„Mąż wyjechał z dziećmi na ferie i wrócił odmieniony. Radość się skończyła, gdy odkryłam powód tej zmiany”
„Zmiana nie minęła po kilku dniach. Wręcz przeciwnie – z każdym porankiem Paweł był lepszy. Wstawał wcześniej, robił dzieciom kanapki, a mnie pytał, czy wolę herbatę czy kawę. Najpierw odpowiedziałam zaskoczona, wreszcie… poczułam niepokój”.

Stałam w kuchni i patrzyłam na zegar, gdy drzwi wreszcie się otworzyły. Śmiech dzieci wpadł do mieszkania pierwszy, za nim Paweł. Już po kilku sekundach wiedziałam, że coś jest inaczej. Nie tylko dlatego, że był wypoczęty. W jego głosie było ciepło, którego nie słyszałam od lat. Pomyślałam wtedy, że może właśnie tak wygląda początek czegoś dobrego.
Wrócił jako inny człowiek
Stałam przy oknie, kiedy pod blokiem zatrzymał się ich samochód. Najpierw wyskoczyła Lena, z plecakiem większym niż ona sama, zaraz za nią Filip, machając rękami, jakby wracał z wielkiej wyprawy. Paweł wysiadł ostatni. Przeciągnął się, spojrzał w górę i wtedy nasze oczy się spotkały. Uśmiechnął się. Nie tym szybkim, uprzejmym uśmiechem, który znałam, ale spokojnym, miękkim. Poczułam ukłucie zaskoczenia.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
– Mamo! – krzyknęły dzieci jednocześnie.
Kucnęłam, objęłam je, chłonąc ich zapach i energię. Paweł stał obok, nie ponaglając, nie sięgając po telefon. Po prostu czekał.
– Tęskniłaś? – zapytał cicho, kiedy dzieci pobiegły do pokoju.
– Jasne – odpowiedziałam automatycznie.
Zamiast przejść dalej, nachylił się i pocałował mnie w skroń. Zamarłam. Ten gest był tak naturalny, jakby robił to codziennie, a przecież przez ostatnie lata nasze powitania ograniczały się do krótkiego „cześć”.
– Dobrze cię widzieć – dodał.
W kuchni rozpakowywali walizki. Paweł opowiadał dzieciom, co jutro zrobią, pytał Lenę o rysunek, który przyniosła ze szkoły przed wyjazdem. Zauważyłam, że pamiętał szczegóły. Filip rozlał sok, a Paweł tylko się uśmiechnął.
– Nic się nie stało, pomożesz mi wytrzeć – powiedział spokojnie.
Patrzyłam na niego ukradkiem, jakby był kimś obcym, kto zajął miejsce mojego męża. A jednocześnie był dokładnie tym, kim zawsze chciałam, żeby był.
Wieczorem, gdy dzieci już leżały w łóżkach, Paweł zaparzył herbatę. Postawił kubek przede mną.
– Jak było beze mnie? – zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
– Zwyczajnie.
Usiadł naprzeciwko, oparł łokcie o stół.
– Chcę to zmienić – powiedział nagle. – Chcę być bardziej obecny. Z wami. Z tobą.
Serce zabiło mi szybciej. Chciałam zapytać „dlaczego teraz?”, ale bałam się, że odpowiedź spłoszy to kruche uczucie nadziei. Uśmiechnęłam się tylko. Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Słuchałam jego spokojnego oddechu i próbowałam uwierzyć, że to powrót nie tylko z ferii, ale i do mnie.
Wszystko działo się na raz
Zmiana nie minęła po kilku dniach. Wręcz przeciwnie – z każdym porankiem Paweł był coraz bardziej obecny. Wstawał wcześniej, robił dzieciom kanapki, a mnie pytał, czy wolę herbatę czy kawę. Za pierwszym razem odpowiedziałam zaskoczona, za trzecim zaczęłam się do tego przyzwyczajać. Za dziesiątym… poczułam niepokój.
– Pamiętasz, że jutro masz zebranie? – zapytał któregoś popołudnia, wkładając naczynia do zmywarki.
Spojrzałam na niego ostrożnie.
– Skąd wiesz?
– Mówiłaś tydzień temu. Denerwowałaś się – odparł, jakby to było oczywiste.
Nigdy wcześniej nie pamiętał takich rzeczy. Albo nie uważał ich za warte zapamiętania. Wieczorami siadał obok mnie na kanapie. Nie gdzieś obok, tylko blisko. Zbyt blisko jak na kogoś, z kim przez lata dzieliłam przestrzeń bez dotyku. Opowiadał o pracy, ale też pytał o moje sprawy, o zmęczenie, o to, co mnie martwi. Odpowiadałam, choć czułam się, jakbym nadrabiała coś, co wydarzyło się beze mnie.
– Czemu tak na mnie patrzysz? – zapytał pewnego razu.
– Jak?
– Jakbyś się bała, że zniknę.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bałam się raczej tego, że on pojawił się nagle, bez ostrzeżenia, z gotową bliskością, na którą nie zdążyłam się przygotować. Dzieci były zachwycone. Filip chwalił się w przedszkolu, że tata go odprowadza. Lena przytulała się do niego częściej niż do mnie. Patrzyłam na nich i mówiłam sobie, że przecież o to chodziło. Że tego chciałam.
Czasami jednak miałam wrażenie, że Paweł wszedł w rolę, którą już gdzieś ćwiczył. Jakby wiedział dokładnie, kiedy się uśmiechnąć, kiedy położyć rękę na moim ramieniu, kiedy powiedzieć coś czułego. Wszystko było idealnie dopasowane, tylko… nie nasze.
– Dobrze nam razem, prawda? – zapytał któregoś wieczoru.
Skinęłam głową, choć w środku coś we mnie szeptało, że dobre rzeczy zwykle rodzą się wolniej.
Nie opuszczał mnie niepokój
Zauważyłam to pewnego poranka, kiedy stał przy oknie z kubkiem w dłoni i patrzył gdzieś daleko, choć za szybą był tylko parking. Dzieci już wyszły, w mieszkaniu panowała cisza, a on wyglądał, jakby był myślami zupełnie gdzie indziej.
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
Odwrócił się z lekkim opóźnieniem, jakby musiał wrócić.
– Tak. Jasne – odpowiedział zbyt szybko.
Od tamtej chwili te momenty zaczęły się powtarzać. Czułość przeplatała się z nieobecnością. Jednego dnia potrafił objąć mnie bez powodu, drugiego milczał przy kolacji, bawiąc się widelcem. Gdy pytałam o ferie, opowiadał fragmentami. Zawsze te same anegdoty, te same zdania, jakby reszta była zbyt trudna do wypowiedzenia.
– Było fajnie – mówił. – Dzieci miały śnieg, ja trochę spokoju.
„Trochę spokoju” zaczęło dla mnie brzmieć jak coś znacznie większego.
Spotkałam się z Iwoną w kawiarni niedaleko pracy. Znała mnie od lat, wiedziała, ile razy próbowałam wyciągnąć Pawła z jego zamknięcia.
– On jest teraz inny – zaczęłam ostrożnie. – Lepszy. Tylko… coś mi nie gra.
Iwona zmrużyła oczy.
– Nagle jest lepszy?
Skinęłam głową.
– To rzadko bierze się z powietrza – powiedziała cicho. – Czasem ludzie zmieniają się, bo coś ich poruszyło. Albo… ktoś.
Te słowa usiadły we mnie ciężko. Wróciłam do domu z poczuciem winy, że w ogóle je rozważam. Przecież powinnam się cieszyć. Przecież o to walczyłam.
Wieczorem Paweł był znów czuły. Przytulił mnie w kuchni, oparł czoło o moje.
– Dziękuję, że jesteś – szepnął.
Zamiast radości poczułam strach. Dziękuje się tak wtedy, gdy ma się za co przepraszać.
Wreszcie się przyznał
Luty dobiegał końca, kiedy Paweł powiedział, że musi ze mną porozmawiać. Nie było w tym dramatyzmu, żadnego „usiądźmy”. Raczej zmęczenie. Jakby dźwigał coś zbyt długo. Siedzieliśmy w salonie. Dzieci były u siebie, zza ściany dobiegał cichy śmiech Leny. Pomyślałam wtedy, że to zły moment. Że są chwile, których nie da się cofnąć.
– Ja… – zaczął i urwał. – Nie jestem taki, jak myślisz.
Poczułam, jak ciało robi mi się ciężkie.
– Co to znaczy? – zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko zaczęło się kurczyć.
Długo milczał. W końcu westchnął.
– Podczas ferii kogoś poznałem.
Nie zapytałam „kogo”. Nie zapytałam „jak”. Wiedziałam. Mogłam się domyślić.
– To było krótkie – mówił dalej. – Skończyło się. Ale… coś mi uświadomiło.
Patrzyłam na jego usta, które się poruszały, ale słowa docierały do mnie jak zza szyby.
– Zrozumiałem, jak bardzo was zaniedbałem. Jak ciebie zaniedbałem. Wróciłem i chciałem to naprawić.
– Naprawić… czym? – wydusiłam.
Spojrzał na mnie z bólem.
– Sobą. Tym, kim wtedy byłem.
Wtedy dotarło do mnie, że te ostatnie tygodnie były jak piękny sen, który nie należał do mnie. Że dostałam gotowe emocje, przeżyte gdzie indziej. Poczułam paraliż, jakby ktoś wyjął ze mnie powietrze.
– Czyli… – zaczęłam, ale głos mi się załamał. – Czyli nauczyłeś się być mężem u kogoś innego?
Nie odpowiedział od razu. To wystarczyło. Wstałam, choć nogi miałam jak z waty.
– Myślałam, że wróciłeś do mnie – powiedziałam cicho. – A ty tylko przeniosłeś się z jednego miejsca w drugie.
Nie płakałam. Czułam tylko pustkę tam, gdzie jeszcze niedawno była nadzieja.
Wszystko wydawało się sztuczne
Po tej rozmowie czas jakby się rozciągnął. Dni mijały, ale ja miałam wrażenie, że ciągle stoję w tym samym miejscu, w tym samym salonie, z jego słowami odbijającymi się od ścian. Paweł chodził cicho, jak gość, który boi się narzucać. Pytał, czy czegoś nie potrzebuję. Czy może odebrać dzieci. Czy porozmawiamy. Każde pytanie było jak dotknięcie czegoś bolesnego.
Zaczęłam analizować wszystko wstecz. Jego czułość przy porannej kawie. Sposób, w jaki na mnie patrzył. Zdania, które wtedy brałam za dowód miłości, teraz brzmiały jak echo cudzych uczuć.
– Chciałem dobrze – powiedział któregoś wieczoru. – Przysięgam.
– Wiem – odpowiedziałam. – I właśnie to jest najgorsze.
On naprawdę próbował. Tylko że ja nie potrafiłam już przyjmować tego, co przychodziło do mnie po kimś innym. Każdy gest był obciążony świadomością, że nauczył się go nie tutaj. Że nie wyrósł z naszych rozmów, kłótni, wspólnych lat, tylko z czegoś, co wydarzyło się obok naszego życia.
Dzieci czuły napięcie. Filip częściej przychodził w nocy do mojego łóżka. Lena obserwowała nas uważnie, z tą powagą, która nie pasuje do dziewięciu lat. Starałam się być spokojna, obecna, normalna. Tylko w środku coś we mnie zgasło.
Paweł mówił o terapii, o naprawianiu, o przyszłości. Ja słuchałam i po raz pierwszy myślałam nie o tym, jak uratować małżeństwo, ale czy jeszcze mam w nim miejsce dla siebie. Nie jako żona, którą trzeba odzyskać, tylko jako kobieta, która chce być kochana od początku, a nie z drugiej ręki.
Luty skończył się ciszą. Bez awantur, bez decyzji. Z dystansem, który rósł każdego dnia. Wiedziałam jedno: tamten romans się skończył, ale jego konsekwencje dopiero się zaczynały. Po raz pierwszy od dawna zaczęłam myśleć, kim jestem bez niego. Może też powinnam się odnaleźć na feriach u boku kogoś innego?
Andżelika, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż biegał na kolacyjki do matki, a ja marzłam sama w domu. Okazało się, że to jednak nie mamusia go dokarmia”
- „Załatwiłem tani nocleg na ferie w górach, ale musiałem zachować pewną tajemnicę. Milczenie miało swoją słoną cenę”
- „Liczyłam na miłe chwile w Tatrach, ale mąż wolał umizgi z kochanką. Czuję się tak, jakbym ugrzęzła w pośniegowym błocie”

