Reklama

Z Robertem jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat. Bez wielkich dramatów, ale też bez czułości. Przez ostatnie miesiące wszystko między nami przypominało bardziej współlokatorstwo niż związek. On – wiecznie zajęty, zamknięty w sobie. Ja – coraz bardziej zmęczona próbami rozmowy. Kiedy mówiłam, milczał. A jeśli już coś odpowiedział, to tonem, jakim zamyka się drzwi. Zdawkowo. Jakby każde moje słowo było tylko hałasem w tle jego myśli.

Zaczęłam się zastanawiać, czy on jeszcze mnie dostrzega. Nie patrzyłam już na siebie jak na kobietę – tylko jak na czyjąś żonę. A może nawet nie. Może tylko jak na cień, który przewija się przez mieszkanie. Niewidzialna. W środku czułam, jak coś się we mnie zaciska. Tęskniłam za czułością. Za zwykłym gestem – spojrzeniem, dotykiem, rozmową bez pośpiechu.

Robert zaproponował zimowy wyjazd w góry. Zaskoczyło mnie to. Powiedział, że potrzebujemy odpoczynku. Chciał pobyć ze mną. Usłyszałam w tym iskierkę nadziei.

– Może to miejsce coś zmieni. Może tu przypomnimy sobie, kim byliśmy – powiedziałam, patrząc na góry z okna samochodu.

– Może tak – rzucił cicho, bez emocji.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to wszystko – ten wyjazd, to miejsce – nie było przypadkowe. To nie miała być próba ratunku. To miała być pułapka.

To było podejrzane

Zatrzymaliśmy się w drewnianym domu na zboczu, z widokiem na dolinę. Pachniało dymem z kominka, starą boazerią i czymś nieokreślonym. Trochę jakby przeszłością. Gospodarz czekał już na nas w progu – wysoki, szpakowaty, o postawie tak prostej, jakby dopiero co zszedł ze sceny. I rzeczywiście, kiedy przedstawił się jako Wiktor, dodał z uśmiechem:

– Kiedyś grałem w teatrze. Teraz gram już tylko rolę gospodarza.

Podał mi rękę i przytrzymał ją ułamek sekundy dłużej niż wypadało. Miał uścisk pewny, ciepły. Oczy świdrowały mnie z takim zainteresowaniem, jakiego dawno nie widziałam u żadnego mężczyzny. Robert tego nie zauważył. Albo udawał, że nie widzi. W salonie czekała na nas butelka i dwa kieliszki. Wiktor nalał mi pierwszy.

– Nieczęsto mam tak pięknych gości. Wyglądasz jak gwiazda filmowa – powiedział, przysiadając się bliżej.

– Chyba sprzed dziesięciu lat – zaśmiałam się nerwowo, zerkając w stronę Roberta.

– No, w końcu masz trochę uwagi – rzucił sucho mój mąż, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Zamrugałam. Czy to właśnie powiedział? Czy pozwolił mi flirtować? Wiktor pokazał mi album z czarno-białymi zdjęciami. Był na nich młodszy, w teatralnych kostiumach. Opowiadał, a ja słuchałam, chłonąc tę jego intensywność, spojrzenia, ton głosu. Czułam się zauważona.

Zupełnie jakby to był początek jakiejś roli. Tylko nie wiedziałam jeszcze – czyjej.

Czułam sie rozkojarzona

Rano Robert wyszedł wcześnie. Powiedział tylko, że idzie na szlak, potrzebuje samotności. Nawet nie zapytał, czy chcę iść z nim. Może miał rację – nie chciałam. Wiktor czekał w kuchni z dwoma kubkami kawy. Pachniało cynamonem i czymś jeszcze, czymś, co natychmiast przypomniało mi dzieciństwo. Uśmiechnął się, jakby czekał tylko na mnie.

– Nie lubię sam pić kawy – powiedział, podając mi filiżankę. – A ty masz w oczach coś niespokojnego. Widziałem to w teatrze u kobiet, które już same nie wiedziały, kim są. Takie oczy mają aktorki przed premierą.

Zaśmiałam się, ale coś we mnie drgnęło. Jego słowa trafiały zbyt celnie. Zaproponował spacer. Pokazał mi starą altanę za domem, opowiadał o czasach, gdy przyjeżdżali tu artyści, aktorzy, reżyserzy. Wspominał czasy, które dawno minęły, ale mówił o nich tak żywo, że wydawały się bliskie.

– Gdybyś tu była ze mną te trzydzieści lat temu, zagrałabyś Ofelię. Masz w sobie coś tragicznego i pięknego jednocześnie – powiedział, patrząc na mnie z taką intensywnością, że musiałam odwrócić wzrok.

Wieczorem wróciłam do pokoju późno. Czułam się rozkojarzona. Dotyk jego dłoni, gdy podawał mi płaszcz, spojrzenia, których nie odwzajemniałam, ale których nie unikałam. Był zbyt blisko.

– Nie przyszłaś na kolację. Powinienem się martwić? – zapytał Robert, siedząc na łóżku.

– Po prostu rozmawialiśmy – wymamrotałam, zdejmując buty.

– Rozmowa może być bardzo niebezpieczna. Zwłaszcza, gdy się jej nie prowadzi z mężem – odpowiedział chłodno.

Spojrzałam na niego. Ani cienia zazdrości. Tylko dystans. Jakby czekał, aż sama się pogubię.

Wszystko się rozpadło

To stało się szybko. Za szybko. Wiktor zaprosił mnie wieczorem do swojej pracowni, żeby pokazać mi stare listy i scenariusze. Usiadłam na kanapie, on obok, z kieliszkiem. Mówił o teatrze, o życiu, o rolach, które człowiek gra nie tylko na scenie. Powoli przestawałam słuchać słów. Skupiłam się na jego dłoni na moim kolanie, na spojrzeniu, które coraz trudniej było zignorować.

Nie powinnam była tam siedzieć. Nie powinnam była się uśmiechać, nachylać, patrzeć tak, jak patrzyłam, ale zrobiłam to. Wiedziałam, że przekraczam granicę i że nikt mnie nie zatrzyma. Pocałował mnie, a ja to odwzajemniłam. Bez słowa, bez sprzeciwu. Trwało to może minutę, może dłużej. Do momentu, gdy usłyszeliśmy kliknięcie drzwi.

Odwróciłam się gwałtownie. Robert stał w progu, w jednej dłoni trzymał laptopa. Na ekranie – nagranie. Z tej samej kanapy. Z tego samego wieczoru. Moja twarz, moje usta, moje dłonie. Cała ja – przyłapana na gorącym uczynku.

– Myślałaś, że to przypadek? Że obcy facet po prostu cię podrywa? – spytał spokojnie. – Wystarczyło tylko poczekać.

– Co ty zrobiłeś… to chore! – wstałam, nie wiedząc, gdzie się podziać.

– Chciałem tylko prawdy. Teraz ją mam – nagraną w jakości HD – powiedział z chłodną satysfakcją.

Nie wiedziałam, gdzie spojrzeć. Na niego, na Wiktora, czy może na siebie sprzed chwili, zamkniętą w pikselach zdrady. W jednej sekundzie wszystko się rozpadło. Nie tylko małżeństwo. Ja też.

Czułam się rozdarta

Wyszłam z pokoju niemal biegiem, obcasy stukały o drewnianą podłogę. Wiktor ruszył za mną, zawołał cicho:

– Julia, poczekaj…

Zatrzymałam się w kuchni, opierając się o blat, jakbym miała zemdleć. Ręce mi się trzęsły. Gdy wszedł, wyglądał inaczej. Już nie był czarującym gospodarzem. Był mężczyzną, który wiedział, że zrobił coś nieodwracalnego.

– Nie miałam pojęcia, że on… że to wszystko było ustawione – powiedziałam. – Ty wiedziałeś?

Milczał przez chwilę, po czym usiadł naprzeciw mnie, ciężko.

– Na początku to była gra… – przyznał w końcu. – Robert skontaktował się ze mną kilka miesięcy temu. Kiedyś się przyjaźniliśmy, znał mnie. Wiedział, że mogę zawalczyć o twoją uwagę. Prosił, żebym tylko dał mu „dowód”.

– I zgodziłeś się? Dla zabawy? Dla pieniędzy?

– Nie dla pieniędzy – pokręcił głową. – Nie wziąłem od niego ani grosza. Myślałem, że to będzie jak teatr. Kolejna rola. A przy okazji wyświadczę staremu kumplowi przysługę... Ale później przestałem grać. Nie udawałem już. Chciałem cię naprawdę.

Patrzyłam na niego, próbując zrozumieć. Czułam się rozdarta między obrzydzeniem a współczuciem, ale żadne z tych uczuć nie dawało ulgi. Była tylko pustka.

Nie chcę cię znać. Żadnego z was – powiedziałam, łapiąc za walizkę. – Wykorzystaliście mnie obaj. Każdy na swój sposób.

Wyszłam z domu, nie oglądając się za siebie. Po raz pierwszy od dawna czułam, że nie mam już dokąd wracać.

Może tak miało być

Szłam bez celu, z walizką ciągniętą po kamieniach. Chciałam się zgubić. Wtopić w krajobraz, zniknąć. Nie czułam zimna, choć wiatr smagał mi policzki. Nocą dotarłam do miasteczka i wynajęłam pokój w tanim hostelu, z cienkimi ścianami, zgrzytającym grzejnikiem i starym łóżkiem.

Zamknęłam się w tym pokoju na trzy dni. Nie odbierałam telefonu. Robert nie zadzwonił. I dobrze, bo nie miałam mu nic do powiedzenia.

Leżałam godzinami, gapiąc się w sufit. Zastanawiałam się, jak do tego doszło. Jak łatwo mnie podejść, oszukać, złamać. Myślałam o Wiktorze. O jego dłoni na moim kolanie, o jego głosie, o spojrzeniu. O tym, jak bardzo chciałam uwierzyć, że jestem dla kogoś ważna. Chociaż przez chwilę. Nie byłam. Dla żadnego z nich.

Wyszłam dopiero czwartego dnia. Usiadłam na kamiennej ławce pod kościołem i patrzyłam, jak ludzie krzątają się po rynku, nosząc zakupy, rozmawiając, śmiejąc się. Jakby świat dalej istniał.

W mojej głowie ciągle to samo: może ten upadek był konieczny. Może musiałam zobaczyć prawdę – o Robercie, o sobie. O tym, że budowałam życie na złudzeniach. Może dopiero teraz mam szansę zbudować coś prawdziwego. Sama, dla siebie. Nie miałam planu ani odpowiedzi, tylko ciszę. I mimo wszystko coś w rodzaju ulgi.

Chcę odzyskać siebie

Wróciłam do miasta tydzień później. Nie do domu, nie do Roberta. Zatrzymałam się u mojej siostry. Powiedziała tylko:

– Nic nie mów. Po prostu zostań, ile chcesz.

Zgodziłam się. Po raz pierwszy od dawna ktoś niczego ode mnie nie oczekiwał. Przez pierwsze dni nie rozmawiałyśmy wcale. Robiłam jej herbatę, ona zostawiała mi czyste ręczniki w łazience. Była obecna, ale nie nachalna. I to mi wystarczało.

Nie wróciłam do Roberta. Wysłała mi tylko krótką wiadomość, że składa wniosek o rozwód. Nie odpisałam. Zrozumiałam, że nie ma już o co walczyć. Może o to właśnie mu chodziło. Nie chciałam go nienawidzić, nie miałam dość siły na nienawiść. Chciałam tylko odzyskać siebie.

Zaczęłam wychodzić z domu. Kupować świeże pieczywo, przesiadywać w kawiarniach z notesem. Zapisywać myśli, zdania, pytania. Patrzyłam na ludzi, słuchałam ich rozmów. Próbowałam znów poczuć życie. Pewnego ranka spojrzałam w lustro. I po raz pierwszy od wielu miesięcy nie odwróciłam wzroku. Zobaczyłam kobietę, która się stoczyła, ale nie przegrała. Która została z niczym, ale nie była już niczyją własnością.

Mogłam zacząć od nowa. Na własnych warunkach.

Julia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama