Reklama

Mam męża, dwoje dzieci, kredyt i kubek z uchem sklejanym na superglue. Kiedyś mój dzień pachniał jeszcze świeżością poranków, dziś śmierdzi zimną kawą i rutyną. Adam, mój mąż, ciągle w delegacjach. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio zapytał mnie, czy dobrze spałam. Albo czy w ogóle spałam. Czasem wydaje mi się, że jestem w domu tylko cieniem – krzątającym się między pralką a kuchenką, między szkołą a pracą. Cieniem, który wieczorami przesiaduje w pustym salonie i słucha ciszy zamiast głosu męża.

Wczoraj dostałam od niego SMS: „Wylądowałem. Wracam w sobotę”. Tyle. Żadnego „tęsknię”, żadnego „kocham”. I tak od lat. A przecież kiedyś nie mogliśmy bez siebie oddychać. Teraz oddycham za nas oboje.

Zastanawiam się czasem: czy to już koniec miłości, czy tylko pauza? Dzieci są zdrowe, praca stabilna. Niby wszystko gra. Ale w środku... jestem pusta. Jakby ktoś wykręcił mnie na lewą stronę i zostawił tak.

Spotkałam go w parku

Wyszłam z domu, bo nie mogłam już znieść ciszy. Dzieci zasnęły, w telewizji leciały powtórki, a ja siedziałam z kolanami pod brodą, dłubiąc łyżeczką w pudełku z lodami. Potrzebowałam powietrza, oderwania, czegoś, co choć przez chwilę nie będzie pachniało zmęczeniem. Włożyłam płaszcz i przeszłam się po osiedlu. Było chłodno, ale nie przeszkadzało mi to. W głowie miałam hałas – wszystkie niedopowiedziane słowa, które od miesięcy zbierałam na dnie serca.

Zatrzymałam się przy ławce na skraju parku, w miejscu, gdzie zwykle nikt nie siada. I wtedy usłyszałam głos.

Nie zimno pani?

Odwróciłam głowę. Około 40-letni mężczyzna trzymał kubek z kawą i patrzył na mnie bez nachalności, z lekkim uśmiechem.

– To tylko krótki spacer – odpowiedziałam. – Dobrze czasem pobyć samemu.

– Albo z kimś, kto nie będzie przeszkadzał – rzucił spokojnie, siadając kilka metrów dalej.

Nie uciekł wzrokiem. Ale i nie był nachalny. Tylko obecny. I coś we mnie zadrżało – bo jego pytanie było pierwszym od wielu tygodni, które naprawdę mnie dotknęło.

– Przychodzi pani tutaj codziennie? – zapytał, jakby to było zupełnie naturalne, że mnie zna.

– Nie. Rzadko wychodzę wieczorem. Mąż często wyjeżdża – powiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Skinął głową.

– Samotne wieczory bywają trudne. Ale dobrze robią. Czasem nawet otwierają oczy.

Nie odpowiedziałam. Ale czułam, że ta rozmowa – choć krótka – zostanie ze mną. I została. Bo gdy wróciłam do domu, nie mogłam przestać o nim myśleć.

Potrzebowałam tego

Spotkałam go znowu trzy dni później. Tym razem nieprzypadkowo. Wiedziałam, o której godzinie był wtedy w parku, i tak jakoś... nogi mnie same poniosły. Miałam wymówkę – świeże powietrze, trochę ruchu – ale prawda była prostsza. Chciałam go zobaczyć.

Siedział na tej samej ławce, znów z kubkiem kawy. Jakby na mnie czekał. Zauważył mnie od razu.

Zawsze tak sama spacerujesz? – zapytał z tym swoim spokojnym uśmiechem.

– Zazwyczaj – przyznałam. – Mąż... dużo pracuje.

Nie musiałam tłumaczyć więcej. Jego spojrzenie było wystarczająco czułe, żeby zrozumieć.

– To nie powinien zapominać, że ma taką żonę – powiedział cicho.

Usiadłam. Tym razem bliżej. Rozmawialiśmy długo – o niczym i o wszystkim. Śmiałam się. Szczerze, pierwszy raz od dawna. A kiedy wróciłam do domu, spojrzałam w lustro i pomyślałam: „Boże, ja przecież naprawdę jeszcze potrafię się śmiać”.

Ale zaraz potem przyszła fala winy. Przecież to jeszcze nie zdrada. Przecież nic się nie stało. Przecież to tylko rozmowy.

Zadzwoniłam do Anki. Przyjaciółki od lat, tej od rozumu, nie serca.

– Spotykam się z kimś. Nie wiem, po co. Ale nie umiem przestać.

Milczała chwilę.

– Joanna... uważaj. To się nigdy nie kończy dobrze. Znasz siebie?

– Nie – odpowiedziałam, szczerze jak nigdy. – I to mnie właśnie przeraża.

Zaczęłam kłamać

Wieczorne spacery zamieniały się w godziny rozmów z Igorem. Bywało, że wracałam tuż przed północą, zmarznięta, ale z rozpalonymi policzkami i niepokojem w brzuchu. Igor nigdy się nie narzucał. Nie dotykał mnie, nie próbował przekraczać granic. I właśnie to było niedopowiednie. Bo czułam się przy nim... bezpieczna. I zaopiekowana.

Adam dzwonił coraz rzadziej. Ostatnio tylko wtedy, gdy coś było potrzebne.

– Jak dzieci? Wszystko ogarniasz? – zapytał bez cienia zainteresowania w głosie.

– Tak, jak zawsze. A ty? Kiedy wracasz?

– Nie wiem jeszcze. Może tydzień.

Może tydzień. Może miesiąc. Może wcale. Później siedziałam z Igorem na ławce, tuląc dłonie do gorącego kubka.

– Nie wiem, co robimy – szepnęłam. – Ale czuję, że żyję.

Spojrzał na mnie długo.

– Bo w końcu ktoś widzi, że istniejesz. I że jesteś cudowną kobietą.

Powiedział to spokojnie, bez pretensji, bez nacisku. Ale właśnie wtedy wszystko pękło. Zrobiłam coś, czego się bałam. Zbliżyłam się. Zatrzymałam wzrok na jego ustach. I on to wyczuł. Pocałował mnie. Delikatnie, jakby sprawdzał, czy nie ucieknę. Nie uciekłam. Nie protestowałam. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby świat na chwilę zniknął. Potem tylko westchnęłam cicho:

– Boże, co ja robię...

Ale nie cofnęłam się. Ani wtedy, ani gdy szłam do domu z jego smakiem na ustach.

Mąż nagle wrócił

Adam wrócił wcześniej. W środku tygodnia. Po prostu wszedł do domu z walizką i kurtką przesiąkniętą dymem.

– Mamo! Tata wrócił! – dzieci rzuciły się mu na szyję. A ja stałam w kuchni jak zamurowana.

Nie powiedział mi, że przyjeżdża. Nawet nie napisał.

– Cześć – rzucił w moją stronę i pocałował mnie w policzek.

Tak, jakby wszystko było w normie. Jakby nie zniknął na trzy tygodnie. Wieczorem, gdy dzieci zasnęły, siadł obok mnie na kanapie i spojrzał dziwnie.

Jesteś dziwna. Coś się dzieje?

Zacisnęłam usta.

– Po prostu jestem zmęczona. Nie musisz zawsze doszukiwać się sensacji.

– To nie ja znikam wieczorami.

Zamarłam. Wiedział?

– Chodzisz na te swoje spacery... późno. I często. Co tam właściwie robisz?

– Odpoczywan. Coś w tym złego?

Wzruszył ramionami, jakby miał ochotę rzucić to wszystko i iść spać. I właśnie to zrobił – poszedł. A ja została z sercem dudniącym w klatce piersiowej jak ptak szukający drogi ucieczki. Unikałam Igora przez kilka dni. Nie pisałam. Nie odpisywałam. Ale on wysłał tylko jedną wiadomość.

„Chcesz, żebym zniknąl? Czy wolisz czuć coś, zamiast udawać, że wszystko gra?”

Nie odpisałam od razu, ale znałam odpowiedź.

Nie potrafiłam się zdecydować

Spotkaliśmy się w miejscu, które stało się już naszym. Bez słów usiadłam obok niego. Czekał. Nie dopytywał. Nie osądzał.

Zakochałam się w tobie – powiedziałam cicho. – I nienawidzę się za to.

Igor spojrzał na mnie tak, jakby czekał na te słowa od zawsze.

– Ja chcę cię naprawdę. A ty?

Zacisnęłam palce na krawędzi ławki. Miałam wrażenie, że jeśli puściłabym kontrolę, posypałabym się na kawałki.

– Nie wiem, kim jestem przy tobie. Ale wiem, że nie jestem już tą samą kobietą, co kiedyś.

– I dobrze – odpowiedział. – Bo tamta była smutna. Ta teraz... żyje.

– Mam dzieci – szepnęłam. – Mam życie, które budowałam latami…

– Ale nie jesteś szczęśliwa – dokończył za mnie. I nie brzmiało to jak wyrzut. Bardziej jak fakt.

Patrzyłam na niego, próbując wyczytać z jego twarzy, co zrobi, jeśli odejdę. Czy pójdzie. Czy będzie czekał. Ale Igor tylko skinął głową, wstał i położył mi dłoń na ramieniu.

Nie będę cię namawiał.

Pocałował mnie w czoło – spokojnie, cicho, z jakimś rodzajem pożegnania. Potem odszedł, a ja została na ławce, sama. I miałam tylko mętlik w głowie.

Joanna, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama