„Mąż zapomniał o prezencie na walentynki. Koleżanki dostały od mężów biżuterię, a ja jakiegoś zwiędłego badyla”
„– Wyjątkowego? – powtórzyłam głucho, a potem wybuchłam. – Robert, Aneta dostała szafirową bransoletkę z białego złota! Kaśka z księgowości dostała voucher do SPA na cały weekend! A ja dostałam… uschnięty patyk?! Czy ty sobie ze mnie żartujesz?”.

Czułam, jak zazdrość ściska mnie w gardle, gdy patrzyłam na lśniące pudełeczka moich koleżanek z biura. Każda z nich tego dnia czuła się jak księżniczka, adorowana i doceniona, podczas gdy ja nerwowo zerkałam na telefon, licząc na to, że chociaż kurier przyniesie mi bukiet czerwonych róż. Ale kurier nie przyszedł, a wieczór, który miał być świętem miłości, zamienił się w festiwal rozczarowania i gorzkich łez. Nie wiedziałam wtedy, że ten niepozorny, niemal uschnięty kwiatek, którego przyniósł mi mąż, stanie się najważniejszą lekcją w moim życiu.
Nie dało się tego ignorować
Już od samego rana czułam w powietrzu ten specyficzny, duszny zapach drogich perfum wymieszany z ekscytacją. Był czternasty lutego, dzień, który teoretycznie powinien być intymnym świętem dwojga ludzi, a w praktyce zamienił się w korporacyjne zawody w dyscyplinie „kto jest bardziej kochany i za ile”. Siedziałam przy swoim biurku, starając się skupić na słupkach w raporcie kwartalnym, ale co chwilę moje skupienie przerywały piski zachwytu dobiegające z kuchni. Czułam się jak uboga krewna na balu debiutantek.
Moja przyjaciółka z działu marketingu, Aneta, wparowała do mojego pokoju z takim impetem, że omal nie przewróciła kubka z kawą. Biła od niej aura triumfu, niemal oślepiając mnie blaskiem bijącym z jej nadgarstka.
– Zobacz! – krzyknęła, podstawiając mi rękę pod sam nos. – Białe złoto i szafiry. Romek zwariował, mówię ci, totalnie zwariował. Przecież to musiało kosztować fortunę.
Uśmiechnęłam się, choć czułam kwaśne ukłucie w żołądku. Aneta i Romek byli małżeństwem od pięciu lat, tak samo jak ja i Robert, ale ich życie wydawało się wyjęte z katalogu luksusowych podróży.
– Piękna – powiedziałam, siląc się na szczerość, bo bransoletka faktycznie robiła wrażenie. – Romek ma gust.
– I do tego kolacja w tej nowej francuskiej restauracji, wiesz, tej, gdzie na stolik czeka się miesiącami – trajkotała dalej, nie zauważając mojego gasnącego uśmiechu. – A co u was? Robert coś szykuje?
Zacisnęłam palce na długopisie. Robert. Mój Robert, który od miesiąca brał każdą możliwą nadgodzinę w firmie logistycznej i wracał do domu tak zmęczony, że zasypiał przed telewizorem, często nawet nie zdejmując butów.
– Wiesz jaki on jest – odpowiedziałam wymijająco, starając się brzmieć tajemniczo. – Nie lubi zdradzać niespodzianek.
To było kłamstwo, które smakowało jak popiół. Robert był solidnym, dobrym człowiekiem, ale kompletnie pozbawionym romantycznego zmysłu. Nasze ostatnie Walentynki spędziliśmy na jedzeniu pizzy z mrożonki. Teraz, widząc te wszystkie bukiety z dostawą do biura i torebki z logo znanych jubilerów, czułam narastającą presję. Chciałam, żeby choć raz postarał się bardziej. Żeby pokazał światu, a przede wszystkim mi, że wciąż jestem dla niego tą jedyną. Wróciłam do domu z nadzieją, która tliła się we mnie na przekór logice. Może te nadgodziny były genialną przykrywką?
Cisza w domu była głośniejsza niż krzyk
Weszłam do mieszkania, spodziewając się zapachu pieczeni albo nastrojowych świeczek. Zamiast tego powitała mnie ciemność i chłód. Zegar w kuchni tykał rytmicznie, bezlitośnie odmierzając minuty mojej rosnącej irytacji. Osiemnasta. Dziewiętnasta. Zaczęłam szykować kolację sama, z wściekłością krojąc warzywa. Czułam się upokorzona. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy Anety siedzącej teraz w blasku świec, zjadającej owoce morza. A ja? Stałam w wyciągniętym dresie nad parującym garnkiem makaronu, czekając na męża, który nawet nie zadzwonił.
Gdy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, dochodziła dwudziesta. Robert wszedł do środka, wyglądając jak cień samego siebie. Miał podkrążone oczy i smar wżarty w skórę dłoni. W jednej ręce trzymał teczkę, a w drugiej… coś małego, owiniętego w szary, pomięty papier.
– Cześć, kochanie – powiedział chrapliwym głosem. – Przepraszam za spóźnienie. Mieliśmy awarię wózka widłowego na magazynie, musiałem zostać i pomóc chłopakom, bo towar musiał wyjechać.
Stałam w progu kuchni z założonymi rękami. Nie podbiegłam, żeby go przytulić. Mój wzrok był przykuty do przedmiotu w jego dłoni.
– Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek – powiedział niepewnie, podchodząc do mnie. Wyciągnął rękę z tym zawiniątkiem.
Odebrałam to od niego, czując, jak serce mi zamiera. Była to mała, plastikowa doniczka owinięta niedbale papierem. W środku tkwiła roślina. Nie był to bujny storczyk, ani nawet gęsta paprotka. To było coś, co wyglądało jak suchy patyk z kilkoma smętnymi, ciemnozielonymi listkami. Żadnego kwiatka. Żadnego koloru.
– To… kwiatek? – zapytałam, czując, jak łzy bezsilności napływają mi do oczu. Głos mi się łamał.
– Tak – Robert uśmiechnął się lekko, choć w jego oczach widziałam potworne zmęczenie. – Pomyślałem, że ci się spodoba. Pani w kwiaciarni mówiła, że to coś wyjątkowego.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Coś wyjątkowego? To wyglądało, jakby znalazł to na śmietniku.
– Wyjątkowego? – powtórzyłam głucho, a potem wybuchłam. – Robert, Aneta dostała szafirową bransoletkę z białego złota! Kaśka z księgowości dostała voucher do SPA na cały weekend! A ja dostałam… uschnięty patyk?! Czy ty sobie ze mnie żartujesz?
Jego uśmiech zgasł natychmiast. Ramiona mu opadły, postarzał się w jednej sekundzie.
– Justyna, to nie jest uschnięty patyk…
– Nie, masz rację – przerwałam mu, puszczając wszelkie hamulce. – To jest symbol naszego małżeństwa. Szare, bure i bez życia. Dziękuję ci bardzo. Naprawdę się postarałeś. Doceniam gest, naprawdę, wydałeś pewnie z piętnaście złotych.
Odłożyłam doniczkę na blat z takim impetem, że ziemia wysypała się na czysty obrus. Odwróciłam się na pięcie i poszłam do sypialni, zamykając za sobą drzwi z trzaskiem. Nie chciałam słuchać o awariach w magazynie. Miałam dość.
Noc pełna gorzkich przemyśleń
Leżałam w łóżku, tępo wpatrując się w sufit. Słyszałam, jak Robert cicho krząta się po kuchni, pewnie odgrzewając sobie ten nieszczęsny makaron. Czułam się okropnie – byłam wściekła, ale miałam też wyrzuty sumienia. Jednak czy żądałam gwiazdki z nieba? Chciałam tylko odrobiny luksusu w naszej szarej codzienności.
Sięgnęłam po telefon, co było błędem. Aneta wrzuciła relację z kolacji – deser z fajerwerkami, ich splecione dłonie, szafiry lśniące w blasku świec. Podpis: „Najszczęśliwsza na świecie”. Poczułam się mała i gorsza. Dlaczego ja nie zasługiwałam na takie traktowanie? Czy byłam gorszą żoną? Zasnęłam z telefonem w ręku, z policzkiem mokrym od łez. Robert nie przyszedł do sypialni. Spał na kanapie.
Następnego dnia rano wstałam wcześnie. Roberta już nie było – wyszedł do pracy skoro świt. Na stole w kuchni stała ta nieszczęsna roślina. Przy ostrym świetle wyglądała jeszcze gorzej, a obok doniczki leżała mała karteczka.
Przepraszam, że Cię zawiodłem. Kocham Cię. R.
Zgniotłam kartkę w kulkę i wrzuciłam do kosza. Zawiodłeś, pomyślałam z goryczą. Owszem, zawiodłeś na całej linii. W pracy atmosfera była jeszcze gorsza. Aneta opowiadała o każdym daniu, o tym, jak kelner dolewał im wina i jak Romek patrzył jej w oczy.
– A ty, Justyna? – zapytała nagle Kasia, poprawiając idealnie ułożone włosy. – Co w końcu dostałaś? Nic nie wrzuciłaś na fejsa, sprawdzałam rano.
Wszystkie pary oczu zwróciły się na mnie.
– My… my postanowiliśmy w tym roku nie szaleć z prezentami – skłamałam gładko, choć głos mi drżał. – Odkładamy na wakacje. Zrobiliśmy sobie tylko dobrą kolację w domu.
– Ooo, to bardzo rozsądne – skwitowała Kasia z nutą wyższości. – Ale wiesz, czasem warto zaszaleć. Mój Igor mówi, że na żonie się nie oszczędza.
Zacisnęłam zęby. Czułam się jak uboga krewna w towarzystwie milionerek. Przez resztę dnia unikałam rozmów, chcąc tylko wrócić do domu, przesadzić ten głupi kwiatek i zapomnieć o Walentynkach.
Prawda pod powierzchnią
Przez kolejne dni sytuacja w domu była napięta. Rozmawialiśmy z Robertem tylko o rachunkach. Spał odwrócony plecami, a ta mała roślina wyrosła między nami jak betonowy mur. W piątek po południu, wychodząc z biura, zobaczyłam Anetę siedzącą w swoim samochodzie na parkingu. Podeszłam bliżej. Gdy zapukałam w szybę, podniosła głowę. Miała rozmazany makijaż i opuchnięte od płaczu oczy.
– Aneta? Co się stało? – zapytałam zaniepokojona, wsiadając do środka.
Aneta spojrzała na swój nadgarstek, na którym wciąż błyszczała szafirowa bransoletka.
– To wszystko jest na nic, Justyna – powiedziała łamiącym się głosem. – To wszystko to tylko fasada. Jedno wielkie kłamstwo.
– Ale o czym ty mówisz? Przecież Romek… ta kolacja, te prezenty… – bąkałam.
– Romek ma kogoś – wyznała szeptem, a mnie zamurowało. – Dowiedziałam się wczoraj. Ta bransoletka? To nie był prezent z miłości. To był prezent z poczucia winy. Żeby mnie uciszyć, żebym nie zadawała pytań, dlaczego ciągle wyjeżdża w delegacje. Kupił mi drogą błyskotkę, zrobił show dla znajomych, a potem w nocy pisał do niej.
Siedziałam tam, oniemiała. Zazdrościłam jej przez cały tydzień, zżerała mnie zawiść o jej idealne życie. A okazało się, że pod tą lśniącą powierzchnią kryje się dramat.
– Wiesz co jest najgorsze? – Aneta otarła tusz z policzka. – Że wolałabym dostać od niego zwykłą kanapkę zrobioną do pracy, byleby tylko był ze mną szczery. Oddałabym te wszystkie szafiry za minutę szczerości.
Wróciłam do domu z mętlikiem w głowie. Słowa Anety dźwięczały mi w uszach. Weszłam do mieszkania i pierwsze, co zobaczyłam, to ten nieszczęsny kwiatek na parapecie. Robert musiał go podlać przed wyjściem. Podeszłam bliżej i po raz pierwszy przyjrzałam mu się bez uprzedzeń.
Na tym „suchym patyku” pojawiło się coś nowego. Mały, ledwo widoczny pączek. Sięgnęłam po telefon i wpisałam w wyszukiwarkę łacińską nazwę z etykiety: Hoya Kerrii. Okazało się, że to rzadka odmiana woskownicy, trudna do zdobycia. Wymagała cierpliwości, ale gdy zakwitała, jej kwiaty były spektakularne i pachniały jak nic innego na świecie.
Nagle usłyszałam kroki. Robert wszedł do pokoju. Znowu wyglądał na potwornie zmęczonego, ale uśmiechnął się nieśmiało.
– Cześć – powiedział cicho.
– Cześć – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od rośliny. – Podlałeś go.
– Tak. Pani mówiła, że nie lubi dużo wody, ale musi mieć wilgotno. Martwiłem się, że uschnie.
Odwróciłam się do niego. Stał tam w swoim brudnym, roboczym ubraniu, bez szafirów, bez diamentów. Ale stał tam z tymi swoimi dobrymi oczami, które teraz patrzyły na mnie z nadzieją.
– Robert, skąd to wziąłeś? – zapytałam, czując gulę w gardle.
Podrapał się po karku, zakłopotany.
– Pamiętasz, jak trzy miesiące temu oglądaliśmy ten program o azjatyckich ogrodach botanicznych? Zachwyciłaś się zapachem, o którym opowiadał lektor. Mówiłaś, że marzy ci się kawałek egzotyki w tym naszym bloku. Szukałem tej sadzonki przez miesiąc. Sprowadził mi ją ten stary ogrodnik spod miasta. To nie jest zwykły kwiatek z marketu.
Zrobiło mi się gorąco ze wstydu. Pamiętałam ten wieczór. Rzuciłam to mimochodem, marząc o czymś innym niż szary widok za oknem. On to zapamiętał. Szukał. Jeździł po ogrodnikach, kiedy ja myślałam, że po prostu siedzi w pracy.
– Ale to nie wszystko – dodał, sięgając do kieszeni. Wyjął wymiętą, białą kopertę. – Wiem, że wolałabyś biżuterię. Wiem, że koleżanki mają lepiej. Ale… pomyślałem o czymś innym. O czymś trwalszym.
Podał mi kopertę drżącą ręką. W środku nie było vouchera do SPA. Był to wyciąg z konta oszczędnościowego, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Kwota była spora.
– Co to jest? – zapytałam zdumiona.
– To na naszą działkę – powiedział, siadając ciężko na kanapie. – Wiem, jak bardzo dusisz się w bloku. Wiem, że marzysz o własnym kawałku ziemi. Odkładałem każdą nadgodzinę, każdą premię przez ostatni rok. Nie kupiłem ci biżuterii, Justyna, bo biżuteria nie da nam domu. A ten kwiatek… to pierwsza roślina do twojego przyszłego ogrodu zimowego. Chciałem, żebyś wiedziała, że słucham twoich marzeń, nawet jeśli nie stać mnie dzisiaj na diamenty.
Zrozumiałam swój błąd
Patrzyłam na niego i czułam, jak serce mi pęka, a potem składa się na nowo, silniejsze niż kiedykolwiek. Przypomniałam sobie Anetę i jej bransoletkę z poczucia winy. Przypomniałam sobie puste przechwałki w biurze. A przed sobą miałam mężczyznę, który nie kupił mi prezentu na pokaz. Nie kupił mi czegoś pod lajki na Instagramie. Dał mi coś, co wymagało czasu, uwagi i poświęcenia. Dał mi obietnicę przyszłości. Dał mi dowód na to, że słucha każdego mojego słowa.
Rzuciłam mu się na szyję, płacząc. Tym razem ze wzruszenia i wstydu.
– Przepraszam cię – szlochałam w jego ramię, czując zapach smaru, który w tym momencie był dla mnie najpiękniejszym zapachem świata. – Jestem taka głupia. Przepraszam.
Robert objął mnie mocno, gładząc po plecach swoimi szorstkimi dłońmi. Tamtego wieczoru długo rozmawialiśmy. Opowiedziałam mu o Anecie, o jej „idealnym” małżeństwie, które okazało się wydmuszką. O tym, jak dałam się wciągnąć w spiralę porównywania się z innymi. Robert słuchał uważnie, trzymając mnie za rękę.
Zrozumiałam, że miłość nie mierzy się w karatach. Prawdziwa miłość to zmęczone oczy męża, który pracuje po godzinach, by spełnić moje marzenie o domu. To pamięć o roślinie wspomnianej mimochodem. To ten „uschnięty patyk”, który wymaga troski, ale odwdzięczy się pięknem.
Nasza Hoya stoi teraz na honorowym miejscu w salonie. Wypuściła już dwa nowe, lśniące liście. Działkę kupiliśmy pół roku później. Jest mała, zarośnięta, ale jest nasza.
W te Walentynki nie dostałam biżuterii. Dostałam lekcję, że mam męża, którego w głębi duszy zazdroszczą mi te wszystkie „szczęśliwe” koleżanki, choć nigdy głośno się do tego nie przyznają. Mam kogoś, kto buduje ze mną życie fundament po fundamencie, a nie tylko dekoruje jego fasadę.
Justyna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zimą bardziej niż kaloryfer grzeje mnie miłość kochanka. Mąż i dzieci nie wiedzą, że mamusia ma swoje za uszami”
- „Gdy w walentynki pękła w mieszkaniu rura, zalałam męża pretensjami. Ten wieczór był najlepszą randką od dnia naszego ślubu”
- „Przesiąkłem zapachem perfum kochanki, więc szybko kupiłem takie same żonie. Kłamstwo wyszło na jaw”

