Reklama

To miał być ten wieczór, który wszystko naprawi. Po miesiącach mijania się w korytarzu, chłodnych spojrzeń i rozmów ograniczonych do logistyki zakupów, walentynki miały być naszym nowym otwarciem. Miałam na sobie jedwabną sukienkę, której cena przyprawiała o zawrót głowy, a w torebce klucze do apartamentu w hotelu, o którym marzyliśmy od lat. Ale zamiast dotyku jego dłoni, dostałam samotność i kłamstwo tak perfekcyjnie skonstruowane, że prawie w nie uwierzyłam. Prawie.

Pamiętam dokładnie moment, w którym spojrzałam w lustro tamtego popołudnia. Była czwarta trzydzieści. Światło w łazience padało w taki sposób, że moje oczy wydawały się bardziej zielone niż zwykle, a skóra, mimo trzydziestki na karku, wciąż wyglądała promiennie. Nakładałam czerwoną szminkę. Ręka mi nie drżała, chociaż w środku cała dygotałam.

To nie były zwykłe walentynki. To była nasza ostatnia deska ratunku. Tomasz ostatnio był... nieobecny. Nie fizycznie, bo wracał do domu, jadł kolację, spał w naszym łóżku. Ale mentalnie był lata świetlne stąd. Tłumaczył to „wielkim projektem”, fuzją, która miała ustawić nas finansowo na resztę życia. Wierzyłam mu. Bo dlaczego miałabym nie wierzyć człowiekowi, z którym dzieliłam kredyt, psa i siedem lat życia?

Włożyłam tę sukienkę. Pod spodem miałam komplet bielizny, którego kupno kosztowało mnie więcej odwagi niż pieniędzy. Czułam się piękna. Czułam się pożądana, mimo że nikt mnie jeszcze nie widział. Wyobrażałam sobie jego wzrok, kiedy wejdę do restauracji. Ten błysk w oku, który kiedyś sprawiał, że miękły mi kolana. Chciałam to odzyskać. Byłam gotowa wybaczyć mu te ostatnie tygodnie chłodu, o ile ten wieczór będzie idealny.

Dzisiaj są walentynki

Zadzwonił o 17:15. Stolik mieliśmy na 19:00. Spojrzałam na wyświetlacz. „Mąż”. Uśmiechnęłam się do siebie, myśląc, że dzwoni, by powiedzieć, że już wyjeżdża z biura, żebyśmy spotkali się wcześniej.

– Cześć, kochanie – powiedziałam, wpinając ostatni kolczyk.

Cisza. Ta sekunda ciszy była głośniejsza niż krzyk. Znałam ten oddech. Znałam ten ton. To był ton „Kryzysu”.

– Ewa... – zaczął, a jego głos był napięty jak struna. – Nie wiem, jak ci to powiedzieć.

– Co się stało?

– Klient z Frankfurtu. Ten od fuzji. Właśnie przysłali audytorów. Wszyscy muszą zostać. Cały zespół. Jeśli teraz wyjdę, stracimy ten kontrakt. Szef powiedział wprost: kto wyjdzie, nie ma po co wracać w poniedziałek.

Czułam irytację. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze – na tę idealną kobietę w czerwieni, która nagle wydała mi się żałośnie przebrana.

– Tomek, dzisiaj są walentynki. Mamy rezerwację. Zapłaciłam zaliczkę.

– Wiem! Myślisz, że tego nie wiem?! – Jego głos podniósł się, brzmiał na autentycznie sfrustrowanego. – Myślisz, że wolę tu siedzieć i przeglądać tabelki?

Czułam jak łzy napływają mi do oczu.

– Ewa, przepraszam – dodał. Wynagrodzę ci to. Obiecuję. Zabiorę cię do Paryża w marcu. Ale teraz muszę kończyć. Kocham cię. Nie czekaj na mnie. Będę późno.

Rozłączył się. Zostałam w łazience, w pełnym makijażu, z telefonem w ręku, który powoli gasł, tak jak moja nadzieja na uratowanie tego małżeństwa.

Czułam się najbardziej samotną kobietą

To, co działo się potem, było upokarzające w swojej banalności. Mogłam iść sama. Mogłam zadzwonić do przyjaciółki. Ale wstydziłam się. Wstydziłam się przyznać, że mój mąż wybrał pracę w walentynki. Że jestem tą żoną, która przegrała z tabelkami. Zmyłam makijaż. Zdjęłam sukienkę i rzuciłam ją w kąt sypialni, jakby to była jej wina. Wciągnęłam stary dres. Przez następne cztery godziny scrollowałam media społecznościowe. Wszyscy byli szczęśliwi. Kwiaty, kolacje, uśmiechy. „Mój Miś”, „Najlepszy mąż”, „Randka idealna”. Każde zdjęcie było jak małe ukłucie szpilką.

O 22:00 wysłał SMS-a: „Dopiero zamawiamy jedzenie. To będzie długa noc. Idź spać”. Odpisałam krótko: „OK”. Nie spałam. Leżałam w ciemności, nasłuchując windy. Każdy szmer na klatce schodowej budził we mnie nadzieję, że może jednak uciekł, że rzucił papierami i przybiegł do mnie. Ale nikt nie przyszedł. Zasnęłam dopiero nad ranem, otulona zapachem jego poduszki. Czułam się najbardziej samotną kobietą w tym mieście.

Stałam się detektywem we własnym domu

Wrócił o 7:30 rano. Obudził mnie dźwięk kluczy w zamku. Udawałam, że śpię. Chciałam zobaczyć, co zrobi. Wszedł do sypialni na palcach. Stanął nad łóżkiem. Czułam jego obecność. Po chwili pochylił się i pocałował mnie w czoło.

– Przepraszam – szepnął.

Kiedy „się obudziłam” pół godziny później, on brał prysznic. Długi prysznic. Zbyt długi. Kiedy wyszedł z łazienki, wyglądał na wykończonego. Cienie pod oczami, poszarzała cera.

– Jak poszło? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie, choć w środku kipiałam.

– Koszmar – mruknął, wycierając włosy ręcznikiem. – Siedzieliśmy w sali konferencyjnej do czwartej rano. Ale chyba uratowaliśmy kontrakt.

Podeszłam do niego i przytuliłam się. Pachniał jakoś inaczej niż zwykle. To była woń, której nie potrafiłam zidentyfikować. Cytrusy? Jakaś lekka mgiełka do ciała?

– Musisz być głodny – powiedziałam, odsuwając się.

– Padam z nóg. Zjem coś i położę się na chwilę, okej? Wziąłem wolne na dziś.

– Dobrze. Zrobię ci jajecznicę.

Patrzyłam, jak je. Jadł łapczywie, ale unikał mojego wzroku. Cały czas zerkał na telefon, który położył ekranem do dołu. Klasyka gatunku. Kiedyś śmiałam się z kobiet, które analizują takie detale. Teraz sama stałam się detektywem we własnym domu.

Nie były to łzy smutku

Tego dnia miałam spotkanie z klientem w centrum, niedaleko biurowca Tomka. Około południa, kiedy Tomek spał w domu odsypiając „ciężką noc”, ja siedziałam w kawiarni, próbując skupić się na prezentacji. Wtedy go zobaczyłam. Marek. Kolega z zespołu Tomka. Ten sam zespół, który rzekomo walczył z audytorami z Frankfurtu do czwartej rano. Marek szedł chodnikiem z żoną i wózkiem dziecięcym. Wyglądał na wypoczętego, uśmiechniętego. Miał na sobie luźną bluzę. Serce podeszło mi do gardła. Może on miał wolne? Może nie był w grupie „kryzysowej”? Musiałam wiedzieć. Wybiegłam z kawiarni.

– Marek! – zawołałam.

Odwrócił się, zaskoczony.

– O, Ewa! Cześć! Co za niespodzianka.

– Cześć, przepraszam, że tak zaczepiam – dyszałam lekko. – Widzę, że rodzinny spacer?

– Tak, korzystamy z pogody – uśmiechnął się, bujając wózek.

– Zazdroszczę. Tomek to pewnie do teraz odsypia tę nockę w pracy – rzuciłam, sondując teren. Patrzyłam mu prosto w oczy.

Marek zmarszczył brwi.

– Nockę w pracy? Jaką nockę?

Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.

– No... ten kryzys z Frankfurtem. Audytorzy. Mówił, że siedzieliście w firmie do rana.

Marek zaśmiał się głośno, szczerze rozbawiony.

– Ewa, co ty gadasz? Audytorzy przyjeżdżają dopiero w przyszłym tygodniu. Wczoraj biuro opustoszało o 16:00. Szef wypuścił nas wcześniej ze względu na walentynki. Tomek wyszedł jako pierwszy, mówił, że ma dla ciebie jakąś niespodziankę i musi coś odebrać.

Świat zwolnił. Dźwięki ulicy stały się stłumione, jakbym była pod wodą. Wyszedł o 16:00. Miał niespodziankę. Audytorów nie było.

– Aha – wydukałam, czując, jak zimny pot spływa mi po plecach. – Może... może coś pokręciłam. Wiesz, on tyle pracuje.

Marek spojrzał na mnie dziwnie. Jego uśmiech przygasł. Zrozumiał, że właśnie powiedział coś, czego nie powinien.

– Ewa, on... może pracował zdalnie? Albo spotkał się z kimś z zarządu indywidualnie?

– Tak, pewnie tak – wymusiłam uśmiech, który musiał wyglądać jak grymas bólu. – Dzięki, Marek. Lećcie, nie przeszkadzam.

Odeszłam szybko, zanim zdążył zobaczyć łzy w moich oczach. Nie były to łzy smutku. To były łzy wściekłości. Czystej, palącej furii. Wróciłam do samochodu, ale nie byłam w stanie prowadzić. Ręce mi się trzęsły. Musiałam połączyć fakty. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Jeśli wyszedł o 16:00, to gdzie był do 7:30 rano? Wyciągnęłam telefon. Mieliśmy wspólną aplikację do zamawiania jedzenia. Serce biło mi jak młot.

Wczoraj, godzina 20:15. Zamówienie z restauracji sushi. Walentynkowy zestaw dla dwojga. Adres dostawy: osiedle na drugim końcu miasta. Kojarzyłam go. Pamiętam, że kiedyś zajechaliśmy tam na chwilę samochodem, bo mąż musiał podrzucić jakieś dokumenty nowej pracownicy - Paulinie. Dziewczyna, o której Tomek wspomniał raz, może dwa, mówiąc: „Bystra dziewczyna, szybko się uczy”. Miałam dowód w rękach. A w domu czekał na mnie mąż, który „ratował firmę”.

To był ten moment, w którym maska opada

Kiedy weszłam do mieszkania, Tomek siedział w salonie przed telewizorem. Wyglądał na zrelaksowanego, pił kawę.

– O, już jesteś? – zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu. – Jak spotkanie?

Stanęłam w progu. Patrzyłam na niego i nie widziałam mężczyzny, którego kochałam. Widziałam obcego człowieka. Kłamcę. Aktora.

– Spotkanie było interesujące – powiedziałam chłodno. – Spotkałam Marka.

Tomek zamarł. Filiżanka zatrzymała się w połowie drogi do ust.

– Marka? – Jego głos był nienaturalnie wysoki. – Co on tam robił?

Spacerował z rodziną. Powiedział mi, że mieliście wczoraj wolne od 16:00. Że nie było żadnych audytorów.

Tomek odstawił kawę. Powoli wstał. Zaczęła się gra.

– Ewa, źle go zrozumiałaś. Marek nie jest wtajemniczony we wszystko. Ja miałem tajne spotkanie z...

– Z Pauliną? – przerwałam mu.

Zbladł. To był ten moment, w którym maska opada. Wyciągnęłam telefon, pokazując mu screena zamówienia sushi.

– Smakował wam walentynkowy zestaw?

Milczał.

To nie tak, jak myślisz – zaczął standardową śpiewkę wszystkich zdradzających mężów w historii świata.

– Naprawdę? – Zaśmiałam się, ale był to gorzki, histeryczny śmiech. – Więc powiedz mi, jak to jest? Pracowaliście nad strategią marketingową, jedząc razem sushi w walentynki?

To był błąd

Podeszłam do niego bliżej.

– Wiesz, co jest najgorsze, Tomek? To, że ukradłeś mi ten wieczór. Że pozwoliłeś mi siedzieć tu samej, w tej sukience, martwiąc się o ciebie, podczas gdy ty świetnie się bawiłeś. Zrobiłeś ze mnie idiotkę. Współczułam ci. Martwiłam się, że jesteś zmęczony. A ty wtedy zabawiałeś się z inną.

Usiadł na kanapie i schował twarz w dłoniach.

– To był błąd. Jednorazowy błąd. Byliśmy zmęczeni po pracy, pojechaliśmy do niej... Ewa, to nic nie znaczy. Kocham cię.

Nic nie znaczy? – Powtórzyłam cicho. – To nie brzmi jak jednorazowy błąd. To brzmi jak romans, Tomaszu.

Rozejrzałam się po naszym mieszkaniu. Po zdjęciach z wakacji na ścianach. Po jego butach stojących w przedpokoju. Wszystko to nagle stało się obce.

– Pakuj się – powiedziałam spokojnie.

– Co? Ewa, proszę...

– Pakuj się. Masz godzinę. Jedź do niej. Może Paulina ma jeszcze trochę sushi.

– Ewa, nie rób tego. Mamy kredyt, plany... Paryż!

– Paryż? – Spojrzałam na niego z politowaniem. – Zabierz tam swoją kochankę.

Moja intuicja mnie nie zawiodła

Wyszedł po dwóch godzinach krzyków, płaczu i błagania. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, zapadła cisza. Ta przerażająca, dzwoniąca w uszach cisza pustego domu. Usiadłam na podłodze w przedpokoju, tam gdzie jeszcze przed chwilą stała jego walizka. Czułam się pusta. Ale gdzieś głęboko, pod warstwami bólu i szoku, czułam też coś innego. Ulgę. Przez ostatnie miesiące czułam, że może przesadzam, że wymyślam problemy, że jestem złą żoną, bo on tak ciężko pracuje. Teraz znałam prawdę. Moja intuicja mnie nie zawiodła. To nie ja wyolbrzymiałam. To on był kłamcą.

Spojrzałam na wieszak. Wisiała tam moja czerwona sukienka. Podeszłam do niej, dotknęłam jedwabiu. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że ta sukienka to symbol porażki. Symbol samotnej, smutnej żony. Ale teraz? Teraz pomyślałam, że to sukienka wolności. Założyłam ją znowu. Podeszłam do lustra. Walentynki skończyły się katastrofą, ale przynajmniej odzyskałam swoje życie. A to chyba najlepszy prezent, jaki mogłam sobie sprawić.

Ewa, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama