„Mąż zafundował nam w tym roku drogie ferie. Przestałam się cieszyć, gdy odkryłam dodatkową niespodziankę”
„Przez szczelinę między drzwiami widziałam jego sylwetkę. Stał oparty o balustradę z telefonem przy uchu, jakby cały świat wokół przestał istnieć. Ten ton… pełen czułości, napięcia, troski. Marek nie mówił tak do mnie od lat”.

Nie wiem, kiedy dokładnie wszystko zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy Marek przestał wracać z pracy przed dziewiątą. Może wcześniej – kiedy przestał pytać, jak minął mi dzień. A może to ja pierwsza się wycofałam? Trudno stwierdzić. W każdym razie, choć w oczach sąsiadek wciąż byliśmy idealnym małżeństwem z dwójką udanych dzieci, w środku czułam się coraz bardziej samotna. Bywało, że siedziałam wieczorami przy stole, gapiąc się w kubek herbaty, i zastanawiałam się, kiedy ostatni raz Marek powiedział mi coś miłego. Albo mnie dotknął – tak po prostu, z czułością.
Wiedziałam, że się oddalamy. Ale wmawiałam sobie, że to przez stres, pracę, dzieci, życie. Bo przecież życie nie jest romantyczną komedią. Jest raczej jak przeciągające się poniedziałkowe popołudnie – ciche, chłodne i pełne obowiązków.
Dzieci były moim światem. Julia – już prawie dorosła, zaczęła mieć swoje sekrety, swoją muzykę, swoje nieprzeniknione miny. Kacper jeszcze szukał mojej dłoni, kiedy przechodziliśmy przez ulicę, choć robił to z coraz większym zażenowaniem. Oni trzymali mnie przy zdrowych zmysłach. Dla nich gotowa byłam znosić Marka w każdej formie – nawet jeśli czasem czułam, że jestem mu całkowicie obojętna.
Nie podejrzewałam niczego. Nie wtedy. Myślałam tylko, że się od siebie oddaliliśmy. Że potrzebujemy rozmowy. Może terapii. Może weekendu tylko we dwoje. A może nowej pościeli i kieliszka wina. Naiwna ja. Bo prawda okazała się o wiele bardziej brutalna.
Mąż nas zaskoczył
– Mam niespodziankę – oznajmił Marek, wchodząc do kuchni z jakimś dziwnym błyskiem w oku.
Siedziałam przy stole z Julią i Kacprem, właśnie kończyliśmy kolację. Dzieci podniosły głowy, a ja spojrzałam na niego z lekkim niepokojem. Dawno nie miał takiego nastroju.
– Rezerwacja zrobiona. Ferie. Góry. Hotel ze spa, stok tuż obok, pełne wyżywienie – rzucił tonem człowieka, który właśnie wygrał los na loterii.
Kacper aż podskoczył na krześle.
– Naprawdę?! Narty?! – zawołał z entuzjazmem.
Julia uniosła brwi.
– A co, sponsor ci się trafił? – rzuciła z przekąsem.
Marek zaśmiał się.
– Nie, córciu. Tatuś ciężko pracuje. To prezent. Dla was wszystkich.
Spojrzałam na niego uważnie. Od kiedy Marek rozdaje prezenty? Nigdy nie był organizotorem rodzinnych wypadów. To ja rezerwowałam wczasy, pakowałam walizki, dbałam o szczegóły. A tu nagle gotowy wyjazd, bez żadnych konsultacji?
– Tak po prostu? – zapytałam cicho.
– No. Chciałem, żebyśmy spędzili czas razem. Oderwali od codzienności – powiedział z uśmiechem. Ale było w nim coś… zbyt sztucznego.
Dzieci już planowały, co zabrać. Ja siedziałam w milczeniu, próbując zignorować rosnący niepokój. Co Marek próbuje zatuszować tymi feriami?
Nie wierzę w takie przypadki
Hotel był rzeczywiście imponujący. Drewniane bale, zapach żywicy, kominek w holu i recepcjonistka, która mówiła bardziej angielskim niż polskim. Julia od razu wyciągnęła telefon i zaczęła robić zdjęcia wnętrza, Kacper pobiegł zobaczyć salę zabaw. A ja… rozejrzałam się. I wtedy go zobaczyłam – Marka. Stał przy recepcji i… rozmawiał z kobietą. Młodą. Wysoką. W śnieżnobiałym swetrze. Uśmiechniętą.
– Kochanie, poznaj Paulinę – powiedział, gdy podeszłam. – Znajoma z pracy. Okazuje się, że też tu przyjechała.
– Z przypadkiem, jakżeby inaczej – powiedziałam z uśmiechem, który nawet mnie zabolał.
– Miło mi – Paulina podała mi rękę. Miała zimne palce i nienaturalnie długie rzęsy. – Marek wspominał o pani. I o dzieciach.
– A pani jest sama? – zapytałam.
– Nie… Znaczy tak. To znaczy, ja tu z koleżanką. Miałyśmy po prostu trochę wolnego – powiedziała z przesadną nonszalancją.
Wieczorem, gdy dzieci już spały, wróciłam do tematu.
– Marek, co ta Paulina tu robi? – zapytałam ostrożnie.
– Przecież mówiłem. Przypadek. Nawet nie wiedziałem, że przyjedzie.
– Ale rozmawialiście dość swobodnie, jak na przypadek.
– Przestań. Wymyślasz. Przysięgam – rzucił, ale nie patrzył mi w oczy.
Leżałam potem długo w łóżku, słuchając jego spokojnego oddechu. A w głowie układałam puzzle. Coraz więcej elementów zaczynało do siebie pasować. I coraz mniej mi się to wszystko podobało.
Zaczynałam rozumieć
Była noc. Leżałam w łóżku, nie mogąc zasnąć. Obok mnie Marek oddychał płytko, jakby też tylko udawał sen. W końcu wstał. Zegar wskazywał drugą trzydzieści.
– Idę do automatu na dół po wodę – rzucił szeptem.
Wstałam po kilku minutach, bo coś mi nie dawało spokoju. Gdy zeszłam na korytarz, usłyszałam głos. Cichy, zduszony.
– Nie teraz, Paulina… nie, nie dzisiaj. Przecież wiesz, że dzieci mogą coś usłyszeć… Nie, nie patrz na mnie tak przy kolacji, proszę cię.
Zamarłam. Serce mi waliło, ręce drżały. Przylgnęłam do ściany.
– Tak, obiecałem, że znajdę moment, ale to nie takie proste… Nie, nie mogę jej jeszcze powiedzieć. Zrozum, nie teraz. – Głos Marka był miękki. Taki, jakim mówił kiedyś do mnie. Jakby go podmienili.
Zeszłam cicho stopień niżej. Przez szczelinę między drzwiami widziałam jego sylwetkę. Stał oparty o balustradę z telefonem przy uchu, jakby cały świat wokół przestał istnieć. Ten ton… pełen czułości, napięcia, troski. Marek nie mówił tak do mnie od lat.
Wracałam do łóżka, jakby ktoś wypompował ze mnie krew. Położyłam się, udając sen, gdy wrócił.
„Nie patrz na mnie tak przy kolacji” – powtórzyłam w myślach.
Chciałam znać prawdę
– Marek, wstawaj. Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Stałam przy oknie z filiżanką zimnej już kawy, patrząc na zaśnieżone stoki. Serce waliło mi jak oszalałe.
– Teraz? – mruknął zaspany, przecierając oczy.
– Teraz. – Odwróciłam się do niego. – Powiedz mi wprost. Ty mnie zdradzasz?
Zamarł. Przez chwilę milczał, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem. Widziałam, jak jego twarz blednie.
– Skąd ci to przyszło do głowy…?
– Marek. Nie udawaj. Słyszałam cię w nocy. Wszystko. „Nie patrz na mnie przy kolacji”. „Obiecałem, że znajdę moment”. To o mnie mówiłeś, prawda? To ją tu przywiozłeś. Paulinę.
– To przypadek, mówiłem…
– Nie gadaj mi o przypadkach! – krzyknęłam, filiżanka trzasnęła o podłogę i rozbiła się w drobny mak. – Co ona tu robi, Marek?! W tym samym hotelu? W tym samym terminie?!
Wstał powoli. Wyglądał, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. Patrzył gdzieś obok mnie, nie w oczy.
– To się po prostu... wymknęło spod kontroli.
– Od jak dawna?
– Natalia…
– OD. JAK. DAWNA?! – wrzasnęłam, czując, że zaraz się przewrócę.
– Kilka miesięcy. – Powiedział to, jakby mówił o pogodzie.
Zatoczyłam się do ściany. Wszystko dudniło. Dzieci mogły to usłyszeć. Ale nie potrafiłam się już powstrzymać. Złamał mnie. Jak zapałkę.
– Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że mnie zdradzasz. Tylko że zrobiłeś to dzieciom. Zabrałeś nas tu, do tej pocztówkowej scenerii, żeby co? Ułatwić sobie życie? Przemycić ją jak dodatkowy bagaż podręczny?!
Nie odpowiedział. Patrzył na mnie, jakby pierwszy raz widział. A ja… już wiedziałam, że coś się skończyło. I nie wiem, czy chcę to jeszcze ratować.
To naprawdę koniec
Julia stała w drzwiach pokoju, w piżamie, z potarganymi włosami i miną dorosłej kobiety, której właśnie zawalił się świat.
– Mamo… ty płakałaś w nocy?
Zamarłam. Spojrzałam na nią i zrozumiałam, że widzi więcej, niż chciałabym, żeby widziała. Usiadłam na łóżku, próbując jakoś złapać oddech.
– Julia, czasem dorośli się kłócą. Ale to… nie twoja sprawa. To między mną a tatą, dobrze?
– On cię zdradza, prawda?
Słowa padły jak wystrzał. Julia patrzyła mi prosto w oczy. I w jednej chwili zobaczyłam w niej siebie – kobietę, która za dobrze wie, jak wygląda rozczarowanie.
– Skąd…?
– Nie jestem głupia. Widziałam, jak na nią patrzył. Jak z nią rozmawiał. To ktoś więcej niż koleżanka z pracy.
Nie potrafiłam nic powiedzieć. Przyciągnęłam ją tylko do siebie i mocno przytuliłam. Pachniała szamponem z lawendą.
– Nic mu nie powiem. Ale nie chcę już udawać, że wszystko jest normalnie.
Godzinę później Kacper wbiegł do mnie cały rozradowany.
– Mamo, tata powiedział, że jutro zabierze nas na kulig! – zawołał. – Ale ty też jedziesz, prawda?
Patrzyłam na niego i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Później, kiedy dzieci poszły na basen, zamknęłam się w łazience i zadzwoniłam do Renaty.
– Wszystko się potwierdziło – wyszeptałam.
– Natalia… oddychaj. On ją tam przywlókł?
– Jest w tym samym hotelu. Spotykają się, szepczą przez telefon, a ja mam udawać, że to rodzinne ferie.
– On nie przyjechał tam na ferie. On przyjechał, żeby ukryć romans pod płaszczykiem ferii. Żeby dzieci miały wspomnienia, a on… alibi.
– Czuję się, jakby ktoś opluł. Po powrocie złożę wniosek o rozwód.
– I bardzo dobrze – powiedziała spokojnie.
Natalia, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż miał z Anglii przesyłać kokosy, ale wciąż brakowało na buty dla dzieci. Zza granicy dostałam tylko pozew rozwodowy”
- „Mój mąż się ucieszył, gdy powiedziałam mu, że jestem w ciąży. Na szczęście wcale nie dopytywał, kto jest ojcem”
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”

