„Mąż wolał oglądać mecze niż żonę. Miałam dość traktowania mnie jak robot kuchenny. Dziad będzie zbierał szczękę z podłogi”
„Ile ona przeszła! A przecież ja jeszcze mam przed sobą lata życia i w sumie nie jest mi tak źle! A że mąż się mną nie interesuje? Chrzanić to. Mam pięknego, mądrego syna i za dwa miesiące zostanę babcią. To kiedy, jak nie teraz?”.

Jeździłam do tego domu opieki tylko dlatego, że nalegał na to mój mąż. Mieszkała tam jego ciotka. Starał się ją odwiedzać, kiedy mógł, i uparł się, żeby mnie tam zabierać. Ciotka jednak jakoś nie miała dla mnie ciepłych uczuć i kiedy kolejny raz dostałam w głowę ciastem, które sama upiekłam, postanowiłam się wycofać. Usiadłam w holu, wyjęłam z torebki pierniczki własnej roboty i w tym momencie podeszła do mnie starsza pani.
– Dzień dobry – zawołała radośnie.
– Pani w odwiedziny?
– Tak. Do ciotki męża, ale ona nie chce mnie widzieć.
– No cóż, niektórzy tak mają, proszę się nie przejmować, tylko sobie posiedzieć.
– Jeśli to pani nie przeszkadza…
– Ależ skąd! Miło zobaczyć kogoś nowego i pogadać. Wie pani, my tu dużo rozrywek nie mamy – zaśmiała się.
– Może pani się poczęstuje? – zaproponowałam pierniczka.
Przyjrzałam się tej kobiecie Pomarszczona, malutka, ale taka pełna energii i życia! Pomyślałam, że mogłabym jej wręcz pozazdrościć. Bo ja czułam się tak, jakbym już była na ostatnim zakręcie. Do tego mąż, którego bardziej interesowały mecze w telewizji niż ja. Proza życia? Pewnie tak. Ale ta kobieta była tak ciepła, tak miła, że mimo woli zaczęłam się jej zwierzać.
Samotna, bez żadnej rodziny…
– Oj, kochana – pogłaskała mnie po ręku, kiedy łzy zaczęły mi płynąć z oczu. – To naprawdę jeszcze nic. Zobacz, co tu jest dookoła. Same nieszczęścia. Ja jestem tutaj chwilowo, bo przyjechała tu moja sąsiadka, właściwie przyjaciółka, która koniecznie chciała, żebym była z nią. Na szczęście miałam za co, bo mi zostały pieniądze z oszczędności i z emerytury po mężu. Ale mam nadzieję, że już niedługo stąd wyjdziemy obie, bo to już prawie dwa lata – uśmiechnęła się.
W tym momencie w drzwiach prowadzących na werandę pojawił się mój mąż.
– Koniec odwiedzin, musimy zmykać – zakomunikował.
– Już idę – zaczęłam się zbierać. – A tak przy okazji, to jest pani… – nawet nie wiedziałam, jak jej na imię.
– Janina – podała mu rękę. – A panią mam nadzieję jeszcze zobaczyć. I może zrobi pani te pyszne pierniczki, co? – puściła do mnie oko.
Pojechaliśmy do domu, a ja jakoś nie mogłam o niej zapomnieć. Samotna, zostawiona na pastwę losu, bez rodziny. Więc kiedy Edek znów wybierał się do ciotki, pojechałam z nim.
– O, jest pani! – usłyszałam.
– Dzień dobry, pani Janino, jestem i jak pani widzi, znów to samo.
– Niech się pani nie przejmuje, chociaż my sobie pogadamy.
I pogadałyśmy. Tym razem to ona zaczęła opowiadać. Jak się okazało, pochodziła z niewielkiej miejscowości nieopodal naszego miasta i domu opieki. Razem z sąsiadką prowadziły sklep, potem malutką restauracyjkę, w której można było napić się kawy i zjeść ciasto. Dobrze im się wiodło, bo zjeżdżali się do nich ludzie z całej okolicy. Potem nie było już tak pięknie. Na zawał zmarł jej mąż, a ona została sama z niepełnosprawnym dzieckiem.
– Wiesz, kochana, kiedy się urodził, lekarz powiedział, że lepiej dla mnie, żebym go nawet nie oglądała – zamyśliła się. – Ale jak ja miałam się wyrzec własnego dziecka? Co z tego, że prawie się nie rozwijał. Wreszcie którejś nocy zasnął i już się nie obudził, a ja zostałam całkiem sama…
Pokiwała głową z rezygnacją, a ja ocierałam łzy.
– Nie płacz, skarbie – poklepała mnie po ręku. – Tak było dla niego lepiej, a ja i tak jestem szczęśliwa, że miałam ten kochany promyczek obok siebie. A ty jak się czujesz?
– Jakbym była całkiem sama – wyrzuciłam z siebie. – Mąż ma mnie gdzieś, nie pracuję, objadam się, czuję się kompletnie bezwartościowa.
– No to może czas się wziąć za siebie? – zaśmiała się. – To jeszcze nie koniec świata, kochana. Dieta, ćwiczenia, może jakaś dorywcza praca. A męża to lepiej zignoruj, jak jest taki głupi, że cię nie docenia – mrugnęła.
Następnego dnia, kiedy mąż poszedł do pracy, obejrzałam się z każdej strony w lustrze i zadałam sobie pytanie: gdzie się podziała ta kobieta, którą byłam? Zadowolona z życia, szczuplejsza, mająca ambicje? Ale za chwilę przypomniałam sobie tamtą staruszkę. Ile ona przeszła! A przecież ja jeszcze mam przed sobą lata życia i w sumie nie jest mi tak źle! A że mąż się mną nie interesuje?
Chrzanić to. Mam pięknego, mądrego syna i za dwa miesiące zostanę babcią. To kiedy, jak nie teraz? Poszłam do kuchni i opróżniłam wszystkie szafki z kalorycznych słodkości. Pojechałam na zakupy i zamiast tłustego mięsa kupiłam warzywa. Ba, zapisałam się nawet do fryzjera. Potem zrobiłam sałatkę z chudym kurczakiem.
Kiedy Edek wrócił, podałam obiad
– Co to jest? – skrzywił się.
– Nowość. Jak ci się nie podoba, to nie jedz.
Dostrzegła zmiany Po tygodniu zjawiłam się w domu opieki, tym razem sama. Pani Janina już na mnie czekała.
– Proszę, pierniczki – podałam jej pudełeczko i mocno ją uściskałam.
– Czy mi się wydaje, czy ty inaczej wyglądasz? Nowe włosy, nowa sukienka?
– Dobrze pani widzi! Bo ja już zaczęłam od nowa.
– To opowiadaj!
No i opowiedziałam. O nowej diecie, ćwiczeniach, dorywczej pracy jako pomocnik w cukierni nieopodal.
– Nawet ten przepis na pierniczki im dałam – zaśmiałam się. – Wie pani, pieniądze z tego niewielkie, ale przynajmniej wychodzę do ludzi, robię te swoje wypieki. Naprawdę jest dobrze.
– A co na to Edek?
– Przyzwyczaja się do sałaty. Burczy, fuka i patrzy na mnie podejrzliwie, ale powiem pani, chrzanić to. Grunt, że ja się lepiej czuję, tak jakbym wracała do siebie.
I faktycznie tak się czułam. Z tygodnia na tydzień było mi coraz lżej, lepiej. Patrzyłam w lustro z uśmiechem, a nie z grymasem. Co tydzień też jeździłam do pani Janiny. Śmiałyśmy się, gadałyśmy. Ona podziwiała moje nowe ciuchy i utratę wagi, ja cieszyłam się z jej opowieści o dawnych czasach. Aż nastąpił ten dzień.
– Dzień dobry! Gdzie pani Janina? U siebie? – zagadałam pielęgniarkę.
– U siebie, tak, ale w domu.
– Jak to? – zapowietrzyłam się.
– Wczoraj zmarła jej przyjaciółka i pani Janina uparła się, że dłużej nie chce tu być. Taksówka odjechała dosłownie przed chwilą, minęłyście się.
– Niech mi pani da adres, ona nie może być teraz sama. Wiem, że pani nie powinna, ale bardzo proszę…
– No nie powinnam… – zawahała się. – Ale wiem, że byłyście blisko.
Pognałam autem tak szybko, jak to było możliwe, i dzięki nawigacji faktycznie trafiłam do celu. Ona wysiadała z taksówki.
– Pani Janino! – zawołałam.
– O, jesteś – ucieszyła się. – Przekazałam pielęgniarkom, żeby ci powiedziały, że wychodzę, ale widocznie jeszcze nie zdążyły. Chodź, pokażę ci dom.
Z drżącym sercem weszłam do środka
Spodziewałam się ruiny, ale było całkiem przyjemnie.
– Pan Henio, taki sąsiad, przychodził tu od czasu do czasu, żeby dojrzeć, czy coś nie przecieka albo nie zamarzło. Więc chociaż mnie tu długo nie było, jest w porządku. Wystarczy przetrzeć tu i tam i będzie dobrze. A wiosną zabrać się za ogródek. Podoba ci się?
– Taaak – wyjąkałam. – Ale co z jedzeniem? Pościelą?
– O kurczę – pani Janina zasępiła się. – O tym nie pomyślałam… Może są tu jeszcze jakieś konserwy, ale nawet chleba nie mam. A dziś niedziela, sklep tu obok nieczynny.
– Dobra – wzięłam się w garść. – To ja w takim razie dzwonię po Edka, żeby przywiózł jakieś jedzenie i czystą pościel. My w tym czasie coś przetrzemy, a jutro z samego rana bierzemy się do gruntownych porządków, może być?
– Naprawdę chcesz mi pomóc?
– Pewnie, że tak. Gdyby nie pani, do tej pory byłabym wiecznie skwaszona.
– No to skoro tak, to jedziemy! – zaśmiała się, chwytając za ścierkę.
Po godzinie zjawił się Edek z prowiantem i innymi rzeczami. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę z panią Janiną i się pożegnaliśmy.
– Dobrze być w domu – powiedziała jeszcze, ściskając mnie.
– Pewnie, że tak. Jutro wpadam, a potem w weekend zapraszam do siebie na pierniczki – mrugnęłam.
I tak oto powstało coś pięknego. Po prostu przyjaźń. I tak już trwa dwa lata. Mam nadzieję, że przetrwa i te trudne czasy, i jeszcze dużo przed nami.
Czytaj także:
„Moja przyjaciółka wydawała fortunę na remonty, żeby bratowa jej nie krytykowała. Ciągle wytykała jej biedę i brak gustu”
„Nie wierzyłem mamie, że opiekunka ją bije i okrada. Przecież to moja przyjaciółka, a mama ma Alzheimera, na pewno bredzi”
„Moja przyjaciółka ze studiów miała romans z wykładowcą. Okazało się, że był jej zaginionym przed laty ojcem”

