Reklama

Marek miał kupić rower. Obiecał, że tym razem to on zajmie się prezentem dla Hani. Miała skończyć sześć lat i marzyła o czerwonym rowerku z koszyczkiem, którym będzie mogła jeździć na wiosnę. Widziałam, jak go rysuje, jak sprawdza w katalogach. Dla niej to było wielkie marzenie. A ja… po prostu chciałam uwierzyć, że Marek jeszcze potrafi być ojcem z prawdziwego zdarzenia. Ostatnio coraz trudniej było w to wierzyć.

Zmieniliśmy się. On zamknął się w sobie. Mówił mało, wracał późno, często z nosem w telefonie. Udawałam, że wszystko jest okej. Bo przecież byliśmy razem ponad dekadę. Mamy dziecko, wspólny kredyt, wspomnienia. A jednak coś się między nami popsuło.

– Ty wszystko ogarniesz, ja kupię rower – rzucił pewnego dnia, nawet się nie uśmiechając.

Kiwnęłam głową i zaufałam mu. Mimo to z każdym dniem niepokój narastał. Na tydzień przed urodzinami zadzwoniła Anka, moja przyjaciółka.

– Asia, nie chcę cię martwić, ale widziałam Marka, był z jakąś młodą kobietą. Trzymali się za ręce.

Zamarłam. Chciałam zaprzeczyć, obrócić wszystko w żart. Ale nie umiałam. Bo gdzieś pod skórą już czułam, że ten rower to był mój najmniejszy problem.

Coś we mnie pękło

– Mamusiu. Patrz, balony są różowe. – Hania wbiegła do salonu w swojej sukience z tiulu, z twarzą rozpromienioną jak słońce.

– Wszystko dla mojej księżniczki – uśmiechnęłam się, udając, że nie czuję, jak serce bije mi szybciej z każdą minutą.

Była sobota, dzień jej urodzin. Tort już czekał w lodówce, girlandy wisiały nad stołem, a na blacie leżały talerzyki z księżniczkami. Tylko jednej rzeczy brakowało. Roweru. O dziesiątej zadzwoniłam do Marka.

– Gdzie jesteś?

– Już jadę. Spokojnie – odpowiedział i się rozłączył.

Nie dopytywałam. Nie chciałam robić awantury przy Hani. Ale z każdą godziną coraz mocniej czułam, że coś jest nie tak. Goście już się schodzili, dzieci biegały po mieszkaniu, a Marek zjawił się… z pustymi rękami.

– No to gdzie on jest? – zapytałam, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi.

Nie było dostawy. Mieli mieć dziś rano, ale przesunęli. Dostaną dopiero w środę – powiedział szybko, unikając mojego wzroku.

– A zamówiłeś go wcześniej?

– Joasiu, no… próbowałem, serio. Ale to był model, którego nigdzie nie mieli. Zobaczysz, będzie za kilka dni.

Wzięłam głęboki oddech. Uśmiechnęłam się do córki, która z nadzieją spoglądała zza stołu.

– Tatuś mówi, że rowerek będzie niespodzianką po urodzinach. Będziesz miała prezent dwa razy – powiedziałam, czując, jak łamie mi się głos.

Wieczorem, gdy dom już ucichł, otworzyłam jego komputer. Wiedziałam, że nie powinnam, ale musiałam to zrobić. W historii bankowości znalazłam przelew – 1200 zł – wykonany pięć dni temu. Odbiorca: Patrycja. Nie znałam żadnej Patrycji. Ale serce już mi podpowiadało, kim jest. Odwróciłam się powoli w stronę Marka, który właśnie wyszedł spod prysznica.

– Kim jest Patrycja i dlaczego przelałeś jej 1200 zł?

Zamarł. I pierwszy raz od dawna widziałam, że nie wie, co powiedzieć.

– Co…? Jaka Patrycja…? – zaczął się mieszać.

– Nie rób ze mnie idiotki. Powiedz prawdę.

– To koleżanka z pracy… miała problemy. Pożyczyłem jej. Odda mi, to nic takiego.

Spojrzałam na niego dłużej. Nie było we mnie jeszcze złości. Jeszcze nie. Na razie była tylko cisza. I w tej ciszy czułam, że pęka coś we mnie. Jak nić zaufania.

Zabrał prezent córce

Wieczorem, kiedy Marek spał, usiadłam na kanapie z telefonem w dłoni. Wpisałam w wyszukiwarkę imię i nazwisko z przelewu. Nie spodziewałam się niczego konkretnego, a jednak po kilku kliknięciach trafiłam na profil w mediach społecznościowych. Patrycja, blondynka. Młodsza ode mnie o jakieś dziesięć lat. Szczupła, wystylizowana, uśmiechnięta. W postach serduszka, cytaty o miłości i hasztagi… „#prezent #najlepszyfacetnaswiecie”.

Przesunęłam palcem i zatrzymałam się. Zdjęcie sprzed trzech dni. Patrycja trzymała w rękach beżową, markową torebkę z dużym logo. A pod zdjęciem podpis: „Dostałam coś, o czym marzyłam od miesięcy. Dziękuję, kochanie”. Cena tej torebki? Przypadkiem odpowiadała dokładnie kwocie przelewu. 1200 zł.

Nie potrzebowałam więcej dowodów. Nie musiałam sprawdzać metek. Wiedziałam. Zabrał mojej córce prezent, żeby kupić torebkę… kochance. Nazajutrz, gdy tylko zamknął za sobą drzwi łazienki, rzuciłam mu telefon na łóżko. Ekran wyświetlał profil Patrycji.

– To dla niej był ten „prezent”, prawda? – zapytałam cicho. Głos mi się trząsł, ale nie krzyczałam. Jeszcze nie.

– Joasiu… posłuchaj…

– Nie. Ty mnie posłuchaj. Ukradłeś prezent własnej córce. Nie dlatego, że cię nie było stać. Ale dlatego, że wolałeś kupić torebkę tej… tej…

– To był błąd… – wyjąkał. – To nic nie znaczyło. Nie chciałem, żeby tak wyszło…

– A jak miało wyjść? Że się nie zorientuję? Że nie zauważę, że okłamujesz mnie i własne dziecko?

Nagle coś we mnie pękło. Krzyk wyrwał mi się z gardła.

– Ty… ty draniu. Zmarnowałeś nam życie. W imię czego? Tylko mi powiedz: była tego warta?

Milczał. I wtedy wiedziałam już na pewno – była.

Wszystko się posypało

Zaczęłam go śledzić. Najpierw nieśmiało – sprawdzałam, o której wychodzi, gdzie mówi, że jedzie, a gdzie naprawdę się pojawia. Instalowałam aplikacje, szukałam starych rachunków, logowałam się na wspólne konto. Wszystko po cichu. Nie podejrzewał, że stać mnie na taki ruch.

Najbardziej bolało mnie, że nie próbował nawet dobrze kłamać. Nie starał się. Jakby nie był już mną zainteresowany nawet na tyle, żeby uwiarygodnić swoje kłamstwa. W końcu przypadkiem usłyszałam jego rozmowę. Wrócił wcześniej z pracy i myślał, że mnie nie ma. Rozmawiał przez telefon w kuchni. Stałam za drzwiami i słyszałam każde słowo.

– Musimy trochę zwolnić… Ona coś podejrzewa – mówił ściszonym głosem. – Nie powiedziałem jej. Ale już nie mogę brać kasy z konta. Pytała o rower…

Nie pamiętam, jak otworzyłam drzwi. Weszłam bez słowa. Stał z telefonem przy uchu, zamarł.

– Wiesz co? Już nie musisz nic kupować. Ani mi, ani Hani – powiedziałam spokojnie, jakbym rozmawiała z sąsiadem, który zniszczył mi kwiaty pod blokiem.

Telefon wypadł mu z ręki. Stał w bezruchu, jakby dopiero teraz zrozumiał, że wszystko się posypało. A ja odwróciłam się i wyszłam z kuchni. Po raz pierwszy od miesięcy czułam coś na kształt spokoju.

Zawiódł nie tylko mnie

Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy w trzy godziny. Głównie Hani – jej ulubione książki, kocyk w dinozaury, pluszak, bez którego nie zasypiała. Dla siebie – tylko szczoteczka, dres i dwie koszule. Nie miałam siły brać więcej. Czułam, że i tak zostawiłam już wszystko, co ważne.

– Mamusiu, a dokąd jedziemy? – zapytała Hania, gdy zapinałam jej pasy.

– Do babci. Pamiętasz, jak obiecywała naleśniki z bananami? – odpowiedziałam spokojnie.

Uśmiechnęła się, nieświadoma, że jej świat właśnie przestaje być taki, jakim go znała. Matka otworzyła nam drzwi z miną pełną troski, jakby już wszystko wiedziała. Przytuliła mnie bez słowa, potem Hanię. Milcząc, poszłyśmy do kuchni. Herbata. Kompot. Cisza.

– Powiesz mi w końcu, co się stało? – zapytała, kiedy Hania usnęła na kanapie z bajką w tle.

– Marek… zdradza mnie. Zabrał pieniądze, które miały iść na rower dla Hani. Kupił za nie torebkę jakiejś laluni – głos mi się łamał, ale nie chciałam płakać. Już nie.

Mama pokiwała głową, jakby wszystko to już słyszała – może w przeszłości, może od innych kobiet. Wzięła filiżankę i westchnęła.

– Może to tylko epizod, Asia… Faceci… potrafią być głupi. Ale czasem warto ratować rodzinę.

– Mamo, on nie tylko mnie zawiódł. On zawiódł też Hanię. Ona nic o tym nie wie, ale ja nie zapomnę jej miny, kiedy zrozumiała, że prezentu nie będzie. Jak mam to wymazać? Jak mam jej potem powiedzieć, że wszystko jest w porządku?

Mama nie odpowiedziała. Wiedziała, że nie ma prostych słów. Nie było też decyzji. Jeszcze nie, ale wiedziałam jedno. Nie wrócę do tego życia.

Teraz to ja mam kontrolę

Drzwi do mieszkania otworzył niemal natychmiast, jakby czekał za nimi od rana. Wychudzony, z podkrążonymi oczami. Przez sekundę prawie zrobiło mi się go żal. Prawie.

– Joasiu… – wyszeptał i sięgnął po moją torbę, ale cofnęłam rękę.

– Nie przyszłam się przytulać – powiedziałam chłodno. – Przyszłam porozmawiać.

Hani nie było ze mną, została u mojej matki. Nie zamierzałam narażać jej na kolejne emocjonalne trzęsienie ziemi. Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Między nami cisza – gęsta, lepka. Jak wyrzut sumienia.

Zerwałem z nią – powiedział w końcu Marek. – Z Patrycją. To był błąd, głupota. Nie wiem, co mi odbiło. Chyba czułem się niewidzialny, zaniedbany. Nie szukam wymówek, tylko… po prostu chciałem znów poczuć się kimś.

– A nie myślałeś, że twoja własna córka chciała poczuć się ważna? – przerwałam mu. – Dla niej ten rower był spełnieniem marzenia. I wiesz, kto jej to marzenie zabrał? Ty. Nie Patrycja. Tylko ty.

Zamilkł.

Chcę to naprawić. Mogę iść na terapię, zrobię wszystko. Tylko nie odchodźcie – Marek ściszył głos. – Nie chcę was stracić.

Spojrzałam na niego. Tego mężczyznę, którego kiedyś kochałam. I którego już nie byłam pewna, czy jeszcze umiem.

– Marek… nie wiem, co zrobię. Ale jedno wiem na pewno. Od tej chwili to ja decyduję o swoim życiu. I o życiu Hani.

Nie odpowiedział, po prostu skinął głową. Może pierwszy raz w życiu zrozumiał, że to nie on ma już kontrolę.

Joanna, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama