„Mąż zawsze powtarzał, że na emeryturze odbije sobie za wszystkie lata pracy. Nie sądziłam, że zrobi to w taki sposób”
„W drzwiach stał Tadeusz w czarnej, lśniącej skórze, która skrzypiała przy każdym ruchu. Na nogach miał dżinsy tak wąskie, że zastanawiałam się, jak w ogóle dopłynęła krew do jego stóp. Do tego buty – ciężkie, motocyklowe”.

Gdyby ktoś pół roku temu powiedział mi, że będę musiała siłą wyciągać mojego sześćdziesięcioparoletniego męża ze sklepu z odzieżą dla nastolatków, popukałabym się w czoło. Zawsze był uosobieniem spokoju, stateczności i przewidywalności. Nosił flanelowe koszule, wygodne spodnie w kant i mokasyny.
Chciał odpocząć
Wszystko zaczęło się gdy Tadeusz przeszedł na emeryturę. Przez czterdzieści lat pracował w urzędzie gminy. Praca odpowiedzialna, wymagająca precyzji, ale powiedzmy sobie szczerze – nudna jak flaki z olejem. Zawsze powtarzał, że na emeryturze wreszcie odpocznie. Planowaliśmy wyjazdy na działkę, może jakieś sanatorium w Ciechocinku, długie spacery z psem i nadrabianie zaległości w serialach kryminalnych, które oboje uwielbialiśmy.
Przez pierwsze dwa tygodnie wszystko szło zgodnie z planem. Tadeusz spał do dziewiątej, jadł jajecznicę na boczku, a potem dłubał coś w garażu. Byłam szczęśliwa. Miałam mojego męża w domu, zdrowego, zadowolonego. Czego chcieć więcej? A potem zmarł Zbyszek.
Zbyszek był kolegą Tadeusza z liceum. Nie utrzymywali bliskich kontaktów, ale widywali się raz na rok na spotkaniach klasowych. Po pogrzebie Tadeusz wrócił do domu dziwnie milczący. Nie chciał jeść obiadu, choć zrobiłam jego ulubione gołąbki. Siedział w fotelu, gapiąc się w wygaszony telewizor.
– Wiesz, Danusiu – powiedział w końcu. – Zbyszek miał tyle planów. Chciał kupić łódkę. Mówił o tym od matury. Nie kupił.
– Tak to bywa, Tadziu – westchnęłam. – Dlatego trzeba cieszyć się każdym dniem.
– Właśnie, Danusiu. Każdym dniem.
Zmienił się
Kilka dni później Tadeusz zniknął na całe popołudnie. Powiedział, że jedzie do centrum handlowego po żarówkę do samochodu. Nie było go cztery godziny. Zaczynałam się martwić. Dzwoniłam, ale nie odbierał. Wyobraźnia podsuwała mi najczarniejsze scenariusze, od wypadku po nagłe zasłabnięcie. Kiedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, odetchnęłam z ulgą i pobiegłam do przedpokoju, gotowa zrobić mu awanturę za nieodbieranie telefonu.
W drzwiach stał Tadeusz w czarnej, lśniącej skórze, która skrzypiała przy każdym ruchu. Na nogach miał dżinsy tak wąskie, że zastanawiałam się, jak w ogóle dopłynęła krew do jego stóp. Do tego buty – ciężkie, motocyklowe oficerki z klamrami.
– Niespodzianka! – zawołał, rozkładając ręce. Skóra napięła się na jego brzuchu, który, nie oszukujmy się, nie był już płaski jak deska.
– Tadek… – wykrztusiłam, czując, jak rumieniec wstydu wypływa mi na policzki, choć przecież byliśmy w domu sami. – Co ty masz na sobie?
– To jest styl i wolność – odparł z dumą, przeglądając się w lustrze. Próbował przyjąć pozę twardziela, ale wyglądał raczej jakby go bolał kręgosłup. – Pani w sklepie powiedziała, że wyglądam w tym dziesięć lat młodziej.
Nie poznawałam go
– Pani w sklepie powiedziała to, żebyś zostawił u niej połowę emerytury – warknęłam, odzyskując głos. – Wyglądasz, jakbyś ukradł ubrania naszemu siostrzeńcowi. Te spodnie… Tadek, czy ty w nich możesz w ogóle usiąść?
– Oczywiście, że mogę – oburzył się. Spróbował przykucnąć, żeby rozwiązać buty. Usłyszałam cichy trzask szwów i stęknięcie. Tadeusz zastygnął w połowie ruchu, z poczerwieniałą twarzą.
– Nie mów nic – syknął, widząc moją minę. – Muszą się rozbić. To jest prawdziwy denim, nie jakaś szmata.
To był dopiero początek. Skórzana kurtka stała się jego drugą skórą. Chodził w niej wszędzie: do sklepu po bułki, do kościoła, a nawet, ku mojemu przerażeniu, na działkę, żeby przyciąć róże. Sąsiedzi mieli używanie.
Mieszkamy na osiedlu domków jednorodzinnych, gdzie wszyscy się znają. Pani Halinka spod piątki wie, co gotuję na obiad, zanim jeszcze wyjmę garnek z szafki. Kiedy Tadeusz zaczął paradować w swoim nowym rynsztunku, stał się lokalną atrakcją.
Bolało mnie to
Najgorszy był ten dzień, kiedy postanowił, że jego nowy wizerunek wymaga odpowiedniej oprawy muzycznej. Wyciągnął z piwnicy stare głośniki i wystawił je na taras.
– Co ty robisz? – zapytałam, widząc, jak montuje sprzęt.
– Będę słuchał muzyki. Prawdziwej muzyki, a nie tego smęcenia, co leci w radiu.
Pięć minut później cała ulica drżała od basów. Tadeusz, w ciemnych okularach, siedział na leżaku, wystukiwał rytm stopą w ciężkim bucie i udawał, że gra na gitarze powietrznej. Wyszłam na taras, błagając go wzrokiem, żeby ściszył.
– Tadek, ludzie patrzą!
– Niech patrzą! – krzyknął. – Niech widzą, że życie nie kończy się po sześćdziesiątce!
Uciekłam do kuchni. Czułam się upokorzona. Nie dlatego, że nie lubię rocka, ale to wszystko było takie sztuczne, wymuszone, jakby Tadeusz założył kostium na bal przebierańców, który nigdy się nie kończył. Widziałam te uśmieszki sąsiadów. Tadeusz był mądrym, dobrym człowiekiem. Nie zasługiwał na bycie pośmiewiskiem. Ale ilekroć próbowałam z nim o tym rozmawiać, zamykał się w sobie.
– Ty nic nie rozumiesz – powtarzał. – Chcesz, żebym był starym dziadem w kapciach. A ja czuję ogień!
Była po jego stronie
Nasza córka Marta przyjechała do nas w weekend. Miałam nadzieję, że ona przemówi ojcu do rozsądku. Liczyłam, że widok ojca w stroju nastolatka wstrząśnie nią tak samo jak mną. Myliłam się. Kiedy Tadeusz wyszedł ją przywitać w swojej skórzanej kurtce, Marta stanęła jak wryta. Przez chwilę panowała cisza. A potem uśmiechnęła się szeroko.
– Tato! Wyglądasz czadowo! – krzyknęła.
– Poważnie? – Tadeusz puchł z dumy jak paw. Zerknął na mnie triumfalnie.
– No jasne! Wreszcie jakiś styl, a nie te bure swetry. Ta kurtka jest super.
– A spodnie?
– Odważne – oceniła Marta, taksując opięte łydki ojca. – Ale wiesz co? Masz nogi, to pokazuj. Mamo, czemu ty taka skwaszona jesteś? Tata wygląda jak gwiazda rocka.
Poczułam się zdradzona. Zostałam sama na placu boju. Moja własna córka, moja sojuszniczka, przeszła na stronę wroga. Przez cały obiad rozmawiali o muzyce, o tym, że trzeba mieć pasję, że wiek to tylko liczba. Ja siedziałam nad rosołem i milczałam. Przy nich, przy ich entuzjazmie, czułam się jak relikt przeszłości, który tylko marudzi i gasi światło. Może to ze mną było coś nie tak? Może zgorzkniałam? Może zazdrościłam Tadeuszowi tej energii, nawet jeśli była groteskowa?
Nie chciał się starzeć
Wieczorem, gdy Marta już pojechała, a Tadeusz poszedł brać prysznic, weszłam do sypialni. Na jego szafce nocnej leżało pudełko. Zerknęłam do środka. To była farba do włosów ciemny kasztan. Usiadłam na łóżku i rozpłakałam się. Nie dlatego, że chciał farbować siwiznę, ale dlatego, że widziałam w tym wszystkim paniczny strach. Mój mąż nie chciał być młody dla zabawy. On się bał, że staje się niewidzialny. A ja nie potrafiłam mu pomóc, tylko krytykowałam jego spodnie.
Tydzień później Tadeusz oznajmił, że idziemy na miasto. Nie do naszej ulubionej pizzerii, ale do klubu muzycznego w centrum, gdzie organizowano wieczory dla amatorów.
– Tadek, ale po co? Tam będzie hałas, dym, młodzież… – protestowałam.
– Bo ja będę występował – powiedział, poprawiając kołnierz kurtki. – Zapisałem się. Zaśpiewam.
Zamarłam. Tadeusz śpiewał tylko pod prysznicem i, bądźmy szczerzy, słoń nadepnął mu na ucho. Miał chęci, ale z tonacją mijał się jak pociągi na dwóch różnych torach.
– Tadek, proszę cię. Nie rób tego. Wyśmieją cię – powiedziałam to prosto z mostu, chwytając go za rękę. – Nie chcę, żebyś cierpiał.
Wyrwał rękę.
– Wstydzisz się mnie – to nie było pytanie. To było stwierdzenie faktu, wypowiedziane z goryczą, która złamała mi serce. – Wstydzisz się, że twój mąż ma marzenia. Że chce coś przeżyć, zanim zamkną go w trumnie jak Zbyszka. Zostaniesz w domu, jeśli chcesz. Ja idę.
Poszłam z nim
Nie mogłam go zostawić. Klub był ciemny, duszny i pełen ludzi w wieku naszej Marty. Kiedy weszliśmy, kilka osób odwróciło głowy. Widziałam te spojrzenia – mieszankę rozbawienia i politowania. Tadeusz szedł wyprostowany, choć widziałam, jak drżą mu dłonie. Usiedliśmy przy stoliku w rogu. Zamówiłam wodę, Tadeusz piwo. Czekaliśmy. Występowali różni ludzie – dziewczyna z gitarą, chłopak recytujący wiersze, jakiś komik. Aż w końcu prowadzący wyczytał:
– A teraz przed wami… Tadeusz! Wielkie brawa dla debiutanta!
Mój mąż wstał. Jego rurki opinały go niemiłosiernie, skóra skrzypiała. Szedł na scenę powoli. Ktoś zachichotał przy barze. Serce waliło mi jak młotem. Chciałam zamknąć oczy, zniknąć, teleportować nas do domu.
Tadeusz chwycił mikrofon. Światło reflektora odbiło się od jego siwych włosów i od ćwieków na kurtce. Wyglądał dziwnie, ale w jego postawie była determinacja. Muzyka ruszyła. To był „Wehikuł Czasu” Dżemu.
Tadeusz zaczął śpiewać. Głos mu drżał. Pierwsze nuty były nieczyste. Sala ucichła. Zacisnęłam dłonie na torebce tak mocno, że zbielały mi knykcie. Ale przy refrenie coś się stało. Tadeusz zamknął oczy. Włożył w ten śpiew całą swoją duszę, cały ten strach przed śmiercią, całą tę tęsknotę za młodością, którą stracił, całą miłość do życia, która w nim buzowała.
Docenili go
Darł się do mikrofonu, fałszując, ale z taką pasją, z taką surową emocją, że ciarki przeszły mi po plecach. Spojrzałam na ludzi. Nikt się nie śmiał. Chłopak przy barze, ten, który wcześniej chichotał, teraz patrzył na Tadeusza z szacunkiem. Wtedy to do mnie dotarło. Im nie przeszkadzało, że jest stary, nie przeszkadzały jego obcisłe spodnie. Oni widzieli w nim prawdę. Widzieli człowieka, który ma odwagę wyjść i krzyczeć o swoim istnieniu.
Tadeusz skończył. Przez sekundę panowała cisza, a potem rozległy się brawa. Szczere, głośne oklaski. Tadeusz ukłonił się sztywno, spocony, czerwony, ale z uśmiechem, który mógłby rozświetlić całą Warszawę. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłam w nich pytanie: „I jak? Nadal się wstydzisz?”. Wstałam i podeszłam do niego, przeciskając się przez tłum.
– Byłeś niesamowity – powiedziałam i nie było w tym kłamstwa.
– Naprawdę? – zapytał, dysząc ciężko.
– Naprawdę. Ale te spodnie i tak są za ciasne, Tadek. Widziałam, jak próbowałeś wziąć głębszy oddech przed refrenem i mało ci guzik nie wystrzelił.
Zaśmiał się. To był ten jego stary, dobry śmiech. Objął mnie ramieniem. Skóra była zimna i szorstka, ale pod spodem czułam ciepło mojego męża.
Zrozumiałam coś
Wracaliśmy do domu taksówką. Tadeusz był nakręcony, opowiadał o adrenalinie, o tym, jak światła go oślepiły, jak czuł rytm. Słuchałam go i trzymałam za rękę. Zrozumiałam, że te rurki i skóra to nie był atak na mnie ani na naszą przeszłość. To była tarcza. Tadeusz potrzebował zbroi, żeby zmierzyć się z nowym etapem życia. Potrzebował poczuć się kimś innym, żeby na nowo zaakceptować to, kim jest.
Następnego dnia rano wstałam pierwsza. Zrobiłam kawę. Tadeusz zszedł do kuchni o dziesiątej. Miał na sobie swoje stare, wygodne dresy i bawełniany podkoszulek.
– Gdzie skóra? – zapytałam, stawiając przed nim kubek.
– W szafie – mruknął, smarując bułkę masłem. – Musi odpocząć. I ja też. Wiesz, te buty strasznie obtarły mi pięty. A w tych spodniach to chyba nabawiłem się niestrawności, bo uciskają żołądek.
Uśmiechnęłam się do siebie.
– Ale w sobotę jest kolejny wieczór w klubie – dodał, patrząc na mnie spod oka. – Myślałem, żeby znowu pójść.
Spojrzałam na niego. Widziałam zmarszczki, siwe włosy, nieco obwisłe policzki. Ale widziałam też tego chłopaka, w którym zakochałam się czterdzieści lat temu.
– Pójdziemy – powiedziałam. – Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Kupimy ci czarne dżinsy, ale o normalnym kroju. I żadnego farbowania włosów. Podobasz mi się taki, jaki jesteś. Srebrny lis.
Jesteśmy w tym razem
Tadeusz uśmiechnął się i pogładził po siwej skroni.
– Srebrny lis… Brzmi nieźle. Jak nazwa zespołu.
Skórzana kurtka nadal wisi w szafie i Tadeusz zakłada ją na swoje „koncerty”. Rurki wylądowały w kontenerze PCK – mam nadzieję, że jakiś chudy nastolatek zrobi z nich lepszy użytek. Tadeusz nadal fałszuje w klubie, a ja nadal chodzę tam z nim, piję wodę i biję brawo najgłośniej ze wszystkich.
Sąsiedzi przestali gadać, bo przyzwyczaili się, że Tadek to „artysta”. Miłość to nie tylko wspólne starzenie się w ciszy. To także pozwolenie drugiej osobie na bycie trochę śmiesznym, trochę szalonym i trochę innym, niż sobie zaplanowaliśmy. Bo dopóki Tadek chce śpiewać i wciskać się w skórę, to znaczy, że wciąż ma siłę żyć. A to jest najważniejsze.
Nawet kupiłam sobie apaszkę w czaszki. Kiedy zakładam ją na nasze wyjścia, Tadeusz mruga do mnie porozumiewawczo. Jesteśmy w tym razem. Na naszej własnej autostradzie do piekła, albo raczej – do bardzo wesołego domu starców.
Danuta, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że teściowa pokaże klasę i w końcu się dogadamy. 1 zdanie przy rosole pogrzebało moje nadzieje”
- „Ojciec traktował mnie jak służącą, a nie córkę. Kiedy byłam zajęta swoimi sprawami, obrażał się jak dziecko”
- „Dla ojca byłem zakałą rodziny. Kiedy odniosłem sukces i zacząłem zarabiać, nagle stałem się oczkiem w głowie tatusia”

