„Mąż wyszedł do spożywczego po zakupy i nigdy nie wrócił. Oniemiałam, gdy po latach zobaczyłam go w innym mieście”
„Świat zawirował. To był Wiktor. Był starszy, nieco przytył, miał brodę, której nigdy wcześniej nie nosił, ale to był on. Nie miałam cienia wątpliwości. Te same oczy, ten sam nos. Nie był sam. Obok niego siedziała blondynka”.

To miał być zwykły sobotni poranek, jeden z tych, które zlewają się w pamięci w jedną senną plamę. Wiktor powiedział, że tylko skoczy po świeże bułki i mleko. Drzwi trzasnęły, a ja zostałam w kuchni, nucąc pod nosem piosenkę z radia.
Poszedł po bułki
Sklep był zaledwie dwie ulice dalej, mały osiedlowy market, w którym wszyscy się znali. Minęło piętnaście minut, potem pół godziny. Pomyślałam, że może spotkał sąsiada, z którym wdał się w dyskusję o wynikach wczorajszego meczu. Wiktor uwielbiał rozmawiać z ludźmi, był duszą towarzystwa, kimś, kto potrafił zagadać kasjerkę na śmierć.
Jednak gdy minęła godzina, a telefon milczał, zaniepokoiłam się. Wybrałam jego numer. Sygnał był, ale nikt nie odbierał. Raz, drugi, trzeci. Za czwartym razem włączyła się poczta głosowa.
– Wiktor, gdzie ty jesteś? Mama z tatą będą za godzinę – nagrałam się.
Kiedy minęły dwie godziny, wyszłam z domu. Obeszłam sklep, zapytałam ekspedientkę. Pokręciła głową.
– Nie, dzisiaj męża nie było.
Wtedy nogi się pode mną ugięły. Wróciłam do mieszkania biegiem, z nadzieją, że może minęliśmy się po drodze, że on już tam jest, wypakowuje zakupy i śmieje się z mojej paniki. Ale w domu panowała ta sama cisza. Tylko radio wciąż grało wesołe przeboje, co wydawało mi się w tamtym momencie makabrycznym żartem. Zadzwoniłam do teściowej.
– Wiktor nie wrócił ze sklepu. Nie ma go już trzy godziny.
Nigdzie go nie było
Przyjechali z teściem w piętnaście minut. Zaczęliśmy dzwonić po szpitalach, po znajomych. Nikt nic nie wiedział. Wiktor rozpłynął się w powietrzu w biały dzień, w środku bezpiecznego osiedla. Policyjne procedury są bezlitosne i chłodne. Przyjęli zgłoszenie, ale widziałam w oczach funkcjonariusza ten specyficzny wyraz znużenia. Dla nich to była kolejna sprawa, kolejny facet, który może po prostu miał dość i poszedł w długą.
– Może miał kłopoty? Długi? Kobieta na boku? – pytał policjant.
– Nie! – krzyknęłam. – Jesteśmy szczęśliwi. Planujemy wakacje w Chorwacji. Nie mamy długów. Wiktor nie jest taki.
Ale czy na pewno go znałam? To pytanie zaczęło kiełkować w mojej głowie w kolejnych tygodniach, zatruwając każdą myśl. Przeszukaliśmy jego komputer, wyciągi z konta. Nic. Żadnych podejrzanych przelewów, żadnych ukrytych wiadomości. Ostatnia transakcja kartą była z piątku wieczorem – tankowanie samochodu. Samochód stał pod blokiem. Portfel i telefon wziął ze sobą.
Oskarżała mnie
Teściowa popadła w dewocję. Całymi dniami przesiadywała w kościele, modląc się o powrót syna. Z początku nas to zbliżyło. Płakałyśmy razem w kuchni, przeglądając albumy ze zdjęciami. Ale z czasem jej smutek zamienił się w oskarżenie.
– Gdyby w domu było dobrze, mąż by nie znikał – rzuciła pewnego razu.
– Co ty sugerujesz? – zapytałam.
– Może go przytłaczałaś swoimi wymaganiami? Nową pracą, tymi planami remontu?
To był moment, w którym zrozumiałam, że zostałam z tym sama. Nie byłam już synową, byłam kobietą, która „zgubiła” im syna. Nasze relacje stały się czysto formalne.
Przez pierwsze dwa lata żyłam jak automat. Wstawałam, szłam do pracy, wracałam, sprawdzałam skrzynkę pocztową, sprawdzałam fora internetowe o zaginionych, szłam spać. Nie zmieniałam nic w mieszkaniu. Jego szczoteczka do zębów wciąż stała w kubku, choć włosie dawno pokryło się kurzem. Jego ubrania w szafie wciąż pachniały jego wodą kolońską, chociaż zapach wietrzał z każdym miesiącem.
Najgorsze były noce. Śniło mi się, że wraca. Że otwiera drzwi i mówi: „Przepraszam, kolejka była długa”. Budziłam się zlana potem, w pustym łóżku, i wyłam w poduszkę, żeby nie obudzić sąsiadów.
Byłam załamana
W pracy patrzyli na mnie ze współczuciem, które z czasem zmieniło się w zniecierpliwienie.
– Anka, musisz się ogarnąć – powiedziała mi kiedyś szefowa. – Zawalasz terminy. Rozumiem twoją tragedię, ale życie toczy się dalej. Firma nie będzie czekać, aż przestaniesz żałobę.
Miała rację. Musiałam wybrać: albo pogrążę się w otchłani i stracę wszystko, albo zacznę budować coś na zgliszczach. Zaczęłam od małych kroków. Schowałam jego szczoteczkę do szuflady. Potem spakowałam część ubrań do pudeł i wyniosłam do piwnicy. Każda z tych czynności bolała fizycznie, ale była konieczna.
W trzecim roku od zaginięcia poznałam Piotra. Był informatykiem w naszej firmie. Cichy, spokojny, zupełne przeciwieństwo charyzmatycznego Wiktora. Piotr wiedział o mojej historii i nigdy nie naciskał. Zaczęło się od wspólnych kaw w biurowej kuchni, potem były spacery, w końcu kino.
– Nie próbuję go zastąpić – powiedział mi kiedyś. – Chcę tylko, żebyś znowu się uśmiechała.
Dzięki niemu zaczęłam oddychać. Nie była to szalona miłość, jaką czułam do męża, ale było to bezpieczne, ciepłe uczucie. Piotr dał mi stabilizację. Dzięki niemu przestałam wpatrywać się w twarze przechodniów, szukając znanych rysów. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Stanęłam na nogi
Minęło pięć lat. Prawnie mogłam już starać się o uznanie Wiktora za zmarłego, ale wciąż zwlekałam. Coś mnie powstrzymywało, jakaś irracjonalna nadzieja albo lęk przed ostatecznym pożegnaniem.
Firma wysłała mnie na konferencję do Sopotu. To był lipiec, szczyt sezonu. Tłumy turystów na Monciaku, gwar, muzyka, zapach gofrów i smażonej ryby. Miałam wolne popołudnie przed wieczornym bankietem. Postanowiłam przespacerować się wzdłuż plaży, z dala od głównego zgiełku.
Szłam powoli, wdychając jod i myśląc o Piotrze. Zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem. Wahałam się, bo to oznaczało ostateczne zamknięcie rozdziału „Wiktor”. Czy byłam na to gotowa? Skręciłam w stronę mniejszej uliczki, gdzie znajdowały się urokliwe, stare wille przerobione na pensjonaty i małe kawiarenki. Usiadłam w ogródku jednej z nich, zamawiając mrożoną herbatę. Wyciągnęłam telefon, żeby sprawdzić e-maile, gdy nagle usłyszałam ten śmiech.
Poznałam go
To był dźwięk, który znałam lepiej niż własny głos. Serce zatrzymało mi się w piersi. Podniosłam wzrok znad ekranu. Dwa stoliki dalej siedział mężczyzna, tyłem do mnie, ale ta sylwetka… Szerokie ramiona, sposób, w jaki gestykulował prawą ręką, trzymając filiżankę. A potem się odwrócił, żeby zawołać kelnera.
Świat zawirował. To był Wiktor. Był starszy, nieco przytył, miał brodę, której nigdy wcześniej nie nosił, ale to był on. Nie miałam cienia wątpliwości. Te same oczy, ten sam nos. Nie był sam. Obok niego siedziała blondynka w zwiewnej sukience. Trzymała go za rękę. A przy stoliku, na wysokim krzesełku, siedział chłopiec. Mógł mieć cztery lata.
Wstałam, zostawiając na stoliku banknot, i podeszłam do nich. Nogi miałam jak z waty, ale prowadziła mnie jakaś niewidzialna siła. Stanęłam tuż obok ich stolika. Cień mojej sylwetki padł na ich blat.
– Smacznego – powiedziałam cicho.
Był zszokowany
Wiktor podniósł wzrok. Uśmiech zniknął z jego twarzy w ułamku sekundy, zastąpiony przez wyraz absolutnego przerażenia. Pobladł tak bardzo, że myślałam, iż zaraz dostanie zawału. Jego towarzyszka spojrzała na mnie pytająco, potem na niego.
– Kto to jest? – zapytała. Jej głos był miękki, pełen troski.
– Ania… – wyszeptał.
– Więc jednak żyjesz – powiedziałam, starając się opanować drżenie rąk. – Bułki kupiłeś? Bo czekam pięć lat.
Kobieta wstała gwałtownie.
– O co tu chodzi? Adam, znasz tę panią?
Adam. Miał na imię Adam.
– Musimy porozmawiać – powiedział do niej, nie patrząc mi w oczy. – Kochanie, weź Jasia i idźcie na plac zabaw. Proszę. Wyjaśnię ci wszystko później.
Kobieta wyglądała na zdezorientowaną i przestraszoną, ale wzięła dziecko i odeszła, rzucając mi wrogie spojrzenie. Zostaliśmy sami. Usiadłam na krześle, które zwolniła. Patrzyłam na niego, na człowieka, którego opłakiwałam, za którym tęskniłam, którego szukałam po szpitalach i kostnicach.
Chciałam wyjaśnień
– Dlaczego? – zapytałam tylko.
– Nie zrozumiesz – zaczął, bawiąc się łyżeczką. Ręce mu się trzęsły. – To było jak pętla na szyi.
– Co? Nasze życie? Małżeństwo?
– Wszystko. Oczekiwania mojej matki, kredyt, praca, której nienawidziłem. Twoje plany na naszą przyszłość, w których nie było miejsca na moje zdanie. Czułem, że się duszę.
– I dlatego wyszedłeś po bułki i zniknąłeś? Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że chcesz rozwodu? Że masz dość? Pozwoliłeś nam myśleć, że nie żyjesz! Twoja matka omal nie umarła z rozpaczy!
– Wiedziałem, że jeśli zacznę rozmowę, to mnie przekonasz albo matka zacznie szantaż emocjonalny. Byłem tchórzem. Wiem o tym. Wsiadłem wtedy w autobus, potem w pociąg. Pojechałem byle gdzie. Chciałem tylko jednego dnia wolności. A potem minął drugi dzień, trzeci. I pomyślałem, że tak jest łatwiej. Że beze mnie będzie wam lżej.
Słuchałam go i nie mogłam uwierzyć. Mówił o ucieczce, jakby to była wycieczka szkolna. O zostawieniu mnie w piekle niepewności, jakby to był drobny dyskomfort.
– Masz nowe życie – stwierdziłam fakt. – Dziecko.
– Tak. Mam na imię Adam. Pracuję w stolarni. Robię to, co zawsze chciałem robić, a nie siedzę w biurze handlowym. Jestem szczęśliwy. Przepraszam cię. Wiem, że to słowo nic nie znaczy.
Nie mogłam uwierzyć
Patrzyłam na niego i nagle poczułam coś dziwnego. Nie była to nienawiść, nie była to miłość. To była litość. I ogromna ulga. Przez lata idealizowałam go. Stworzyłam w głowie obraz męczennika, ofiary losu. A przede mną siedział zwykły, słaby człowiek, który nie potrafił stawić czoła dorosłości i wybrał najprostszą, najbardziej okrutną drogę ucieczki.
– A wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam, wstając. – Że gdybyś mi wtedy powiedział, że jesteś nieszczęśliwy, pomogłabym ci. Zmieniłabym wszystko. Ale ty wolałeś mnie zniszczyć, żeby ratować swoje ego.
– Proszę, nie mów nikomu. Nie niszcz mi tego, co mam teraz. Monika nie wie o mojej przeszłości.
Roześmiałam się. To był gorzki, krótki śmiech.
– Nie martw się, Adamie, nie zniszczę ci życia. Ty sam to zrobisz, prędzej czy później. Kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Poza tym dla mnie umarłeś pięć lat temu. Ten człowiek, który tu siedzi, jest mi zupełnie obcy.
Odeszłam, nie oglądając się za siebie. Czułam na plecach jego wzrok, ale nie zwolniłam kroku. Doszłam do molo, oparłam się o barierkę i głęboko odetchnęłam słonym powietrzem.
Zaczęłam od nowa
Wyciągnęłam telefon. Miałam jeden numer, pod który musiałam zadzwonić.
– Ania? Coś się stało? Masz dziwny głos.
– Nie, nic się nie stało. Właśnie zamknęłam pewien rozdział. Słuchaj, pytałeś o to wspólne mieszkanie.
– Tak?
– Zgadzam się. Chcę zacząć od nowa. Naprawdę od nowa.
Nigdy nie powiedziałam Piotrowi o spotkaniu w Sopocie. Nigdy nie powiedziałam teściowej, że jej syn żyje i ma się dobrze, bawiąc jej wnuka. Niech żyje w swoim świętym przekonaniu o jego niewinności. To była moja tajemnica i mój ciężar, ale paradoksalnie, ten ciężar uczynił mnie lekką.
Wróciłam do hotelu, wzięłam długi prysznic i ubrałam się na wieczorny bankiet. Kiedy spojrzałam w lustro, zobaczyłam kobietę, która przetrwała najgorsze i wyszła z tego silniejsza. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Po raz pierwszy od pięciu lat był to uśmiech, który sięgał oczu.
Anna, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wszystko drożeje, a moja emerytura nie rośnie. Córka w Stanach zarabia fortunę, a ja muszę przeżyć miesiąc za 1400 zł”
- „Przez pomyłkę dostałem od żony flakon drogich perfum. Po jednym psiknięciu domyśliłem się, kto jest jej kochankiem”
- „Wysłałam dzieci na ferie zimowe do teściowej. Zasiała w nich ziarenko buntu, a ze mnie zrobiła złą matkę”

