Reklama

Przez lata uważałam, że walentynki to zwykła szopka – wszędzie serduszka, róże w cenie złota i te wymuszone uśmiechy na zdjęciach znajomych par. Mój mąż, choć nie należał do największych romantyków, zawsze coś przygotowywał. Raz był to wieczór w knajpce, kiedy indziej śniadanie do łóżka albo po prostu dobry film. W tym roku czułam się jakoś inaczej. Może to kwestia wieku, może nudy, a może po prostu podskórnie przeczuwałam, że ten dzień nie będzie wyglądał tak, jak zwykle. Może dlatego, że ostatnio mąż częściej znikał z telefonem w łazience. Przez chwilę nawet przemknęło mi przez myśl, że planuje coś większego na walentynki – może weekendowy wypad, a może zwyczajnie chce mi coś wynagrodzić. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się zdziwię, kiedy zamiast bukietu róż dostanę prezent, którego żadna kobieta nigdy nie chciałaby dostać.

Westchnęłam ciężko

Walentynkowy poranek zaczął się zwyczajnie. Mąż wstał wcześniej ode mnie – co zdarzało się raczej rzadko – i krzątał się w kuchni, stukając naczyniami. Przyniósł mi kawę do łóżka. Usiadł obok, udając nonszalancki luz, chociaż widziałam, że jest podenerwowany.

– Spałaś dobrze? – zapytał, podając mi filiżankę.

– Mhm, dziękuję. Co cię tak wcześnie na nogi zagnało? – podniosłam wzrok znad kołdry, udając, że niczego się nie domyślam.

– No, wiesz… walentynki – uśmiechnął się półgębkiem, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. – Pomyślałem, że zrobię ci miłą niespodziankę.

Poczułam, jak narasta we mnie niepokój. Znałam go aż za dobrze – nie był mistrzem tajemnic. Z reguły nie potrafił utrzymać niczego w sekrecie, a teraz zachowywał się, jakby przemycał pod kołdrą skarb narodowy.

– A coś jeszcze planujesz, czy to już cała twoja niespodzianka? – rzuciłam z przekąsem, próbując złapać go na jakimś szczególe.

– Poczekaj, nie bądź taka szybka! – parsknął śmiechem. – Coś tam jeszcze się znajdzie. O osiemnastej masz być gotowa, zabieram cię na kolację.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już był na nogach i zniknął za drzwiami, zostawiając mnie z kawą i milionem myśli. Westchnęłam ciężko. Niby wszystko gra, niby wszystko było jak w starym, dobrym filmie, a jednak coś mnie uwierało. Nie przewidziałam, że jeszcze tego dnia znajdę coś, co odmieni moje życie na zawsze.

Tylko przewróciłam oczami

Przez cały dzień mąż zachowywał się wzorowo – podsyłał mi wiadomości z serduszkami, pytał, czy czegoś mi nie potrzeba, a nawet sam ogarnął pranie. Gdy przyszłam do sypialni, na łóżku leżała nowa sukienka. Czerwona. Przymierzyłam ją z mieszanymi uczuciami. Gdy wróciłam do salonu, stał już przy drzwiach, gotowy do wyjścia.

– O, wyglądasz… no, muszę przyznać, bardzo ładnie – skwitował, po czym obdarzył mnie spojrzeniem, które nie do końca było takie, jak dawniej.

Ty też nieźle się postarałeś. Krawat nawet sam zawiązałeś? – mruknęłam, mierząc go wzrokiem.

– Żartujesz sobie ze mnie? – odbił piłeczkę. – To co, gotowa na randkę życia?

Skinęłam głową i chwyciłam torebkę. W samochodzie milczeliśmy przez dłuższą chwilę, aż w końcu nie wytrzymałam:

– Słuchaj, powiesz mi wreszcie, dokąd jedziemy? Czy mam się szykować na spektakl, czy raczej na kebaba pod chmurką?

– Zaufaj mi, będziesz zadowolona – rzucił z uśmiechem, a ja tylko przewróciłam oczami.

Na miejscu okazało się, że zarezerwował stolik w tej samej restauracji, w której byliśmy na pierwszej randce. Niby miły gest, ale coś w nim było zbyt wyuczonego, zbyt perfekcyjnego. Podczas kolacji wyciągnął telefon, żeby zrobić nam zdjęcie, ale coś poszło nie tak – ekran na chwilę rozbłysnął i zobaczyłam coś, czego wolałabym nie widzieć. Zamarłam na moment.

Coś się stało? – zapytał, udając zatroskanego.

– Nie, nic – odparłam spokojnie, choć już wtedy wiedziałam, że coś tu śmierdzi.

Przyłapałam go

Po kolacji wróciliśmy, wcale nie było mi do żartów. Kiedy mąż poszedł pod prysznic, usiadłam na kanapie i nerwowo obracałam w palcach telefon. Przypomniałam sobie tamto powiadomienie: różowe serduszko i imię, którego nigdy wcześniej nie widziałam na jego ekranie. Może przesadzam, może to tylko żart kolegi? Tylko czemu wyglądało to zupełnie inaczej niż zwykłe firmowe wiadomości? Nie byłam z tych, które grzebią mężowi w telefonie, ale... W pewnym momencie mąż zostawił telefon na stole. Odblokowany. Mąż był zajęty przerzucaniem kanałów w telewizorze. Zobaczyłam, jak ekran miga kolejnym powiadomieniem. Serduszko, emotka z pocałunkiem.

– Podasz mi telefon? Chcę coś sprawdzić – rzuciłam od niechcenia, siląc się na obojętność.

– Teraz? Poczekaj, zaraz ci dam – wydukał, ale już wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt.

– Co, boisz się, że coś w nim znajdę? – rzuciłam złośliwie.

Wyciągnęłam rękę, nie czekając dłużej. Zanim zdążył się połapać, już miałam telefon w dłoni. Zjechałam ekran, odczytałam kilka wiadomości. Z każdą kolejną mina mi rzedła. Nie musiałam się domyślać, kto to był. Treści mówiły same za siebie.

– No proszę… „Tęsknię za twoim zapachem”, „Dzisiaj o 19, jak zwykle?” – przeczytałam na głos, patrząc mu prosto w oczy. – To miła koleżanka z pracy, czy może nowa znajoma z siłowni?

Zbladł i zamarł z otwartymi ustami. Wiedziałam, że już nie wykręci się byle czym.

Miałam oczy pełne łez

– To… to nie tak, jak myślisz – wyjąkał, biorąc się za głowę.

– Och, właśnie zawsze o tym marzyłam, żeby usłyszeć klasykę: „to nie tak, jak myślisz” – parsknęłam. – Chcesz, żebym zinterpretowała te wiadomości inaczej? Może to taki biurowy żart? „Tęsknię za twoim zapachem”, „Jak miło było ostatnio”, „Jeszcze czuję cię na sobie”… – cytowałam dalej, coraz bardziej roztrzęsiona.

– Słuchaj… Proszę, pozwól mi to wyjaśnić… – zaczął łamać się głosem. – Nie planowałem tego. Sam nie wiem, jak to się stało…

– Oczywiście, nic nigdy się nie „planuje”. Miłość spadła ci z nieba? – nie wytrzymałam, śmiejąc się przez łzy. – Od kiedy? Ile to już trwa?

– To nie trwało długo… Nie chciałem cię skrzywdzić. To był tylko moment słabości. Właściwie… sam nie wiem…

– Przestań się miotać – przerwałam ostro. – Ile? Tydzień? Dwa miesiące? Rok?

Zawahał się, jakby liczył, że może uda się jeszcze coś ukryć.

– Parę miesięcy – rzucił cicho, ledwo słyszalnie.

– Parę miesięcy! – powtórzyłam, cedząc słowa. – Gratuluję, naprawdę. Znalazłeś sobie młodszą wersję mnie czy może po prostu pierwszą, która cię posłuchała?

Oparł się o ścianę, był cały blady.

Nie chciałem, żeby tak wyszło. Przysięgam, nie znaczyło to dla mnie tyle…

– Tak? To ciekawe, bo dla mnie znaczy wszystko. Brawo, naprawdę. Walentynki roku! – westchnęłam, wycierając łzę z policzka.

W tym momencie zrozumiałam, że żaden bukiet róż już nigdy nie zamaskuje tego zapachu zdrady.

Zabrakło mi słów

W domu zapadła cisza. Mąż patrzył na mnie z miną zbitego psa, a ja usiadłam na brzegu łóżka, ściskając w dłoni jego telefon jak dowód rzeczowy w sądzie. Chciałam wykrzyczeć wszystko, co kłębiło mi się w głowie, ale nagle zabrakło mi słów. Wtedy on pierwszy się odezwał:

– Proszę cię, pozwól mi to naprawić. Przysięgam, to był błąd. Zrobiłem coś strasznego, ale nie chcę cię stracić.

Pokręciłam głową i spojrzałam przez okno, jakby tam za szybą miała nagle pojawić się odpowiedź, jak żyć dalej.

– Naprawdę myślisz, że wystarczy powiedzieć „przepraszam” i wszystko wróci do normy? Chcesz, żebym zapomniała, że przez kilka miesięcy żyłeś na dwa fronty? – Z trudem utrzymałam głos na wodzy.

Zrobił krok w moją stronę, wyciągnął rękę, jakby chciał mnie pogłaskać, ale szybko się odsunęłam.

– Słuchaj, wiem, że to brzmi jak marne tłumaczenie, ale… czułem się samotny, odtrącony. Ostatnio tylko praca, dom, wiecznie zmęczeni… Ona po prostu pojawiła się w odpowiednim momencie. Sam nie wiem, dlaczego tak się stoczyłem.

I co, to ma być powód? – Uniosłam brwi. – Każdy zmęczony facet w tym kraju ma obowiązek znaleźć sobie kochankę? Może powinnam też sobie kogoś znaleźć, skoro mi smutno i pada mi motywacja do życia?

Przez chwilę patrzył na mnie, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy. Wreszcie usiadł ciężko obok.

– Nie, nie powinienem był. Przepraszam. Może nie zasługuję na drugą szansę… Błagam, spróbujmy to naprawić. Zrób ze mną, co chcesz, byle nie odchodź.

Parsknęłam. Tak, pewnie, teraz nagle jestem cennym nabytkiem. Zawsze najważniejsza, kiedy grozi, że zniknę.

– Daj mi spokój. Chcę zostać sama. Zresztą, i tak już wszystko powiedziałeś.

Zamknęłam się w łazience, wpatrując się w swoje odbicie. Wiedziałam jedno: zaufania nie da się przykleić taśmą klejącą.

Postawiłam na siebie

Nie spałam tej nocy prawie wcale. Mąż próbował się tłumaczyć, ale w końcu odpuścił i przeniósł się na kanapę, pewnie z nadzieją, że rano będę już mniej zła. Ja jednak nie zamierzałam zgrywać pokrzywdzonej żony, która czeka na powrót niewiernego męża. Rano atmosfera była ciężka jak powietrze przed burzą.

Zrobiłem śniadanie… Może chociaż zjesz coś przed pracą? – zaproponował cicho, jakby to miało cokolwiek zmienić.

– Nie jestem głodna – odpowiedziałam, wkładając płaszcz i szukając torebki.

Patrzył, jak pakuję rzeczy do torby – ładowarkę, kosmetyczkę, kilka ubrań. Bez słowa. W końcu zebrał się na odwagę.

– I co teraz? Tak po prostu wyjdziesz?

Odwróciłam się do niego.

– A co ty byś zrobił na moim miejscu? Siedział i czekał, aż twoja żona wróci z randki z kochankiem? – rzuciłam z przekąsem. – Wiesz, najgorsze nie są nawet te wasze wiadomości czy pocałunki. Najgorsza jest ta myśl, że przez tyle czasu żyłam w kłamstwie.

Westchnął ciężko.

Nie wiem, jak to naprawić. Chciałbym, żebyś została, żebyśmy to jakoś odbudowali…

– Chciałbyś wiele rzeczy – przerwałam mu ostro. – Może gdybyś wcześniej coś z siebie dał, nie musiałbyś dziś błagać o kolejną szansę.

Chwyciłam torbę i ruszyłam do drzwi. Stanęłam przed domem i po raz pierwszy od dawna poczułam, że oddycham pełną piersią. Róże zwiędną, a ja? Może jeszcze kiedyś zakwitnę.

Monika, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama