Reklama

Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Tak przynajmniej mówią ludzie, którzy nigdy nie czuli żaru zdrady wypalającego dziurę w żołądku. Kiedy dowiedziałam się o Łukaszu i Kindze, mój świat po prostu nie runął — on wyparował. Została tylko pustka i jedno, wibrujące pragnienie: sprawić, by cierpieli tak samo jak ja. Mój plan był perfidny, wyrachowany i okrutny. Tomasz, mąż mojej „najlepszej przyjaciółki”, miał być tylko narzędziem, pionkiem w mojej grze o zniszczenie ich szczęścia. Nie przewidziałam tylko jednego scenariusza: kiedy w ramionach człowieka, którego planowałam wykorzystać, odnajdę spokój, jakiego nie dał mi nikt inny.

Świat zawirował

Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością. Był czwartek, padał deszcz, a ja wróciłam do domu wcześniej, bo odwołali mi spotkanie z klientem. Telefon Łukasza leżał na blacie kuchennym, ekranem do góry. Nigdy go nie sprawdzałam. Ufaliśmy sobie, a przynajmniej tak mi się wydawało. To była naiwność trzydziestolatki, która wierzyła w bajki o wiecznej miłości. Ekran rozbłysnął powiadomieniem. Nie chciałam czytać, to był odruch.

„Tęsknię za Twoim dotykiem. Ona nic nie podejrzewa. Do zobaczenia jutro w hotelu”.

Nadawca: Kinga.

Moja Kinga. Ta sama, która trzymała mnie za rękę, gdy robiłam test ciążowy (negatywny). Ta sama, która wybierała ze mną suknię ślubną. Ta sama, która co piątek piła ze mną wino i narzekała na swojego męża, Tomasza. Świat zawirował. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a nogi robią się jak z waty. Kiedy Łukasz wrócił do domu, nie krzyczałam. Podałam mu telefon. Jego blada twarz była wystarczającym przyznaniem się do winy.

Nie było walki o nas. Marek spakował się tego samego wieczoru. Powiedział, że „to silniejsze od niego”, że z Kingą czuje „chemię, której u nas zabrakło”. Jakby to było usprawiedliwienie dla wbicia noża w plecy żonie i rozbicia dwóch rodzin. Zostałam sama w mieszkaniu pełnym naszych wspólnych zdjęć, z sercem, które przypominało rozbite szkło.

Zadzwoniłam do niego

Przez pierwsze dwa tygodnie nie wychodziłam z łóżka. Kinga dzwoniła raz, pewnie, żeby „wyjaśnić”, ale zablokowałam ją wszędzie. Widziałam jednak ich zdjęcia na Facebooku — wspólnych znajomych nie da się tak łatwo odciąć. Wyglądali na szczęśliwych. To bolało najbardziej. Ja wyłam w poduszkę, a oni budowali swoje szczęście na moich łzach. Wtedy w mojej głowie narodził się plan. Był mroczny, brudny, ale dawał mi siłę, by wstać z łóżka.

Tomasz. Mąż Kingi. Cichy, spokojny, trochę wycofany informatyk, którego Kinga zawsze traktowała z lekką pobłażliwością. Często publicznie z niego kpiła, nazywając go „nudziarzem” albo „flegmatykiem”. Zawsze uważałam go za dobrego człowieka, ale nigdy nie patrzyłam na niego jak na mężczyznę. Był po prostu tłem dla ekspresyjnej Kingi. Teraz stał się moim celem. Wiedziałam, że Kinga go nie zostawiła — to ona grała na dwa fronty, dopóki Łukasz nie odszedł ode mnie.

Tomasz został sam, tak jak ja. Postanowiłam, że uwiodę go, rozkocham w sobie, a potem, gdy Kinga i Łukasz przejdą pierwszy kryzys (a wiedziałam, że przejdą, bo oboje byli egoistami), sprawię, że Kinga zobaczy nas razem. Chciałam, żeby poczuła ukłucie zazdrości. Chciałam jej odebrać nawet tę „nudną” bezpieczną przystań, jaką był dla niej Tomasz. Zadzwoniłam do niego. Oficjalnie żeby porozmawiać o formalnościach, bo mieliśmy wspólne sprawy majątkowe jako zaprzyjaźnione pary, a nieoficjalnie, żeby zarzucić wędkę.

To mnie zaskoczyło

Spotkaliśmy się w małej kawiarni na obrzeżach miasta. Ubrałam się starannie: nie wyzywająco, ale tak, by podkreślić atuty, na które Łukasz przestał zwracać uwagę. Czerwona szminka, dopasowany płaszcz, rozpuszczone włosy. Chciałam wyglądać jak milion dolarów, mimo że w środku czułam się jak bankrut. Tomasz wyglądał fatalnie. Schudł, miał podkrążone oczy i wymiętą koszulę. Kiedy mnie zobaczył, jego wzrok był pełen bólu i wstydu.

— Iwona, przepraszam — powiedział, zanim jeszcze usiadłam. — Wiem, że to nic nie zmienia, ale jest mi tak cholernie wstyd za nią.

To mnie zaskoczyło. Nie bronił jej. Nie atakował mnie. Wziął na siebie wstyd za czyny żony.

— Nie jesteś nią, Tomek — odpowiedziałam łagodnie, kładąc dłoń na jego dłoni. To był pierwszy element planu: fizyczny kontakt, budowanie intymności. — Oboje jesteśmy ofiarami.

Zaczęliśmy rozmawiać. Miałam w głowie scenariusz: będę płakać, on mnie pocieszy, potem zaproponuję wino u mnie. Ale rozmowa potoczyła się inaczej. Tomasz nie był nudny. Był zdruzgotany, ale pod tą warstwą smutku krył się niesamowicie inteligentny, wrażliwy facet. Opowiadał mi o tym, jak od lat czuł, że Kinga go nie szanuje. Jak próbował ratować małżeństwo, rezygnując z własnych pasji, żeby jej dogodzić. Słuchałam go i po raz pierwszy od tygodni nie myślałam o Łukaszu. Myślałam o tym, jak to możliwe, że przez pięć lat znajomości nie zauważyłam, jaki Tomasz ma ciepły głos.

Poczułam się jak oszustka

Zaczęliśmy się spotykać regularnie. Początkowo wmawiałam sobie, że to wciąż element zemsty. Robiłam sobie z nim zdjęcia i wrzucałam na Instagrama, oznaczając miejsca, w których bywaliśmy. Wiedziałam, że Kinga to zobaczy. Wiedziałam, że ją to zaboli — nie z miłości do Tomasza, ale z zaborczości. „To moja zabawka, nie Iwony”. Ale wieczory z Tomaszem przestały być grą. Odkryliśmy, że mamy podobne poczucie humoru, którego nasi byli partnerzy nie rozumieli. Łukasz zawsze potrzebował hałasu, imprez, błyszczenia w towarzystwie. Tomasz wolał długie spacery, kino studyjne i rozmowy o książkach. Okazało się, że ja też tego potrzebowałam, tylko zagłuszałam to, próbując dopasować się do męża.

Pewnego wieczoru, po trzech miesiącach od rozstania z naszymi partnerami, siedzieliśmy u niego w mieszkaniu. Oglądaliśmy jakiś stary film. W pewnym momencie Tomasz odwrócił się do mnie. W pokoju panował półmrok.

— Dziękuję ci — szepnął.

— Za co? — zapytałam, czując nagły ucisk w gardle. Moje sumienie zaczynało krzyczeć.

— Że pozwoliłaś mi uwierzyć, że jeszcze mogę być dla kogoś ważny. Że nie jestem tylko „dodatkiem do Kingi”.

Poczułam się jak oszustka. Przecież to wszystko zaczęło się z nienawiści. Chciałam go wykorzystać. Chciałam nim uderzyć w Kingę. A on patrzył na mnie z taką ufnością i... czułością?
Wtedy mnie pocałował. Nie było w tym drapieżności, jaką znałam z relacji z Łukaszem. To było delikatne, ostrożne, jakby pytał o zgodę. I w tym momencie moja zemsta przestała istnieć. Odpowiedziałam na pocałunek, nie dlatego, żeby zrobić na złość Kindze. Odpowiedziałam, bo tego chciałam.

Karma wracała

Nasz romans rozkwitł. Był inny niż wszystko, co znałam. Dojrzały. Spokojny. Pełen szacunku. Tomasz dbał o mnie w sposób, w jaki Łukasz nigdy nie potrafił. Przynosił mi leki, gdy byłam przeziębiona, słuchał moich marudzeń o pracy, naprawił cieknący kran bez proszenia. Odkryłam, że „nudziarz” w sypialni jest namiętnym, uważnym kochankiem, dla którego moja przyjemność jest ważniejsza niż jego własna.

Ale cień mojego pierwotnego planu wciąż nade mną wisiał. Czułam się brudna. Zbudowałam coś pięknego na fundamencie kłamstwa. Bałam się, że jeśli powiem mu prawdę — że na początku był tylko narzędziem zemsty, stracę go na zawsze. Tymczasem u Łukasza i Kingi sielanka zaczęła się sypać. Dowiedziałam się od wspólnych znajomych, że kłócą się o pieniądze, o zazdrość, o to, że Łukasz wciąż imprezuje, a Kinga oczekuje adoracji. Karma wracała, ale paradoksalnie przestało mnie to cieszyć. Było mi to obojętne. Miałam swój świat z Tomaszem.

Aż do dnia konfrontacji. Spotkałyśmy się w galerii handlowej. Czysty przypadek. Kinga wyglądała na zmęczoną, mimo perfekcyjnego makijażu. Zobaczyła mnie, gdy trzymałam Tomasza za rękę. Jego dłoń była ciepła i pewna.

Zatrzymała się. Jej wzrok przeskakiwał ze mnie na niego.

— Ty... — syknęła, podchodząc bliżej. — Ty sypiasz z moim mężem?

Tomasz spiął się, ale nie puścił mojej ręki.

Z byłym mężem, Kinga — poprawił ją spokojnie. — Jesteśmy w trakcie rozwodu, przypominam ci. Z twojej winy.

— Robisz to specjalnie! — Kinga zignorowała go i patrzyła prosto w moje oczy. W jej głosie była histeria. — To zemsta, prawda? Zawsze byłaś mściwa, Iwona! Uwiodłaś go tylko po to, żeby mi dopiec! Bawisz się nim!

Ludzie zaczęli się oglądać. Czułam, jak serce podchodzi mi do gardła. To był ten moment. Prawda została wykrzyczana na środku korytarza. Spojrzałam na Tomasza. Oczekiwałam, że puści moją dłoń, że zobaczy we mnie potwora. Ale on patrzył na Kingę z politowaniem.

— Nawet jeśli — powiedział Tomasz, a jego głos był zimny jak stal. — Nawet jeśli na początku tak było, Kinga... to teraz to nie ma znaczenia. Bo Iwona dała mi przez te kilka miesięcy więcej ciepła i zrozumienia, niż ty przez dziesięć lat małżeństwa. Więc jeśli to jest zemsta, to jestem jej za nią wdzięczny.

Zamilkłam. Kinga stała z otwartymi ustami, nie wiedząc, co powiedzieć. Tomasz pociągnął mnie lekko.

— Chodźmy, Iwonka. Szkoda czasu.

Uśmiechnął się smutno

Wróciliśmy do samochodu w milczeniu. Ręce mi się trzęsły. Kiedy zamknęliśmy drzwi, nie odpalił silnika. Patrzył przed siebie.

— Wiedziałeś? – zapytałam cicho. Łzy spływały mi po policzkach.

Odwrócił się do mnie. Jego oczy były smutne, ale nie było w nich gniewu.

— Domyślałem się — powiedział powoli. — Na początku. Byłaś zbyt idealna. Zbyt dostępna. Znałem cię, Iwona. Wiedziałem, że jesteś zraniona i wściekła. To było logiczne. Chciałaś uderzyć w Kingę tym, co miała pod ręką. Czyli mną.

— Przepraszam — szlochałam. — Tomek, przysięgam, to się zmieniło. Nie wiem kiedy, ale...

— Wiem — przerwał mi, kładąc dłoń na moim kolanie. — Wiem, że się zmieniło. Czułem to. Kiedy przestałaś grać, a zaczęłaś być sobą. Kiedy płakałaś mi w ramię nie z złości na Marka, ale ze wzruszenia po filmie. Kiedy robiłaś mi kawę rano, nucąc pod nosem. Tego nie da się udawać.

— Dlaczego na to pozwoliłeś? Dlaczego pozwoliłeś mi się bawić?

Uśmiechnął się smutno.

— Bo byłem tak cholernie samotny, Iwona. Pomyślałem, że nawet jeśli jestem tylko narzędziem zemsty, to przynajmniej przez chwilę będę blisko kogoś, kto też cierpi. Że może w tym wspólnym bólu znajdziemy coś prawdziwego. I miałem rację.

To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd i jednocześnie otrzymałam największy dar. Myślałam, że jestem reżyserką tego spektaklu, że pociągam za sznurki. A tak naprawdę to Tomasz wykazał się dojrzałością, której mi brakowało. Zaakceptował moje najgorsze instynkty, by wydobyć ze mnie to, co najlepsze.

Miłość pozwala dojechać do celu

Łukasz i Kinga rozstali się pół roku później. Podobno zdrada goniła zdradę. Łukasz próbował do mnie dzwonić, prosić o „drugą szansę”, mówił, że popełnił błąd życia. Nie czułam satysfakcji, słysząc jego błagalny głos. Czułam obojętność. Nie potrzebowałam jego upadku, by czuć się dobrze.

Jestem z Tomaszem już dwa lata. Nie jest to miłość jak z komedii romantycznej — wybuchowa i pełna dramatów. To miłość spokojna, bezpieczna, budowana na ruinach, które wspólnie odbudowaliśmy w pałac. Czasami śmiejemy się, że Kinga i Łukasz zrobili nam przysługę. Gdyby nie ich podłość, nigdy byśmy na siebie nie spojrzeli w ten sposób. Ja widziałabym w nim nudziarza, on we mnie niedostępną żonę kumpla.

Zemsta? Już jej nie pragnę. Moim największym zwycięstwem nie jest to, że Kinga jest sama i zgorzkniała. Moim zwycięstwem jest to, że budzę się codziennie rano obok mężczyzny, który zna moje najciemniejsze strony: moją mściwość, mój gniew, moją kalkulację, i mimo to wybiera mnie każdego dnia.

Dziś wiem jedno: nienawiść może być paliwem na start, ale tylko miłość pozwala dojechać do celu. Chciałam zniszczyć ich życie, a przypadkiem naprawiłam swoje. I to jest jedyny „plot twist”, którego się nie spodziewałam, ale za który będę dziękować losowi do końca życia.

Iwona, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama