Reklama

Zimno wchodziło mi w kości nie tylko przez nieszczelne ramy okienne, ale przede wszystkim przez chłód bijący od człowieka, z którym dzieliłam życie. Przez lata wierzyłam, że oszczędzanie na fachowcach to wyraz zaradności, dopóki rachunek za ogrzewanie nie przekroczył moich miesięcznych dochodów. Wtedy zrozumiałam, że uszczelnianie życia muszę zacząć nie od silikonu, ale od spakowania jego walizek.

Każdego roku scenariusz powtarzał się z męczącą regularnością. Pierwsze chłodniejsze podmuchy wiatru zwiastowały początek domowego konfliktu. Mieszkanie po babci – wysokie stropy, piękny parkiet – miało swój urok, ale i swoje lata. Plastikowe okna z lat dziewięćdziesiątych dawno straciły właściwości izolacyjne. Uszczelki sparciały, a okucia wypaczyły się tak, że przy silniejszym wietrze firanki w dużym pokoju tańczyły, nawet gdy klamki były przekręcone do oporu. Serwis okien był nieodzowny, ale tylko ja miałam tego świadomość.

Wszystko spadło na mnie

Siedziałam w fotelu owinięta grubym kocem, próbując czytać, gdy usłyszałam charakterystyczny szum przepływającej wody. Wiedziałam, co to oznacza. Tomasz znowu był w akcji. Podeszłam do grzejnika – pokrętło termostatu było ustawione na maksymalną piątkę, a metalowa powierzchnia aż parzyła. W pokoju panował nieznośny zaduch wymieszany z lodowatym przeciągiem smagającym plecy.

– Tomek! – zawołałam, skręcając termostat na trójkę. – Znowu odkręciłeś na maksa? Przecież tu nie da się oddychać, a licznik bije jak szalony.

Mąż wychylił się z kuchni z kanapką w ręku. Ubrany w cienki podkoszulek i krótkie spodenki, wyglądał, jakbyśmy byli na wakacjach w Egipcie, a nie w środku polskiego, mroźnego lutego.

– Bo jest zimno, Renia – mruknął z pełnymi ustami. – Ciągnie od tych okien jak w kieleckim na dworcu. Człowiek chce po ludzku zjeść kolację, a nie trząść się jak galareta.

– To załóż dres i skarpety – odparłam, czując narastającą frustrację. – A okna trzeba w końcu wyregulować i wymienić uszczelki. Mówię ci o tym od dawna.

Tomasz machnął ręką – jego ulubiony gest na wszelkie problemy wymagające nakładów finansowych.

– Wymyślasz. Nie dam się naciągnąć. Przyjdzie taki, psiknie sprejem, pokręci imbusem i skasuje trzysta złotych. Sam to zrobię, jak znajdę chwilę. A póki co, nie żałuj ciepła. Stać nas.

Problem polegał na tym, że nas nie było stać. A ściślej mówiąc – mnie. Tomasz stracił pracę w logistyce trzy lata temu i od tamtej pory „szukał swojego miejsca na rynku”, co w praktyce oznaczało rzadkie zlecenia i godziny przed telewizorem. Cały ciężar utrzymania domu spoczywał na mnie. Moja pensja urzędnicza nie była z gumy, a każdy niespodziewany wydatek odchorowywałam bezsennymi nocami. Tomasz żył w bańce, w której pieniądze po prostu pojawiały się na koncie. Rozmowy o oszczędzaniu kończyły się jego atakiem.

Wypominasz mi? – pytał z wyrzutem. – Zaraz coś znajdę i ci oddam. Jesteś małostkowa, Renata.

Czułam się wtedy winna, więc zaciskałam zęby, brałam nadgodziny i przepisywałam po nocach teksty, łatając dziury w budżecie, podczas gdy on siedział w cieple kosztującym fortunę. Okna stały się symbolem jego podejścia do życia: zepsute, generujące straty, ale ignorowane w nadziei, że „jakoś to będzie”.

Coś we mnie pękło

– Dzwoniłam do serwisu – powiedziałam pewnego wieczoru, gdy wiatr na zewnątrz dął tak mocno, że przygasł płomień świecy. – Kompleksowy przegląd, regulacja i wymiana uszczelek we wszystkich oknach to koszt około czterystu złotych. Mogą być w czwartek.

Tomasz aż podskoczył na kanapie.

Czterysta złotych?! Czy ty oszalałaś? Za kawałek gumy? Odwołaj to natychmiast. Nie pozwolę, żeby robili nas w balona.

– Tomek, tu wieje. Ucieka nam ciepło, za które płacimy o wiele więcej.

– Powiedziałem: nie – uciął wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu. – W sobotę sam to ogarnę. Kupię uszczelkę w markecie budowlanym za grosze. Zobaczysz, będzie cieplej.

Chciałam wierzyć, że tym razem dotrzyma słowa. Sobota nadeszła, a wraz z nią wielki zryw Tomasza. Wrócił z marketu z samoprzylepną pianką uszczelniającą, której używa się raczej do drzwi garażowych.

– Patrz i ucz się – rzucił dumnie, rozkładając narzędzia.

Z niepokojem obserwowałam, jak zamiast sprawdzić okucia, zaczyna oklejać ramy tą grubą gąbką. Warstwa po warstwie.

– Tomek, czy to nie jest za grube? – zapytałam ostrożnie. – Okno się nie domknie.

– Co ty tam wiesz, kobieto. Musi być grubo, żeby nie wiało. Fizyki nie oszukasz. Docisnę klamką i się ułoży.

Kiedy skończył oklejać pierwsze skrzydło balkonowe, spróbował je zamknąć. Opór był ogromny. Zamiast usunąć nadmiar pianki, Tomasz zaparł się nogą o ścianę i z całej siły naparł na klamkę. Trzask był suchy i głośny. Coś strzeliło wewnątrz mechanizmu. Klamka została mu w ręku, luźno zwisając, a okno odskoczyło, tworząc dwucentymetrową szparę. Zapadła cisza. Tomasz stał z urwanym elementem w dłoni, patrząc tępo na efekt swojej pracy.

– I co zrobiłeś? – zapytałam, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. Na zewnątrz było minus dwa stopnie.

– To wina tego sprzętu! – wybuchnął, rzucając klamką o podłogę. – Chińskie badziewie! Plastik z odzysku! Kto to w ogóle montował?!

– Ty to zepsułeś, Tomek. Siłą. Mówiłam, że uszczelka jest za gruba.

Nie mądrz się! – wrzasnął, a w jego oczach zobaczyłam agresję. – Jak jesteś taka mądra, to sobie sama naprawiaj! Ja chciałem dobrze, chciałem zaoszczędzić, a ty tylko stoisz i gderasz!

Trzasnął drzwiami sypialni, zostawiając mnie z otwartym oknem i hulającym wiatrem. Musiałam zakleić szparę szeroką taśmą pakową i okryć oknami kocami. Wyglądało to tragicznie, a zimno i tak przenikało do środka. W nocy, leżąc obok chrapiącego męża, który nawet nie przeprosił, poczułam, że coś we mnie pękło. Tak jak ten mechanizm w oknie.

Kwota na rachunku mnie przeraziła

Dwa dni później odwiedziłam siostrę. U Beaty uderzyła mnie fala przyjemnego, równomiernego ciepła.

– Masz nowe okna? – zapytałam.

– Nie, stare, ale wezwałam fachowca przed sezonem. Wymienił uszczelki na silikonowe, wyregulował docisk. Kosztowało trzysta pięćdziesiąt złotych, a różnica jest kolosalna. Kaloryfery mam na dwójce.

Spojrzałam na swoje zmarznięte dłonie.

– Tomek próbował naprawić nasze sam – wyznałam cicho. – Zepsuł mechanizm. Teraz mamy zaklejone taśmą.

Beata westchnęła ciężko.

– Renata, jak długo jeszcze będziesz to ciągnąć? I nie mówię o oknach. Mówię o tym pasożycie, którego hodujesz na kanapie.

– On szuka pracy...

On szuka wymówek. Od trzech lat – przerwała mi ostro. – Żyjesz w zimnie, stresie i biedzie, bo on ma „dumę”, która nie pozwala mu pracować za mniej niż prezes, ale pozwala żerować na żonie. On cię niszczy finansowo i psychicznie. To okno to tylko symbol.

Słowa Beaty bolały, bo były prawdziwe. Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem, ale życie samo przyspieszyło bieg wydarzeń. W skrzynce znalazłam rozliczenie roczne za ogrzewanie. Spojrzałam na kwotę „do dopłaty”. Dwa tysiące osiemset złotych. Zamarłam. To była moja cała miesięczna pensja.

Nie miałam dla niego litości

Weszłam do mieszkania. Było duszno, kaloryfery znów odkręcone na piątkę, a Tomasz oglądał powtórkę meczu.

– Cześć – mruknął. – Coś na obiad jest?

Podeszłam i wyłączyłam telewizor.

– Ej! Co ty robisz?

Rzuciłam mu rachunek na kolana.

– To jest rachunek za twoje „stać nas”. Dwa tysiące osiemset złotych dopłaty.

Tomasz zerknął, prychnął i rzucił papier na stolik.

– To wszystko wina spółdzielni. Trzeba napisać odwołanie. Nie będziemy płacić za ich błędy.

– To nie są błędy! – krzyknęłam, puszczając hamulce. – To efekt tego, że grzejesz na maksa przy nieszczelnych oknach! Że zepsułeś balkon i ciepło ucieka jak przez komin! To rachunek za twoją głupotę i lenistwo!

Wstał, przybierając pozę obrażonego pana domu.

– Nie krzycz na mnie. Jakbyś zarabiała normalne pieniądze, to taki rachunek nie byłby problemem. Może zamiast siedzieć w tych papierach w urzędzie, weźmiesz drugi etat?

Czas zwolnił. „Weźmiesz drugi etat”. On, który od trzech lat nie splamił się uczciwą pracą, sugerował mi harówkę, by opłacić jego komfort. Miłość i przyzwyczajenie wyparowały, ustępując miejsca szacunkowi do samej siebie.

– Masz rację – powiedziałam spokojnie, co go zdziwiło. – Muszę wziąć się za finanse. I zacznę od największego kosztu, jaki ponoszę.

– No, wreszcie gadasz z sensem.

Chcę, żebyś się wyprowadził. Dziś.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Co? Co ty gadasz? Dokąd mam iść? Do matki?

– Nie obchodzi mnie to. Mieszkanie jest moje. Utrzymuję cię od trzech lat. Koniec z tym. Jesteś darmozjadem, który nie tylko nie dokłada się do życia, ale jeszcze niszczy to, co mam.

– Nie możesz mnie wyrzucić! Jestem twoim mężem!

– Mogę. Albo zrobisz to dobrowolnie, albo będzie gorzej.

Tomasz patrzył na mnie, szukając litości, ale widział tylko chłód.

Pożałujesz tego – syknął, ruszając po torbę. – Nie poradzisz sobie beze mnie.

– Już sobie poradziłam. Właśnie podjęłam najlepszą decyzję od lat.

Pakowanie zajęło mu godzinę. Próbował grać na emocjach, ale ja stałam w przedpokoju niewzruszona. Gdy drzwi się za nim zamknęły, poczułam dziwną lekkość. Mimo wiatru hulającego w mieszkaniu, po raz pierwszy od dawna mogłam swobodnie oddychać.

Uszczelniłam budżet i serce

Następnego dnia przyjechał serwis polecony przez Beatę. Fachowiec skasował czterysta pięćdziesiąt złotych. Tyle kosztował mój spokój. Kwota, o którą kłóciłam się z Tomaszem przez pół roku, a którą on przepuszczał na głupoty w dwa tygodnie.

Godzinę później w mieszkaniu zapanowała błoga cisza. Żadnego świstu, firanki wisiały nieruchomo. Podeszłam do naprawionego okna – klamka chodziła płynnie. Zamknęłam je, przyłożyłam dłoń do ramy. Szczelne. Skręciłam kaloryfery na dwójkę. Po raz pierwszy od września w domu było po prostu ciepło, a nie duszno.

Wieczorna cisza w domu była inna niż kiedyś – kojąca, a nie pusta. Nie musiałam słuchać narzekania na „złodziejski system” ani patrzeć na lenistwo męża. Spółdzielnia rozłożyła dopłatę na raty. Robiąc budżet, ze zdumieniem odkryłam, że nawet z tą ratą, bez Tomasza na utrzymaniu, zostanie mi nadwyżka. Jeden niepracujący mężczyzna generował koszty wyższe niż nieszczelne okna w całym bloku.

Tydzień później Tomasz zadzwonił. Miał głos pełen skruchy, mówił, że matka go męczy, że przemyślał sprawę i może by jednak wrócił, bo „mamy tylko siebie”. Słuchałam go, patrząc na padający śnieg za szczelnym oknem.

– Nie, Tomek – przerwałam mu. – Nie mamy tylko siebie. Ja mam teraz spokój, ciepły dom i pieniądze na koncie. A ty masz mamusię.

Rozłączyłam się i zablokowałam numer. Uszczelniłam nie tylko okna, ale i swoje życie. Czasem trzeba pozwolić, żeby trochę powiało chłodem, by zrozumieć, że najgorsze przeciągi robią toksyczni ludzie, a nie stare uszczelki.

Renata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama