Przez dwadzieścia lat znosiłam w ciszy upokarzanie i lekceważenie. Teraz mówię: dość!

WIDEO

player placeholder

Dopiero niedawno pojęłam, że przemoc domowa nie musi polegać na biciu, szarpaniu i wyzwiskach. Może się odbywać w ciszy, a nawet przy ludziach, którzy z uśmiechem mówią: „Twój mąż to taki porządny i oddany ci człowiek! Tylko pozazdrościć!”. Przemoc domowa trwa latami i z biegiem czasu staje się coraz mniej skrywana; wszyscy się przyzwyczaili, że w tym małżeństwie on jest wspaniały, a ona – ofiara losu, więc już się nie zastanawiają, czy faktycznie tak jest.

Coraz rzadziej się ich razem gdzieś zaprasza, bo ona znowu będzie siedziała w kącie, a on weźmie na siebie bawienie gości. To może lepiej, żeby był sam? Mniej się zmęczy!

Zobacz także:

Przemoc domowa jest wtedy, gdy ona wszystko robi źle!

Pranie, obieranie kartofli, warzyw, ścieranie kurzu, nawet mycie podłogi jej nie wychodzi.

– Jak ty to robisz, sieroto jedna! – on się denerwuje. – Jak trzymasz ten nóż? Nie ta ścierka i w ogóle to tylko mażesz, zamiast wycierać! I jaki płyn wzięłaś? Ślepa jesteś? Tyle razy cię uczyłem, do olejowanych podłóg są specjalne środki, a tutaj co jest napisane? Nie umiesz czytać?

Jak się przez dwadzieścia lat słyszy, że człowiek nic nie potrafi, to się w końcu w to uwierzy. O mnie na przykład wszyscy myśleli, że się gubię nawet w supermarkecie, bo taka jestem głupia.

– Zagapi się i już jej nie ma! – śmiał się mój mąż. – Szukaj wiatru w polu. Człowiek się rozgląda, wychodzi na zewnątrz, wraca, a ta niemota stoi przy jakimś regale z nieprzytomną miną i ogląda słoiki z musztardą! I co wy na to?

Towarzystwo ryczało rozbawione jak na jakiejś komedii, a mnie się już nie chciało tłumaczyć, że było akurat odwrotnie, bo to ja szukałam męża zagadanego z jakąś sąsiadką z osiedla! I tak by mi nikt nie uwierzył.

Przemoc domowa to wyszydzanie twoich ubrań, butów, fryzury i porównywanie ich z ubraniami, butami i fryzurami innych kobiet. Regułą jest, że te inne są zawsze lepsze i ładniejsze.

– Po prostu nie masz gustu – słyszysz. – Jak już coś wybierzesz, to kulą w płot! Kupy się nic nie trzyma! Poza tym masz fatalną figurę, to, co nosisz, ci nie pasuje, czasami aż wstyd cię gdzieś zabrać! W porównaniu na przykład z moimi koleżankami z pracy, jesteś po prostu jak wyjęta z lumpeksu! Niestety!

To wszystko jest mówione niby z troski

Niby serdecznie i przyjacielsko, bo przecież nikomu bardziej na tobie nie zależy niż sprawcy przemocy domowej. On cię musi kontrolować i pouczać, bo inaczej się nieustannie kompromitujesz. Jesteś niezdolna do samodzielności, głupia, zahukana, nieuważna, nierozsądna, zapominalska i niedouczona. Puścić cię samą i zginiesz! Chodzi o to, żebyś sama uwierzyła, że tak właśnie jest!

W takiej przemocy domowej uczestniczą twoi rodzice, rodzeństwo, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi, a z czasem – nawet dzieci, bo wszyscy z czasem wierzą, że jesteś kobietą specjalnej troski, a ty, osaczona i zdominowana, nie umiesz się bronić, zresztą nie wierzysz, że to ma sens...

Musiałby się zdarzyć cud, żebyś się ocknęła i spróbowała o siebie zawalczyć. W moim przypadku, na szczęście taki cud się wydarzył! Jechaliśmy przeładowanym autobusem i tuż obok mnie zwolniło się miejsce. Akurat tego dnia czułam się fatalnie, mój mąż o tym wiedział, bo brałam proszki przeciwbólowe i wyglądałam okropnie, jak zwykle podczas tych trudnych dni. Aż westchnęłam z ulgi, kiedy zobaczyłam, że mogę usiąść, bo przed nami było jeszcze sporo przystanków, ale mój mąż syknął i chwycił mnie za ramię.

– Nie widzisz, że tu stoi osoba, której się należy to miejsce? – zapytał głośno. – Och, te niektóre kobiety! Za wygodne jak na normalne życie. Tylko by odpoczywały, choć naprawdę nie ma po czym!

Faktycznie, obok nas stała starsza pani w kolorowym ponczo i obcisłych spodniach. Nie wyglądała na inwalidkę ani zmęczoną, ani nie miała ciężkich pakunków. Ot, po prostu wyszła z domu, wsiadła do autobusu i gdzieś jechała w swoich sprawach, nie czatując na miejsce i nie wymagając żadnych przywilejów. Była dyskretnie umalowana i uśmiechnięta, chociaż gęstniejący z każdym przystankiem tłum dawał się mocno we znaki.

– Ależ ja nie chcę siadać – powiedziała. – Proszę się mną nie zajmować. Pana żona bardziej potrzebuje tego miejsca, wystarczy spojrzeć...

Popatrzyłam na nią z wdzięcznością, ale mój mąż natychmiast zareagował:

– Moja żona jest z natury wygodna i tylko by przysiadała jak kura na grzędzie, kiedy ma okazję. W domu jest tak samo – zarechotał. – Pani siada, ona naprawdę nie musi!

Czułam łzy napływające mi do oczu. Gdyby nie ten tłok, postarałabym się wysiąść, tak się wstydziłam, bo ludzie już mi się przyglądali, niektórzy z wyraźnym politowaniem, ale nie było mowy o dojściu do drzwi. I wtedy ta pani stanęła w mojej obronie.

– Przepraszam – powiedziała – ale gdybym ja miała za małżonka takiego chama jak pan, tobym się z nim dawno rozeszła! Jak pani to wytrzymuje? – zapytała, zwracając się do mnie. – Taka śliczna i miła kobieta nie powinna sobie dawać jeździć po głowie, niech go pani rzuci czym prędzej. Nie jest wart pani małego palca!

O dziwo, przyłączyły się do niej inne pasażerki i po pięciu minutach z mojego męża przemocowca zeszło powietrze. Był w stanie tylko głupio się uśmiechać i mamrotać pod nosem:

– Ale o co właściwie chodzi? Nie rozumiem?

Na szczęście, nie należy do agresywnych łobuzów. To raczej podgryzacz, który ustępuje i kładzie uszy po sobie, kiedy widzi, że ktoś mu się nie daje. Tak było i tym razem...

Albo zacznie mnie szanować, albo koniec z nami!

Wysiadł dwa przystanki wcześniej, ale kiedy wróciłam do domu, już tam był. Siedział przy stole naburmuszony i od razu chciał na mnie naskoczyć, ale, niestety, nie tym razem…

– Od dzisiaj ani słowa o mnie! – powiedziałam stanowczo. – Albo się wyniesiesz, albo się uspokoisz. Trzeciego wyjścia nie ma! Jeśli tylko zauważę, że znowu mnie poniżasz i lekceważysz, spakuję ci walizki. Zrozumiałeś?

Oczywiście, że nie było łatwo, bo mój mąż niejednokrotnie sprawdzał, czy mówiłam poważnie, ale przekonał się, że z ofiarą przemocy domowej, która się obudziła i zaczęła walczyć o swoje prawa, nie ma żartów! Było tak, że istotnie musiał się wyprowadzić i pół roku mieszkaliśmy osobno. Wrócił skruszony i błagający o jeszcze jedną szansę. Dostał ją i na razie zachowuje się poprawnie, ale wiem, że gdybym tylko popuściła cugli, natychmiast wróciłby do starych zwyczajów. Męczy mnie to nieustanne czuwanie. Mam dosyć życia jak na wulkanie i zastanawiam się, czy z tym nie skończyć…

Wszyscy mówią, że się zmieniłam, jestem pewniejsza siebie, częściej się uśmiecham. Nie do końca tak jest, bo żyć z kimś, kto tylko czyha, żeby cię znowu sobie podporządkować, nie jest fajne. Więc może jednak się rozwiodę? Bo czy warto tracić życie na walkę z przemocą domową? Nie lepiej z tym ostatecznie skończyć?

Czytaj także:
„Sąsiadka na świątecznym stole stawiała flaszki zamiast pierogów z kapustą. Musiałam działać, bo szkoda jej dziecka”
„Teściowa zaglądała mi do garów, więc dałam jej nauczkę. Ciekawe, co powie na gulasz prosto z psiej miski”
„Kpiłam z męża, że ciągle przesiaduje w piwnicy. Gdy przyłapałam go na tym, co tam wyprawia, aż oniemiałam z wrażenia”