Reklama

Nie sądziłam, że kiedyś wyląduję w takim miejscu. Mieszkanie u brata – dorosłego kawalera z zamiłowaniem do samotności – to raczej nie było marzenie kobiety po pięćdziesiątce, która jeszcze niedawno miała dom, ogród i męża. Nasze małżeństwo trwało dwadzieścia lat. Wydawało mi się, że nieidealne, ale stabilne. Byliśmy razem w gorszych i lepszych chwilach, wychowaliśmy syna, wspólnie spłaciliśmy kredyt. A potem pewnego dnia wróciłam z pracy, a mój świat rozpadł się na kawałki. Teraz patrzę na swoje życie jakby z boku, próbując zrozumieć, jak to wszystko mogło się tak rozsypać.

Tylko obiad miałam odgrzać

Wróciłam wcześniej z pracy, bo szefowa puściła nas przed weekendem. Wstąpiłam jeszcze do sklepu, kupiłam ulubione bułki Michała i jego ulubione piwo z limonką. Miałam odgrzać wczorajszy gulasz, może dorobić świeżą surówkę. Ot, zwykły piątek. Chciałam zrobić mu przyjemność, a zamiast tego... zobaczyłam coś, czego nie da się odzobaczyć.

– Michał? – zawołałam, zamykając drzwi. – Wracam, wcześniej mnie puścili!

Nie odpowiedział. Na wieszaku wisiał jego płaszcz, więc wiedziałam, że jest w domu. Podeszłam do kuchni i wtedy usłyszałam cichy śmiech. Kobiecy śmiech. Z naszego salonu.

Zamarłam na sekundę. Zrobiło mi się gorąco. Ruszyłam przed siebie jak w transie. I kiedy stanęłam w drzwiach, zobaczyłam ich. Ją – z rozwianymi włosami, w moim szlafroku. Jego – w rozpiętej koszuli, z kieliszkiem wina. Ich spojrzenia mówiły wszystko. Nie musieli się tłumaczyć.

– Co to, do cholery, jest?! – wykrztusiłam.

Michał zerwał się z kanapy jak oparzony. Sekretarka – bo wiedziałam od razu, kim ona jest – schowała się za nim, jakby chciała zniknąć.

– Zosiu, posłuchaj... – zaczął, ale ja już niczego nie chciałam słuchać.

W łazience pachniało nią

Zamknęłam za sobą drzwi łazienki i oparłam się o zimne kafelki. Serce waliło mi jak oszalałe. Wciąż widziałam ich dwoje – rozbawionych, z kieliszkami, zrelaksowanych jak na wakacjach, a nie w naszym wspólnym domu. Przez chwilę miałam nadzieję, że to jakiś absurdalny sen, z którego zaraz się obudzę.

Spojrzałam na umywalkę. Leżała tam szminka. Nie moja. Mocna czerwień, zupełnie nie mój styl. Obok – czarna szczotka do włosów, w której tkwiły długie blond kosmyki. I perfumy. Otworzyłam flakonik, powąchałam i aż mnie cofnęło. Tak pachniało teraz całe mieszkanie. Nie jak dom, tylko jak klub nocny.

Wyszłam z łazienki bez słowa. Michał siedział już sam na kanapie, a tamta zniknęła. Słyszałam, jak zamyka się drzwi od naszej sypialni. Mojej sypialni.

– Przyszłam tylko na chwilę wcześniej z pracy. Miałam odgrzać ci obiad. Tylko to – głos mi się łamał. – I zastałam to.

Zosiu, nie planowałem... to się po prostu... stało – Michał wyglądał, jakby naprawdę nie wiedział, co powiedzieć.

– Ile to trwa?

Nie odpowiedział. Wzięłam torebkę i wyszłam. Nagle nie miałam gdzie iść.

Nie miałam gdzie pójść

Stojąc pod drzwiami brata, miałam ochotę się rozpłakać. Nie dlatego, że było mi wstyd – choć było. Raczej z bezsilności. Nie miałam gdzie się podziać, a cały świat, jaki znałam, właśnie się rozsypał. Zadzwoniłam.

– Otwórz, proszę. – Głos mi drżał.

Szymon patrzył na mnie zaskoczony, jeszcze w dresie, z niedojedzoną pizzą w ręku.

– Zosia?! Co ty tu robisz?

Wciągnął mnie do środka i zamknął za mną drzwi.

– Michał mnie zdradza. Właśnie wyrzucił mnie z domu. A właściwie... wykurzył – zdjęłam buty, jakby to miało znaczenie.

– Wyrzucił? Po dwudziestu latach?! – Brat aż się wyprostował. – I ty mu na to pozwoliłaś?

– A co miałam zrobić? Rzucić się jej do gardła? Krzyczeć? On patrzył na mnie jak na wariatkę. Jakbym to ja coś popsuła.

Szymon przetarł twarz dłońmi.

– Nie wiem, co powiedzieć, Zośka. Masz tu kanapę. Zostajesz, ile chcesz. Ale ostrzegam – śpię do późna, nie gotuję i nie ścieram kurzu.

– Idealnie – uśmiechnęłam się gorzko. – Właśnie na taką wersję życia jestem teraz gotowa.

I tak zostałam kątem u brata.

Ile jeszcze wytrzymam?

Trzeciego dnia u Szymona obudziłam się z bólem pleców. Kanapa, mimo jego zapewnień, nie była „zupełnie okej”. A może po prostu nie byłam przyzwyczajona do snu w cudzym domu. Leżałam chwilę bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy zza ściany – brat rozmawiał z kimś przez telefon.

– Tak, Zośka u mnie... Nie, nie wiem, czy wróci do Michała... Raczej nie wygląda, jakby planowała... – słowa dolatywały stłumione, ale wystarczająco wyraźne, by rozciąć mnie w środku.

Nie planowałam niczego. Mój świat zatrzymał się w dniu, gdy zobaczyłam Michała z tą blond idiotką. Nie wiedziałam, co dalej. Nasz dom? Kredyt spłaciliśmy razem. Ale umowa była na niego. Miałam tylko swoje ubrania i szczoteczkę do zębów. Nawet zdjęcia z wakacji zostały na jego komputerze. Zeszłam do kuchni. Szymon spojrzał na mnie, próbując się uśmiechnąć.

– Hej. Zrobić ci kawy?

– Dzięki. Sama sobie zrobię.

– Wiesz, zawsze możesz zostać, ile chcesz. Ale... może pogadasz z prawnikiem?

Wzruszyłam ramionami. Nie miałam siły myśleć o sądach. Jeszcze dzień wcześniej miałam męża, dom, wszystko poukładane. A teraz? Teraz nie miałam dokąd iść.

Nauczyłam się pić kawę sama

Minęły dwa tygodnie. Codziennie budziłam się na tej niewygodnej kanapie i patrzyłam w sufit, zastanawiając się, czy to moje nowe życie, czy tylko jakiś dziwny sen, który zaraz się skończy. Michał nie dzwonił. Ani razu. Nie zapytał, czy mam gdzie spać, czy coś jem, czy w ogóle żyję. Jakby całe dwadzieścia lat naszego małżeństwa było epizodem, który można wymazać jednym ruchem.

Zaczęłam pić kawę sama. Wcześniej parzyłam ją dla nas obojga, zawsze z mlekiem, mocną, bo Michał lubił konkretną. Teraz zaparzałam delikatną, słabszą. Taką, jaką naprawdę lubię. Piłam ją w ciszy, siedząc przy kuchennym blacie brata, w jego zabałaganionej kawalerce, z kubkiem w dłoniach i głową pełną myśli.

Nie miałam siły płakać. Łzy wypłukałam pierwszego dnia. Potem przyszło zobojętnienie.

– Idziesz do pracy? – zapytał Szymon, kiedy wychodził.

– Nie. Wzięłam jeszcze jeden dzień urlopu. Muszę coś załatwić.

– Co?

Sprawdzę, ile kosztuje konsultacja u prawnika.

Skinął głową bez słowa. Wyszłam po południu. Długo chodziłam bez celu. Weszłam do kawiarni. Zamówiłam cappuccino i pierwszy raz od lat usiadłam sama przy oknie. I nic się nie stało. Nie pękłam. Nie rozpłakałam się. Nauczyłam się pić kawę sama.

Nowy adres, nowe życie

Wynajęłam pokój. Maleńki, z widokiem na podwórko i trzepak. Przynajmniej na papierze. Wzięłam kredyt na kaucję, wybrałam tanie meble w markecie, które sama skręciłam, i pierwszy raz od dawna poczułam się… sprawcza. Szymon pomógł mi przewieźć rzeczy. Na pożegnanie mocno mnie przytulił, jakby naprawdę się martwił, że sobie nie poradzę.

– Zośka… jakby co, zawsze możesz wrócić – powiedział cicho.

– Już wróciłam, Szymon. Do siebie.

Michał zadzwonił dopiero po miesiącu. Zdziwiony, że nie błagam o powrót. Zaskoczony, że założyłam konto oszczędnościowe i złożyłam pozew. Odsłuchując jego wiadomość, uświadomiłam sobie, że już nie chcę słuchać jego głosu. Nie chcę wspominać. Nie chcę się mścić. Chcę tylko żyć spokojnie.

Nauczyłam się jeść śniadanie bez rozmów. Oglądać filmy bez komentowania. Wracać do pustego pokoju bez uczucia, że coś tracę. Odbudowywałam siebie. Po kawałku.

Wiem, że przede mną jeszcze dużo lęków, ciszy i samotnych wieczorów. Ale wiem też, że jeśli kiedyś znów pokocham – to tylko kogoś, kto nie uzna mnie za część mebla. A jeśli nie pokocham? Też dobrze. Bo pierwszy raz od lat zaczynam naprawdę lubić siebie.

Zośka, 50 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama