Reklama

Zapamiętałam tamten czas jako serię krótkich wizyt i długiej ciszy. Mój mąż wpadał do domu jak po ogień – na szybki obiad, kilka zdań, czasem wymuszone spojrzenie. Wieczory należały do innej. Nawet w walentynki nie zagrzał miejsca przy stole, a ja po raz pierwszy poczułam, że dom może być pełen, a jednocześnie zupełnie pusty.

Nigdy nie miał dla mnie czasu

Zawsze wiedziałam, o której przekręci klucz w drzwiach. Punkt szesnasta piętnaście. Nawet zegar w kuchni jakby się do tego dostosował, tykając głośniej kilka minut wcześniej. Stałam wtedy przy kuchence, mieszając zupę. Znałam jej smak na pamięć tak samo jak jego kroki na klatce schodowej. Drzwi otworzyły się gwałtownie.

– Jestem – rzucił, zdejmując buty bez rozwiązywania sznurowadeł.

– Obiad zaraz będzie – odpowiedziałam, choć nawet na mnie nie spojrzał.

Usiadł przy stole, ale tylko na skraju krzesła. Jakby bał się, że jeśli oprze się wygodniej, coś go tu zatrzyma. Na stole położyłam talerz, a obok sztućce. Sięgnął po łyżkę, ale telefon miał już w dłoni. Gdy ekran się rozświetlił, spojrzał na niego z takim błyskiem w oku, którego od dawna nie widziałam, kiedy patrzył na mnie.

– Pomidorowa? – zapytał bez zainteresowania.

– Jak zwykle – odparłam.

Przełknął kilka łyżek w milczeniu. Próbowałam coś powiedzieć, ale każde zdanie grzęzło mi w gardle. W końcu odważyłam się.

– Może dziś wrócisz wcześniej? Są walentynki.

Podniósł wzrok tylko na chwilę.

– Mam jeszcze sprawy na mieście. Trening, spotkanie z kontrahentem...

– Zawsze coś masz – odpowiedziałam ciszej, niż planowałam.

Westchnął, odkładając łyżkę.

– Nie zaczynaj, proszę. Nie mam na to czasu.

To zdanie bolało najbardziej. Nie „nie chcę”, tylko „nie mam czasu”. Jakby czas był czymś, co mu się przytrafia, a nie czymś, co wybiera. Wstał od stołu, zostawiając niedojedzony obiad.

Nie czekaj na mnie z kolacją – dodał, zakładając płaszcz.

– Nie zamierzam – wyrwało mi się.

Zatrzymał się w progu.

– O co ci chodzi?

O nas – powiedziałam w końcu, patrząc mu prosto w oczy.

Milczał przez dłuższą chwilę. Potem wzruszył ramionami.

– Pogadamy innym razem.

Drzwi zamknęły się szybciej, niż zdążyłam odpowiedzieć. Zostałam sama z parującą zupą i uczuciem, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie da się już cofnąć. Spojrzałam na kalendarz wiszący nad lodówką. Czerwone serduszko przy dzisiejszej dacie wyglądało jak żart.

To była smutna codzienność

Wieczór zapadł cicho. Zasłoniłam zasłony wcześniej niż zwykle, choć i tak nie było na co patrzeć. Latarnie na osiedlu świeciły jednostajnie, obojętnie, dokładnie tak, jak ludzie, którzy mijali mnie od miesięcy. Zrobiłam sobie herbatę i usiadłam przy stole, tym samym, przy którym kilka godzin wcześniej siedział on. Jego krzesło nadal było lekko odsunięte.

Telefon leżał obok talerza. Patrzyłam na niego długo, zanim w końcu odblokowałam ekran. Żadnej wiadomości. Żadnego znaku, że ten dzień czymkolwiek różnił się od innych. Wstałam i zaczęłam sprzątać kuchnię, choć była już czysta. Ruchy rąk uspokajały myśli, ale tylko na chwilę. Około dwudziestej drugiej usłyszałam dźwięk klucza. Serce zabiło mi szybciej, wbrew rozsądkowi.

– Myślałam, że nie wrócisz – powiedziałam, stojąc w drzwiach kuchni.

– Musiałem coś jeszcze załatwić – odpowiedział, nie zdejmując płaszcza.

– Sam… czy z kimś? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Spojrzał na mnie uważnie, jakby pierwszy raz od dawna naprawdę mnie widział.

– Znowu zaczynasz?

– Ja nie zaczynam. Ja próbuję zrozumieć – odpowiedziałam. – Obiady tu, kolacje gdzie indziej. Nawet dziś.

Zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie krzesła.

– Przesadzasz. Mam pracę, swoje zajęcia. Nie dramatyzuj.

– Ja dramatyzuję? – zaśmiałam się krótko. – Dla mnie to codzienność.

Podszedł do okna, odwracając się do mnie plecami.

– Nie mam siły na takie rozmowy.

– A ja nie mam siły udawać, że wszystko jest w porządku – powiedziałam, czując, jak drży mi głos. – Powiedz mi wprost. Czy ja jeszcze coś dla ciebie znaczę?

Milczał długo. Zbyt długo. To milczenie było odpowiedzią, choć wolałabym usłyszeć słowa. W końcu wzruszył ramionami.

– Tak... Ale potrzebuję też spokoju.

– Spokoju ode mnie – dopowiedziałam.

Nie zaprzeczył. Poszedł do sypialni, a ja zostałam w kuchni, z poczuciem, że właśnie zamknęły się drzwi, których nie potrafię już otworzyć. Tego wieczoru po raz pierwszy nie czekałam, aż zaśnie. Położyłam się sama, z myślą, że najgorsze pytania dopiero przede mną.

Miałam dość jego kłamstw

Następnego dnia obiad zjadłam sama. Zrobiłam dokładnie to samo danie co zawsze, jakby rutyna mogła mnie ochronić przed myślami. Talerz po jego stronie stołu pozostał pusty. Zauważyłam okruszki sprzed dnia i nie starłam ich od razu. Patrzyłam na nie uparcie, jak na dowód, że jeszcze niedawno tu był. Wpadł później niż zwykle. Zmarszczyłam brwi, słysząc klucz w drzwiach po siedemnastej.

Spóźniłeś się – powiedziałam bez powitania.

– Dużo pracy – rzucił, ale jego głos brzmiał nienaturalnie sztywno.

Postawiłam przed nim talerz. Spojrzał na jedzenie, potem na mnie.

– Nie jestem głodny.

– To usiądź – odpowiedziałam. – Chcę porozmawiać.

Przez chwilę wyglądał, jakby miał się odwrócić i wyjść. W końcu jednak usiadł, splatając ręce na stole.

– Jeśli znowu zaczniesz… – zaczął.

– Nie zaczynam – przerwałam mu. – Kończę.

Wzięłam jego telefon i położyłam go między nami. Na ekranie świeciła się krótka wiadomość, która przyszła rano. Imię, którego nie znałam. Treść była niewinna, ale czas jej wysłania mówił wszystko. Zbladł.

– Grzebałaś w moim telefonie?

– Leżał na stole, ktoś czekał na twoją odpowiedź. Tak jak ja czekam, aż w końcu mnie zauważysz – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam po sobie.

Przejechał dłonią po twarzy.

– To nie jest takie proste.

– Wiem. Dlatego pytam wprost – powiedziałam, czując, jak serce wali mi w piersi. – Czy ona jest powodem, dla którego nie ma cię wieczorami?

Nie odpowiedział od razu. Skinął głową dopiero po chwili.

Nie planowałem tego.

– Niczego już nie planujesz ze mną – odparłam.

Zapadła cisza. Tym razem nie była ciężka. Była jasna, ostra, jakby ktoś wreszcie zapalił światło w ciemnym pokoju.

– Co teraz? – zapytał cicho.

Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna wiedziałam, co czuję.

– Teraz przestaję jeść obiady na stojąco i czekać na resztki – odpowiedziałam. – A ty musisz zdecydować, gdzie naprawdę mieszkasz.

Nie zamierzałam na niego czekać

Po tej rozmowie w domu zrobiło się nienaturalnie cicho. Nie było już trzaskania drzwiami ani nerwowego chodzenia po mieszkaniu. Każde z nas poruszało się ostrożnie, jakbyśmy bali się dotknąć prawdy, która wisiała w powietrzu. On jadł obiady jeszcze szybciej niż wcześniej, ja przestałam pytać, czy wróci na noc. Trzeciego dnia zobaczyłam walizkę w przedpokoju. Stała oparta o ścianę. Zatrzymałam się, zdejmując płaszcz.

– Wyjeżdżasz? – zapytałam, choć odpowiedź była oczywista.

Wyszedł z sypialni, trzymając w ręku koszulę.

Na jakiś czas – powiedział, unikając mojego wzroku.

– Na „jakiś czas” zawsze brzmi jak „na zawsze” – odpowiedziałam.

Westchnął ciężko.

– Muszę poukładać sobie sprawy.

– A ja? – zapytałam. – Zapomniałeś, że jesteśmy małżeństwem?

Spojrzał na mnie bezradnie.

– Nie umiem teraz inaczej.

Podeszłam do walizki i poprawiłam zamek, który się zaciął. Ten gest był bardziej dla mnie niż dla niego. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę potrafię to zrobić bez drżenia rąk.

Zostaw klucze – powiedziałam po chwili. – Nie będę czekać, aż wrócisz po nie któregoś wieczoru.

Zawahał się.

– Nie mów tak, jakby to było definitywne.

– To ty tak mówisz, pakując swoje rzeczy – odparłam spokojnie.

Chciał coś dodać, ale w tym momencie zadzwonił jego telefon. Spojrzał na ekran. Nie musiałam widzieć imienia. Wiedziałam.

– Odbierz – powiedziałam. – Przecież to do niej się spieszysz.

Schował telefon do kieszeni, ale było już za późno. Podniósł walizkę i ruszył w stronę drzwi.

– Przepraszam – rzucił na odchodne.

– Wiem – odpowiedziałam. I naprawdę to wiedziałam.

Drzwi zamknęły się cicho. Usiadłam na krześle w kuchni i pierwszy raz od dawna nie czułam złości. Był tylko strach i dziwna ulga, że już nie muszę zgadywać.

Zaczęłam żyć na nowo

Pierwszy wieczór bez niego był najtrudniejszy i jednocześnie najprostszy. Nikt nie miał już wpaść na chwilę, nikt nie jadł w pośpiechu, nikt nie odkładał rozmów na później. Zjadłam kolację sama, powoli, przy zapalonym świetle. Zauważyłam, że jedzenie wreszcie ma smak.

Przez kolejne dni uczyłam się ciszy. Nie tej bolesnej, pełnej niedomówień, ale spokojnej. Przestawiłam kubki w szafce, wyrzuciłam kalendarz z czerwonym serduszkiem, zmieniłam ustawienie krzeseł przy stole. Każdy drobny gest był jak odzyskiwanie kawałka siebie. Czasem nachodziła mnie myśl, że może wróci, że coś jeszcze spróbuje wyjaśnić. Ale już nie czekałam.

Pewnego popołudnia zadzwonił domofon. Serce zabiło szybciej, jednak po chwili zwolniło. To była sąsiadka z dołu, przyszła pożyczyć cukier. Oddałam jej całą paczkę. Uśmiechnęłam się i dopiero wtedy zrozumiałam, że ten dom znowu oddycha. Beze mnie nie był pusty, ale dopiero teraz stał się mój.

Nie wiem, co dalej wydarzyło się w jego życiu. Wiem za to, co wydarzyło się w moim. Przestałam być przystankiem. Stałam się miejscem docelowym.

Alicja, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama