłumaczyć. Zaczęłam planować swoje stroje, unikając dekoltów, wybierając długie rękawy i luźniejsze fasony. Byłam schludna i profesjonalna, a jednak każdy dzień stawał się dla mnie sprawdzianem. Słowa wbijały męża się w mnie jak szpilki. Czy naprawdę byłam prowokatorką, nieświadomą zagrożenia, które rzekomo czyhało na każdym kroku? W pracy czułam się ograniczona, jakbym chodziła w hełmie, który chronił mnie przed spojrzeniami, ale dusił moją pewność siebie. Spotkałam koleżankę z działu, która od razu zauważyła zmianę.

– Co się dzieje? – zapytała. – Wyglądasz jakoś nieswojo.

– To nic – uśmiechnęłam się słabo, unikając wyjaśnień.

W domu natomiast każde spojrzenie męża przypominało mi o jego podejrzeniach. Jego niepewność stawała się moją codziennością. Czułam się rozdarta między chęcią bycia sobą a potrzebą utrzymania spokoju w domu. Każdy dzień stawał się balansowaniem na linie, której nigdy nie chciałam chodzić.

Codzienność stawała się ciężarem

Pewnego wieczoru siedziałam sama w salonie. Cisza była gęsta, przesycona wszystkimi słowami, które padły w ostatnich tygodniach. Próbowałam zebrać myśli, zrozumieć, dokąd prowadzi nasza relacja. Jego zazdrość i brak zaufania sprawiały, że codzienność stawała się ciężarem. Każdy wybór stroju, każdy gest w pracy, każde spotkanie z kolegami – wszystko wymagało analizy, jakby każdy ruch był sprawdzany i oceniany.

– Musimy porozmawiać – powiedział, siadając obok mnie. Jego głos był spokojny, ale powietrzu czuć było napięcie.

– Tak, musimy – odpowiedziałam, starając się nie drżeć.

Rozmowa była długa, pełna wyznań, oskarżeń, prób zrozumienia. Doszliśmy do momentu, w którym nie dało się już nic ukryć. Jego lęk przed tym, że inni mężczyźni mogą mnie „uwieść”, i moja potrzeba bycia sobą, były nie do pogodzenia. Poczułam, że jeśli zostanę, codziennie będę tracić kawałek siebie.

– Chcę, żebyś była szczęśliwa – powiedział, choć jego oczy mówiły coś innego. – Ale chyba nie możemy tak dalej.

Zrozumiałam. Miłość czasem nie wystarcza, jeśli fundamentem jest strach, a nie zaufanie. Podjęłam decyzję, która bolała, ale była jedyną drogą do odzyskania siebie. Pakowałam rzeczy, wiedząc, że to nie koniec życia, ale początek – życia bez ograniczeń i bez ciągłego oceniania. Wychodząc z mieszkania, poczułam jak ciężar wreszcie opuszcza moje ramiona.

Olga, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama