„Męża wybrała mi mama i jestem z tego dumna. Małżeństwo to dobry układ, a nie romantyczne kolacje i motyle w brzuchu”
„Rozmawialiśmy o tym, jak wyobrażamy sobie dom. On powiedział, że lubi porządek i ciszę po pracy, że woli spędzać wieczory z książką niż na imprezach. Ja powiedziałam, że nienawidzę gotować, ale lubię sprzątać”.

Większość moich koleżanek patrzy na mnie z litością lub niedowierzaniem. Szeptają po kątach, że jestem ubezwłasnowolniona, że dałam sobie odebrać wolność, że żyję pod dyktando apodyktycznej matki, która traktuje mnie jak lalkę w domku dla lalek. Ale kiedy one w piątkowe wieczory ocierają łzy po kolejnym nieudanym spotkaniu z aplikacji randkowej, albo zastanawiają się, dlaczego facet nie odpisuje od trzech dni, ja siedzę z mężem, którego nie musiałam szukać, i czuję błogi spokój.
Miałam dość rozczarowań
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, choć minęły już prawie cztery lata. Siedziałyśmy w kawiarni, a moja przyjaciółka Kaśka po raz kolejny przeżywała dramat. Tym razem chodziło o faceta, który obiecywał jej wyjazd w góry, a potem zapadł się pod ziemię, blokując ją w mediach społecznościowych. Patrzyłam na jej rozmazany makijaż i czułam nie współczucie, ale głębokie, paraliżujące zmęczenie.
Słuchałam jej narzekań o tym, że współczesny świat randek to dżungla, że nikt nie traktuje nikogo poważnie, że wszyscy szukają tylko chwilowych wrażeń. W głębi duszy przyznawałam jej rację. Sama miałam za sobą kilka takich historii. To była gra, której zasad nie rozumiałam i która wysysała ze mnie całą energię życiową.
Wróciłam wtedy do domu rodziców, gdzie jeszcze mieszkałam, i rzuciłam torebkę w kąt. Moja mama siedziała w kuchni. Mama była kobietą, która nie uznawała chaosu. Dla niej życie było projektem, który należało starannie zaplanować, wdrożyć i monitorować. Znała mnie lepiej niż ja sama. Wiedziała, że nienawidzę podejmowania decyzji, że stres związany z niepewnością mnie zżera, że marzę o stabilizacji, ale nie mam siły o nią walczyć w tym dzikim świecie.
Zaufałam jej
Tydzień później mama wzięła mnie na rozmowę. Wyjaśniła mi, że miłość w stylu komedii romantycznych to mit, który sprzedaje się w kinie, ale w życiu codziennym liczą się wspólne wartości, podobne podejście do finansów i przewidywalność.
– To jest syn mojej dobrej znajomej z czasów studiów – powiedziała, wskazując na zdjęcie mężczyzny o łagodnym uśmiechu. – Piotr. Jest inżynierem, pracuje w dużej firmie. Jest spokojny, oszczędny, nie ma długów, a jego rodzina to porządni ludzie. Spotkałam się z nim i jego matką. On też jest zmęczony kobietami, które nie wiedzą, czego chcą.
Patrzyłam na zdjęcie. Piotr nie był modelem z żurnala. Miał lekko odstające uszy i okulary, ale jego twarz biła spokojem. Nie poczułam motyli w brzuchu. Nie poczułam tego słynnego uderzenia pioruna. Mama przedstawiła mi plan: spotkanie zapoznawcze w sobotę, obiad u jego rodziców w niedzielę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zaręczyny za pół roku, ślub za rok. Wszystko zorganizowane. Żadnych gier, żadnych domysłów.
Zgodziłam się. Czułam się, jakbym wsiadała do pociągu, który ma z góry ustaloną trasę i wiem, że dowiezie mnie do celu bezpiecznie. Nie musiałam martwić się o to, czy pociąg skręci w przepaść. Maszynistą była moja matka.
Spotkaliśmy się
Nasze pierwsze spotkanie nie odbyło się w ciemnym klubie ani w kinie. Spotkaliśmy się w restauracji wybranej przez nasze matki. Co więcej – one tam były. Siedziały przy stoliku obok, dyskretnie nas obserwując, ale dając nam przestrzeń do rozmowy. To brzmi kuriozalnie, ale dla mnie to było wyzwalające.
Piotr okazał się dokładnie taki, jak opisała go mama. Był konkretny. Nie silił się na głupie żarty, nie próbował mi zaimponować drogim zegarkiem czy opowieściami o ekstremalnych wakacjach. Rozmawialiśmy o tym, jak wyobrażamy sobie dom. On powiedział, że lubi porządek i ciszę po pracy, że woli spędzać wieczory z książką niż na imprezach. Ja powiedziałam, że nienawidzę gotować, ale lubię sprzątać. On na to, że on całkiem nieźle gotuje, bo mieszka sam od pięciu lat. To były proste, techniczne ustalenia.
W pewnym momencie spojrzał na mnie znad menu i zapytał wprost, czy to mi odpowiada. Czy nie czuję się dziwnie z tym, że nasze matki w zasadzie nas swatają. Odpowiedziałam mu szczerze:
– Jestem zmęczona szukaniem. Chcę po prostu życia, które działa.
On uśmiechnął się wtedy po raz pierwszy tak szczerze, szeroko.
– Ja też – odparł. – Chcę po prostu wrócić do domu i wiedzieć, że ktoś tam jest, kto mnie nie oszuka.
Nie było fajerwerków
Podpisaliśmy niewidzialny kontrakt. Kiedy wychodziliśmy z restauracji, nasze matki wymieniły triumfalne spojrzenia. Wiedziały, że misja zakończyła się sukcesem. Dla nich to było jak połączenie dwóch dobrze prosperujących firm.
Kolejne miesiące to był perfekcyjnie zorganizowany maraton. Moja rola ograniczała się do bycia obecną. Mama wybierała salę weselną, ustalała menu, negocjowała z zespołem muzycznym. Oczywiście pokazywała mi próbki zaproszeń czy kolory kwiatów, ale zawsze były to dwie, maksymalnie trzy opcje, które wcześniej przefiltrowała.
– Wybierz to, co ci się bardziej podoba – mówiła, kładąc na stole dwie próbki materiału.
Dzięki temu unikałam paraliżu decyzyjnego. Wybór między dwiema dobrymi opcjami jest przyjemnością. Wybór spośród tysiąca możliwości jest torturą. Moje koleżanki były przerażone. Kaśka próbowała mnie „ratować”. Robiła długie wykłady o tym, że marnuję sobie życie, że nie znam tego człowieka, że co z miłością, co z namiętnością, co z szaleństwem młodości.
– Ja nie chcę szaleństwa – tłumaczyłam jej cierpliwie. – Ja chcę wiedzieć, że w sobotę rano zjem śniadanie z mężem, a nie będę czekać na telefon.
Nie rozumiała tego
Dla niej to było nie do pojęcia. Uważała, że moja matka mną manipuluje, że Piotr to nudziarz, który szukał służącej, a nie żony, ale ja widziałam to inaczej. Piotr dbał o mnie. Kiedy zepsuł mi się samochód, nie musiałam dzwonić do mechanika i bać się, że mnie naciągnie. Zadzwoniłam do Piotra, a on powiedział:
– Zostaw to, załatwię lawetę, weź taksówkę do pracy – i załatwił. Bez narzekania, bez robienia z siebie bohatera. Po prostu to zrobił.
W dniu ślubu nie czułam stresu. Wiedziałam, że mama dopilnowała każdego szczegółu. Nawet pogoda wydawała się być przez nią zamówiona. Piotr stał przy ołtarzu, wyglądał elegancko i solidnie. Kiedy składałam przysięgę, obiecywałam lojalność i budowanie wspólnego domu. To była uczciwa wymiana.
Kryzys nadszedł rok po ślubie. Ale nie był to kryzys małżeński. To świat zewnętrzny uderzył w moją bańkę. W pracy zaczęły się zwolnienia grupowe. Atmosfera była gęsta, wszyscy bali się o swoje stanowiska. Byłam kłębkiem nerwów. W tym samym czasie Kaśka, ta sama, która goniła za wielką miłością, wylądowała na bruku – dosłownie i w przenośni. Jej „wielka miłość”, artysta malarz, okazał się hazardzistą, który przegrał ich oszczędności i zniknął, zostawiając ją z długami za mieszkanie.
Pomogłam jej
Kaśka przyszła do mnie w środku nocy, zapłakana, z jedną walizką. Piotr wstał bez słowa, zrobił jej herbatę i pościelił łóżko w pokoju gościnnym. Nie zadawał pytań, nie oceniał. Następnego dnia rano, kiedy siedziałam w kuchni, patrząc na moją przyjaciółkę, która wyglądała jak cień człowieka, dotarło do mnie, jak bardzo moje życie różni się od jej życia. Ona goniła za emocjami, za nieprzewidywalnością, za „chemią”. I ta chemia wybuchła jej w twarz. Ja poszłam drogą wyznaczoną przez rozum mojej matki.
Moja mama wpadła do nas tego popołudnia. Weszła jak generał wizytujący koszary. Zobaczyła sytuację, oceniła ją w sekundę. Zamiast robić wymówki, że przyjmuję gości w trudnym czasie, usiadła z Kaśką.
– Dziecko – powiedziała do niej tonem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam, łagodnym, ale stanowczym. – Płacz nie spłaci długów. Musimy zrobić plan.
I zrobiła. Znalazła jej tymczasową pracę biurową u znajomej, żeby Kaśka mogła stanąć na nogi. Ja po prostu byłam przy niej. Patrzyłam, jak ten mechanizm, który stworzyła moja matka – ta sieć bezpieczeństwa, powiązań i zdrowego rozsądku – ratuje życie mojej przyjaciółce.
Jestem bezpieczna
Wtedy zrozumiałam, że to nie jest klatka. To jest forteca. Moja matka nie zamknęła mnie w więzieniu, ona zbudowała mury, które chronią mnie przed chaosem świata. Piotr nie był strażnikiem, był współgospodarzem tej fortecy. Ludzie często pytają mnie, czy jestem szczęśliwa, ale definicja szczęścia jest płynna. Jeśli szczęście to ciągła ekscytacja, niepewność, czekanie na cud – to nie, nie jestem szczęśliwa w ten sposób. Ale jeśli szczęście to spokój, pewność jutra i brak lęku – to jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Moje życie jest przewidywalne. Wstaję rano, Piotr robi kawę. Idziemy do pracy. Po pracy robimy zakupy z listy, którą mamy w aplikacji w telefonie – to pomysł mojego męża. W weekendy odwiedzamy rodziców albo jedziemy na działkę. Mama nadal ma duży wpływ na nasze życie. To ona znalazła nam ekipę remontową, kiedy odświeżaliśmy łazienkę. To ona doradziła, w co zainwestować oszczędności.
Czy Piotr się nie buntuje? Czasem widzę, że wzdycha, gdy mama dzwoni po raz trzeci w ciągu dnia z nowym pomysłem na „ulepszenie” naszego ogrodu, ale on też jest pragmatykiem. Widzi, że rady teściowej są po prostu skuteczne. Ona nigdy się nie myli. Jeśli mówi, że te płytki będą pękać na mrozie, to będą pękać. Szanuje kompetencje, a moja matka jest najbardziej kompetentną osobą, jaką znamy.
To moje szczęście
Między nami, mną a Piotrem, zrodziło się coś, czego nie nazwałabym płomiennym romansem, ale głębokim przywiązaniem. Lubię jego zapach. Lubię jego dłonie. Lubię to, że kiedy jestem chora, on wie, jakie leki kupić. Nie muszę nic tłumaczyć.
Czasami, bardzo rzadko, zastanawiam się, jakby to było, gdybym postawiła się matce, wyjechała w Bieszczady, została malarką, zakochała się w jakimś brodatym podróżniku. Ale potem przypominam sobie Kaśkę, która do dziś spłaca długi po swoim „podróżniku”. Przypominam sobie te wszystkie noce, kiedy bałam się przyszłości.
Teraz się nie boję. Moja przyszłość jest zaplanowana w kalendarzu mojej matki, a realizowana przez mojego solidnego męża. Ja jestem tylko pasażerką, ale w przeciwieństwie do wielu, siedzę w pierwszej klasie, mam wygodny fotel i widok na spokojny krajobraz.
Ola, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam z mężem do sanatorium i to był błąd. Zamiast korzystać z życia, musiałam wysłuchiwać jego narzekań”
- „Chciałam z wnukami zrobić faworki, a one mają w nosie tradycje. Nawet w ferie wszystko jest ważniejsze niż czas z babcią”
- „Dzieci pojechały na zimowisko, ja do sanatorium, a mąż miał robić remont. Czułam, że wcale nie kładł gresu w łazience”

