„Mój ukochany spakował walizki i odszedł do młodszej. Otarłam łzy, bo wiem, że gorzko tego pożałuje”
„Rozłączyłam się bez pożegnania. Usiadłam na podłodze, opierając plecy o szafkę. Przed oczami stanęły mi nasze poranki, jego koszula przerzucona przez krzesło, niedopite kawy. Złość przyszła dopiero później. Najpierw była pustka, a potem pytanie, które nie dawało spokoju: jak można tak łatwo zamienić wspólne życie na coś nowego i błyszczącego?”.

Nie sądziłam, że można odejść tak nagle: bez rozmowy, bez wyjaśnień, zostawiając po sobie ciszę głośniejszą niż krzyk. To wszystko wydawało się tak dziwne, że aż nierealne. Jeszcze wczoraj planowaliśmy zwyczajne sprawy, a dziś patrzyłam na puste miejsce obok siebie i próbowałam zrozumieć, kiedy dokładnie przestałam być dla niego wystarczająca. Wszystko wydarzyło się szybciej, niż zdążyłam to poukładać w głowie.
Słyszałam tylko jej oddech
Stałam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty, kiedy dotarło do mnie, że Rafał naprawdę nie wróci. Telefon milczał od dwóch dni, a ja wciąż łapałam się na tym, że nasłuchuję kroków na klatce schodowej. W końcu sama do siebie powiedziałam na głos:
— To już.
Wieczorem zadzwoniła Anka. Zawsze dzwoni wtedy, gdy coś się sypie.
— Odebrał? — zapytała bez przywitania.
— Nie. I chyba już nie odbierze.
Przez chwilę słyszałam tylko jej oddech.
— Widziałam go dziś — dodała w końcu.
— Gdzie? — Poczułam, jak ściska mnie w żołądku.
— W galerii. Nie był sam.
Nie musiała mówić nic więcej, a jednak mówiła. O dziewczynie, która szła obok niego z pewnością siebie, jakby cały świat leżał jej u stóp. O tym, jak trzymał ją za rękę, tak samo jak mnie jeszcze tydzień temu.
— Patrzył na nią, jakby zapomniał, że ktoś inny kiedykolwiek istniał — powiedziała cicho.
Rozłączyłam się bez pożegnania. Usiadłam na podłodze, opierając plecy o szafkę. Przed oczami stanęły mi nasze poranki, jego koszula przerzucona przez krzesło, niedopite kawy. Złość przyszła dopiero później. Najpierw była pustka, a potem pytanie, które nie dawało spokoju: jak można tak łatwo zamienić wspólne życie na coś nowego i błyszczącego?
W nocy dostałam wiadomość od Rafała. Jedno zdanie. „Potrzebuję czegoś innego”.
— Czego? — wyszeptałam do ekranu. — Odwagi czy zapomnienia?
Telefon oczywiście milczał. A ja po raz pierwszy pomyślałam, że ta historia jeszcze się nie skończyła. I że jego wybór może mieć konsekwencje, których teraz wcale nie widzi.
Uśmiechnęłam się wtedy
Spotkałam Rafała przypadkiem, a przynajmniej chciałam w to wierzyć. Stałam w kolejce w małej piekarni na rogu, tej samej, do której chodziliśmy w sobotnie poranki. Kiedy usłyszałam jego głos, poczułam, jakby ktoś nagle uchylił drzwi do pokoju, w którym dawno temu zamknęłam bałagan.
— Dwa rogale i drożdżówkę — powiedział swobodnie.
Odwróciłam się powoli. Stał przede mną, jakby nic się nie zmieniło, tylko spojrzenie miał inne. Obok niego była ona. Uśmiechnięta, dopracowana w każdym geście, jakby cały czas była na scenie.
— Cześć — rzucił, zaskoczony, ale bez wstydu.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Dziewczyna spojrzała na mnie z ciekawością, nie z niepokojem.
— To… moja koleżanka — powiedział w końcu, zbyt szybko.
— Była — poprawiłam spokojnie.
Zapadła cisza, ciężka i niewygodna. Ona pierwsza ją przerwała:
— Poczekam na zewnątrz — rzuciła lekko i wyszła, nawet na mnie nie patrząc.
Zostaliśmy sami.
— Mogłeś powiedzieć — zaczęłam. — Zamiast zniknąć.
— Nie chciałem robić scen — odpowiedział, jakby to wszystko było drobiazgiem.
— To nie była scena. To było moje życie.
Wzruszył ramionami.
— Zmieniłem się. Chcę czegoś prostszego. Lżejszego.
Uśmiechnęłam się wtedy, po raz pierwszy od wielu dni.
— Prostszego? — powtórzyłam. — Czy po prostu mniej wymagającego?
Rafał nie odpowiedział. Widziałam, że już mnie nie słucha. Myślami był przy niej, przy tej nowej wersji siebie, którą właśnie testował. Wyszłam bez pożegnania. Na zewnątrz minęłam ją. Poprawiała włosy w odbiciu witryny. Nawet nie drgnęła. Wracając do domu, poczułam coś nieoczekiwanego. Nie był to żal ani gniew. Pojawiła się ulga — jakby ktoś wreszcie powiedział na głos to, co od dawna wisiało w powietrzu. On odszedł nie dlatego, że ja byłam niewystarczająca. Odszedł, bo nie chciał już patrzeć w lustro, które przypominało mu upływ czasu.
Wieczorem napisał sam
Minęły tygodnie. Przestałam sprawdzać telefon zaraz po przebudzeniu, a jego imię nie wyskakiwało mi w myślach przy każdej drobnostce. Zajęłam się sobą bardziej z przekory niż z potrzeby. Długie spacery, porządkowanie szaf, odkładane rozmowy z ludźmi, których zaniedbałam. Świat powoli wracał na swoje miejsce. Któregoś popołudnia zadzwoniła Anka.
— Zgadnij, kto pytał o ciebie.
— Nie zgaduję — odpowiedziałam od razu.
— Rafał.
Zatrzymałam się na środku chodnika.
— Po co?
— Powiedział, że chce pogadać. Że chyba popełnił błąd.
Wieczorem napisał sam. Ostrożnie, jakby badał grunt. „Może spotkamy się na kawę?”. Przeczytałam wiadomość kilka razy, zanim poczułam, że nie wywołuje już we mnie drżenia.
— Teraz? — mruknęłam do siebie.
Spotkaliśmy się w neutralnym miejscu. Wyglądał na zmęczonego, jakby nowa rzeczywistość nie była tak lekka, jak zakładał.
— Ona… To nie jest takie proste — zaczął bez wstępu.
— Nic wartościowego nie jest — odpowiedziałam spokojnie.
Opowiadał dużo, chaotycznie. O nieporozumieniach, o ciągłych pretensjach, o tym, że wszystko było powierzchowne. Słuchałam, ale nie współczułam.
— Tęsknię za tym, co mieliśmy — powiedział w końcu.
Spojrzałam na niego uważnie.
— Nie. Tęsknisz za tym, jak się przy mnie czułeś.
Wiedziałam, że trafiłam w punkt. Wstałam pierwsza.
— Życzę ci, żebyś kiedyś zrozumiał różnicę — dodałam, zakładając płaszcz.
Wychodząc, poczułam coś, czego wcześniej nie znałam. Spokój. Jakby ciężar, który nie należał do mnie, wreszcie wrócił do właściciela.
Uśmiechnęłam się blado
Myślałam, że to spotkanie zamknęło sprawę, ale los miał jeszcze jeden ruch do wykonania. Kilka dni później zobaczyłam ją na własne oczy, zupełnie inaczej niż wcześniej. Nie obok niego, nie pewną siebie. Stała przy przystanku, nerwowo przestępując z nogi na nogę, z telefonem przy uchu. Mówiła szybko, zbyt szybko.
— Obiecywałeś, że przyjdziesz — wyrzuciła z siebie. — Zawsze coś wypada.
Nie zauważyła mnie od razu. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, na moment zamilkła. Nie było w tym wrogości ani triumfu. Raczej zmęczenie.
— Cześć — powiedziała niepewnie.
Skinęłam głową.
— Cześć.
Rozłączyła się i westchnęła.
— On potrafi znikać — dodała, jakby mówiła do siebie, ale wystarczająco głośno.
Uśmiechnęłam się blado.
— Tak. Ma w tym wprawę.
Przez chwilę stałyśmy obok siebie w niezręcznej ciszy.
— Myślałam, że będzie inaczej — przyznała w końcu. — Że skoro odszedł od ciebie, to znaczy, że wie, czego chce.
Nie odpowiedziałam od razu.
— Czasem ludzie odchodzą nie po coś nowego — powiedziałam spokojnie. — Tylko od odpowiedzialności.
Autobus podjechał, ona wsiadła bez pożegnania. Patrzyłam za nią i po raz pierwszy poczułam nie satysfakcję, a coś w rodzaju współczucia. Nie dla niego. Dla niej. Bo dopiero zaczynała lekcję, którą ja miałam już za sobą. Wieczorem zadzwonił ponownie. Nie odebrałam. Odłożyłam telefon i spojrzałam na swoje odbicie w oknie. Byłam spokojniejsza, silniejsza. Już nie tą samą osobą, którą zostawił. I wiedziałam, że nawet jeśli kiedyś zrozumie swój błąd, to ja nie będę już jego rozwiązaniem.
Nie śledziłam już jego życia
Ostatni raz napisał miesiąc później. Krótko, niemal oficjalnie. Że dużo myślał. Że docenia to, co było. Że życzy mi dobrze. Przeczytałam wiadomość bez przyspieszonego pulsu, bez tego znajomego ścisku w gardle. Odpisałam jednym zdaniem. Uprzejmym. Zamykającym. Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Nie każdy, kto odchodzi, robi to dlatego, że znalazł coś lepszego. Niektórzy po prostu nie potrafią udźwignąć głębi, która wymaga obecności, cierpliwości i prawdy. Łatwiej zachwycić się powierzchnią, niż spojrzeć komuś w oczy i zostać.
Nie śledziłam już jego życia. Nie potrzebowałam potwierdzeń, że mu się nie ułożyło. Moje zwycięstwo nie polegało na tym, że on żałował. Polegało na tym, że ja przestałam czekać. Dziś, gdy myślę o tamtym czasie, nie czuję goryczy. Raczej wdzięczność. Za lekcję. Za to, że ktoś mnie zostawił, zanim zdążyłam zostawić samą siebie. I za to, że już wiem, że jeśli ktoś wybiera błysk zamiast treści, to prędzej czy później zostaje sam, z pustymi rękami. Ja poszłam dalej. Bez pośpiechu i bez oglądania się za siebie.
Ewa, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie sądziłem, że na starość wnuk będzie mi udzielał porad sercowych. Dzięki jego wskazówkom nie spędzę walentynek sam"
- „Po 20 latach małżeństwa nie oczekiwałam niespodzianki na walentynki. Mąż tak mnie zaskoczył, że wciąż płaczę po nocach”
- „Poszłam po pączki, a wpadłam w oko piekarzowi. Teraz piecze dla mnie słodkości w każdy weekend”

