Reklama

W naszym domu kolęda zawsze była wydarzeniem nie tyle religijnym, co organizacyjnym. Trzeba było ogarnąć podłogi, powycierać kurze, dzieci ostrzec, żeby się nie wygłupiały, i przypomnieć mężowi, że nie wypada przywitać księdza w skarpetkach. W tym roku jednak mój mąż poszedł o krok dalej. Zapowiedział, że nie tylko mam wszystko przygotować, ale jeszcze ugotować porządny obiad. Bo, jak to ujął, „ksiądz nie idzie tylko z modlitwą, tylko też jako człowiek – i człowiek powinien zjeść coś godnego”. Zaznaczył też, że bigosu nie mam nawet rozważać.

Pomysł, który mnie zagotował

Wszystko wyszło przy śniadaniu. Siedzieliśmy przy stole, ja z kawą, on z bułką z serem. Dzieci jeszcze spały. Myślałam, że pogadamy chwilę o planach na weekend, może o tym, że trzeba naprawić cieknący kran w łazience. Zamiast tego usłyszałam:

W tym roku zrobimy obiad dla księdza. Taki porządny, domowy. Bez bigosu, oczywiście.

Spojrzałam na niego jak na przybysza z innej planety. Czy on się przesłyszał? Czy ja?

– Obiad? Dla księdza? Po kolędzie?

– No tak. Przecież to miłe. Gość w dom, Bóg w dom.

Pokręciłam głową, próbując zrozumieć, czy to jakiś żart.

– Ty chyba żartujesz. Przecież kolęda to pięć minut, błogosławieństwo, rozmowa o parafii i do widzenia.

– No to w tym roku zrobimy inaczej. Może zostanie na dłużej. Niech zobaczy, że u nas się ceni gościa. Zadbaj o to. Coś eleganckiego, z zupą i drugim daniem.

Poczułam, jak zaciska mi się gardło. Czyli ja mam biegać, gotować, podawać, a on będzie siedział i błyszczał przed księdzem. Wcale mnie to nie śmieszyło.

Rosół to za mało

Wieczorem siedziałam z notesem przy stole i próbowałam coś zaplanować. Rosół wydał mi się oczywisty, bezpieczny, zawsze dobrze przyjmowany. Ale kiedy tylko wspomniałam o tym mężowi, skrzywił się jak po cytrynie.

– Rosół? No błagam cię. Ksiądz pewnie dostaje rosół w co drugim domu. Zrób coś oryginalnego. Może krem z brokułów? Albo z dyni?

– A ty skąd wiesz, co ksiądz lubi? – zapytałam cierpko.

– Nie wiem, ale na pewno doceni coś innego. Nie chcę, żeby nas zapamiętał jako kolejny dom z rosołem i bigosem. Ma być wyjątkowo.

Odsunęłam notes. Już wiedziałam, że to nie o księdza chodzi. On chciał, żeby to było przedstawienie. Żebym ja, jego żona, zrobiła z siebie perfekcyjną gospodynię. Żeby ksiądz uznał, że tu mieszkają porządni ludzie. Jakbyśmy całe życie grali dla publiczności.

Następnego dnia poszłam do sklepu. Kupiłam łososia, świeże zioła, warzywa. Do tego deser – sernik z białą czekoladą. Stałam przy garach pół dnia, testując smaki, łącząc składniki, przeklinając w duchu to całe widowisko. Nie czułam dumy. Czułam się jak kelnerka we własnym domu.

Obiad na pokaz

W dzień kolędy wstałam wcześniej niż zwykle. Zamiast spokojnej kawy – nerwy. Sprawdziłam, czy obrus wyprasowany, czy sztućce błyszczą. Mąż chodził po domu w koszuli, jakbyśmy mieli święto narodowe. Dzieci ubrał w białe koszule i kazał im siedzieć grzecznie w salonie. Co chwila zaglądał do kuchni.

– Wszystko gotowe? – zapytał, a ja miałam ochotę rzucić w niego łyżką do zupy.

– Tak. Zupa z pora i selera, łosoś w pieprzu cytrynowym, ziemniaczki, fasolka szparagowa. Na deser sernik. Może być?

Uśmiechnął się z zadowoleniem, jakby to była jego zasługa.

– Super. Elegancko.

O czternastej rozległ się dzwonek. Ksiądz wszedł, uśmiechnięty, młody, z notesem i wodą święconą. Wymieniliśmy uprzejmości. Mąż aż się rozpromienił.

– Proszę księdza, może by ksiądz zjadł z nami obiad? Tak wyjątkowo. Żona się postarała.

Zamrugałam. „Żona się postarała”. Jakbym była dodatkiem do zestawu obiadowego. Ksiądz podziękował, trochę zmieszany. Mówił, że nie wypada, że jeszcze sporo domów przed nim. Ale mąż nie dawał za wygraną. W końcu ksiądz usiadł. A ja? Uśmiechałam się przez zaciśnięte zęby i nalewałam zupę jak kelnerka z uśmiechem z plasteliny.

Kelnerka w restauracji

Na początku było drętwo. Mąż zadawał pytania o parafię, remont kościoła, frekwencję na roratach. Ksiądz odpowiadał grzecznie, choć nieco z dystansem. Ja podawałam kolejne dania, dolewałam wody, sprawdzałam, czy każdy ma chleb. Jak w restauracji, tylko napiwków nie będzie.

Gdy weszliśmy w etap deseru, ksiądz jakby się rozluźnił. Zapytał o dzieci, pochwalił sernik. Mąż wyglądał, jakby wygrał konkurs na najlepszego parafianina. Siedział wyprostowany, opowiadał, jak się stara zapewnić dzieciom dobre wychowanie, jakie wartości są dla niego ważne. A ja czułam, jak we mnie coś się gotuje. Wtedy ksiądz spojrzał na mnie.

– A pani? Pracuje pani zawodowo?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Odpowiedziałam, że tak, prowadzę księgowość w firmie transportowej. I wtedy ksiądz zamilkł na chwilę, po czym spojrzał na mojego męża.

– To naprawdę wspaniale, że przy tej pracy znajduje pani czas na takie domowe przyjęcie. Wielu panów nie docenia, ile to wysiłku.

Mąż się lekko skrzywił. Zamilkł. Pierwszy raz od początku tej farsy. A ja poczułam... ulgę? Może coś na kształt wsparcia. Ktoś zauważył, że nie jestem tylko dekoracją w kuchni.

Ksiądz powiedział prawdę

Kiedy ksiądz wyszedł, zrobiło się dziwnie cicho. Mąż odprowadził go do drzwi, a potem wrócił do salonu i opadł na fotel. Spojrzał na mnie, jakby czekał na pochwałę za to, jak pięknie wszystko wyszło. Ja natomiast stałam przy stole, zbierając talerze i nawet nie starałam się udawać, że wszystko jest w porządku.

– No i co? Nie było warto? – rzucił zadowolony z siebie.

– Warto? A powiesz mi, co dokładnie było warte tego, że przez trzy dni biegałam z gąbką i chochlą?

Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.

– Przecież nie robiłem tego dla siebie.

– Nie? A kto się produkował przed księdzem, żeby wyglądać na idealnego ojca rodziny?

– Przesadzasz.

– Nie. Po prostu nie chcę więcej bawić sę w twój cyrk. Chcesz się popisać – rób to sam. Następnym razem sam ugotuj, sam posprzątaj. Ja mam dość.

Usiadłam naprzeciw niego, patrząc mu w oczy. Milczał. I może po raz pierwszy naprawdę mnie usłyszał. Zmywałam później w ciszy. Nie było żadnego „dziękuję”. Może nie umiał, a może nie czuł potrzeby. Tego dnia coś się przesunęło między nami. Delikatnie, ale wyraźnie.

Więcej tego nie zrobię

Następnego dnia obudziłam się wcześniej niż zwykle. W kuchni pachniało jeszcze przyprawami, a w zlewie stała sterta naczyń, których nie miałam już siły zmywać wieczorem. W domu panowała cisza – dzieci spały, mąż jeszcze się nie ruszał. Usiadłam przy stole z herbatą i patrzyłam na resztki po wczorajszym przedstawieniu.

To nie był tylko obiad dla księdza. To było coś więcej. Jakiś symbol – może tego, jak często robimy coś na pokaz, jak udajemy, że wszystko gra. Że mamy harmonijną rodzinę, szczęśliwe życie, idealny dom. A prawda jest taka, że za tą fasadą są frustracje, zmęczenie, pretensje, których nikt nie wypowiada głośno. Dopóki ktoś nie pęknie.

Mąż przyszedł do kuchni dopiero po ósmej. Nie powiedział nic. Zrobił sobie kawę, usiadł i udawał, że wszystko jest jak zwykle. Tylko że nie było. Ja już nie chciałam być jego „żoną do reprezentacji”. Zrozumiałam, że jeśli się nie upomnę o siebie, nikt tego nie zrobi za mnie. Tego dnia zmywał on. Bez słowa. A ja pierwszy raz od dawna nie czułam się winna, że nie jestem miła.

Aldona, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama