„Mąż wolał kupić nowe głośniki niż jechać z synem na ferie. Zdziwi się, jak zamiast obiadu dostanie papiery rozwodowe”
„Moje małżeństwo z Mirkiem od lat przypominało życie w luksusowym sklepie RTV AGD. Zaczęło się od lepszego telefonu, bo w pracy potrzebny. Konsola, żeby się odstresować po godzinach, ale z czasem technologia zaczęła wypierać życie”.

Patrzyłam na wielkie, błyszczące pudło stojące na środku naszego salonu i czułam absolutną pustkę. Jeszcze rano pakowałam walizki, układając w kostkę ciepłe swetry i narciarskie spodnie dla mojego syna. Jeszcze rano wierzyłam, że obietnica złożona pół roku temu ma jakiekolwiek znaczenie.
Był podekscytowany
Teraz jednak, stojąc naprzeciwko męża, który z wypiekami na twarzy tłumaczył mi specyfikację techniczną najnowszego systemu audio, nie czułam złości. Nie czułam nawet żalu. To było dziwne, chłodne odrętwienie.
– Żaneta, kochanie, spójrz tylko na te parametry! – Mirek biegał wokół kartonu jak małe dziecko w sklepie z zabawkami. – To jest okazja stulecia. Przecena o trzydzieści procent, rozumiesz? Musiałem to wziąć. Stary wzmacniacz już ledwo ciągnął, a ten to jest absolutny top. Kino w domu, prawdziwe kino.
Stałam oparta o framugę drzwi, ściskając w dłoni ścierkę, którą przed chwilą wycierałam blat w kuchni. W głowie wciąż miałam obraz Leosia, mojego siedmioletniego syna, który od tygodnia zasypiał w kasku narciarskim, bo tak bardzo nie mógł się doczekać wyjazdu w góry.
– A co z feriami? – zapytałam cicho.
Mój głos był płaski, pozbawiony emocji. Nawet mnie to zdziwiło. Zazwyczaj w takich momentach mój ton wchodził w wysokie rejestry, zaczynała się kłótnia, padłyby argumenty o egoizmie, ale nie tym razem.
Wydawał pieniądze
Mirek machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.
– Daj spokój, w górach i tak nie ma śniegu, sprawdziłem prognozy. Błoto, plucha i tłumy ludzi. Jaki to ma sens? Wydamy kilka tysięcy, żeby siedzieć w hotelu i grać w karty? – Przerwał na chwilę, by rozerwać taśmę klejącą na kartonie. Dźwięk dartego plastiku był w tym momencie jedynym hałasem w pokoju. – A tak? Mamy sprzęt na lata. Zostaniemy w domu, zamówimy pizzę, obejrzymy wszystkie części „Gwiezdnych Wojen” w takiej jakości, że spadniesz z kanapy. Leoś będzie zachwycony.
Nie będzie. Wiedziałam to ja i wiedział on, choć on wolał się okłamywać. Mirek był mistrzem racjonalizacji. Potrafił wytłumaczyć każdy wydatek, każdą zmianę planów tak, by brzmiało to jak jedyna słuszna decyzja strategiczna.
– Mieliśmy odłożone pieniądze na ten wyjazd – powiedziałam, wciąż nie podnosząc głosu. – To były pieniądze na ferie.
– No i zostały dobrze zainwestowane! – odparł z uśmiechem, wyciągając z pudełka czarny, lśniący prostopadłościan. – To jest inwestycja w jakość naszego życia codziennego, a nie w tydzień męczarni w zatłoczonym pensjonacie. Zresztą, zrobiłem przelew z tego konta oszczędnościowego, bo na bieżącym brakowało, ale spokojnie, odrobię to premią w marcu.
Miał wymówki
Podeszłam do okna. Na zewnątrz było szaro, typowa miejska zima bez zimy. Zawsze był jakiś „przyszły miesiąc”, jakaś „premia”, która miała załatać dziurę po jego zakupach. Moje małżeństwo z Mirkiem od lat przypominało życie w luksusowym sklepie RTV AGD. Zaczęło się od lepszego telefonu, bo w pracy potrzebny. Konsola, żeby się odstresować po godzinach, ale z czasem technologia zaczęła wypierać życie.
Pamiętam naszą piątą rocznicę ślubu. Mieliśmy lecieć do Rzymu. Dwa dni przed wylotem Mirek stwierdził, że samochód wymaga niezbędnego tuningu audio, bo dużo czasu spędza w korkach i to wpływa na jego samopoczucie. Rzym przepadł, a ja spędziłam rocznicę, siedząc na miejscu pasażera i słuchając, jak basy wibrują mi w żołądku, podczas gdy on pytał: „Słyszysz tę głębię?”.
Potem był ekspres do kawy za cenę małego samochodu, który miał zmienić nasze poranki w poezję. Zmienił tyle, że baliśmy się go dotykać, żeby czegoś nie zepsuć, a kawa smakowała tak samo jak z kawiarki. Potem dron, którym latał dwa razy, zanim stwierdził, że przepisy są zbyt restrykcyjne. Dron kurzył się teraz na szafie, obok teleskopu, którego użyliśmy raz, żeby pooglądać okna sąsiadów, bo niebo w mieście było zbyt jasne na gwiazdy.
Każdy z tych przedmiotów był symbolem czegoś, co straciliśmy. Czasu, wspólnych przeżyć, bliskości. Mirek otaczał się przedmiotami, bo one były łatwe w obsłudze. Miały instrukcję. Ja i Leoś instrukcji nie mieliśmy, więc byliśmy trudniejsi w „użytkowaniu”.
Był zawiedziony
Tym razem jednak bolało bardziej, bo obiecaliśmy Leosiowi. Widziałam, jak ćwiczył zakładanie nart na dywanie.
– Żaneta, podaj mi nożyczki! – krzyknął mój mąż, wyrywając mnie z zamyślenia.
Podeszłam do szuflady, wyjęłam nożyczki i podałam mu. Spojrzał na mnie przelotnie.
– Coś ty taka smutna? Przecież mówię ci, że będzie fajnie. Zrobimy sobie domowe spa, zamówimy sushi. Odpoczniesz wreszcie, zamiast marznąć na stoku.
– Tak, odpocznę – powtórzyłam mechanicznie. – Masz rację.
Zatrzymał się na chwilę, trzymając nożyczki w powietrzu. Moja uległość go zbiła z tropu. Spodziewał się awantury, przygotował już pewnie dziesięć kontrargumentów o inflacji, o tym, że wyjazdy są przereklamowane. Moja cisza odebrała mu paliwo. Wzruszył więc tylko ramionami i wrócił do rozcinania folii. Najtrudniejszy moment nadszedł godzinę później, gdy Leoś wrócił ze szkoły. Wbiegł do domu z rysunkiem góry w ręce.
– Mamo, patrz! Pani kazała narysować, gdzie jedziemy na ferie! Narysowałem nas na wyciągu!
Zamarłam w przedpokoju. Mirek był w salonie, właśnie podłączał głośniki, nucąc coś pod nosem. Wiedziałam, że on tego nie zrobi. Że to ja muszę być posłańcem złych wiadomości, jak zawsze. On był od kupowania radości lub jej substytutów, ja od sprzątania emocjonalnego bałaganu.
Zostaliśmy w domu
Kucnęłam przy synku i wzięłam go za rączki. Były zimne i lepkie od śnieżek, którymi rzucał się z kolegami przed szkołą.
– Kochanie… – zaczęłam, czując, jak gardło mi się zaciska. – Musimy porozmawiać o wyjeździe.
– Już się pakujemy? – zapytał z nadzieją, próbując zajrzeć do pokoju, gdzie rano stała otwarta walizka. Teraz walizka była już schowana w szafie. Zrobiłam to, gdy Mirek montował kable.
– Nie, Leoś. Plany się zmieniły. Tata… musiał kupić coś ważnego do domu. I niestety w tym roku nie pojedziemy w góry.
Widziałam, jak w jego oczach gaśnie światło. To nie był wybuch płaczu, to było coś gorszego. To było ciche, głębokie rozczarowanie dziecka, które po raz kolejny uczy się, że obietnice dorosłych są nic niewarte.
– Ale obiecaliście… – szepnął, a jego dolna warga zaczęła drżeć.
– Wiem, skarbie. Bardzo cię przepraszam.
W tym momencie z salonu dobiegł potężny, basowy dźwięk, od którego zadrżały szyby w witrynach. Mój mąż testował nową zabawkę.
– Słyszeliście to?! – krzyknął z entuzjazmem. – Leoś, chodź tu szybko! Zobaczysz, jak w grach będą teraz brzmieć wybuchy! Będzie jak na wojnie, synu!
Leoś spojrzał na mnie, potem w stronę salonu. Upuścił rysunek na podłogę.
– Nie chcę wybuchów – powiedział cicho i pobiegł do swojego pokoju, zamykając drzwi.
Nie widział problemu
Podniosłam kartkę. Góra narysowana niebieską kredką była koślawa, ale na szczycie stały trzy ludziki. Największy, tata, miał w ręku coś, co wyglądało jak pilot. Nawet w wyobraźni dziecka ojciec nie rozstawał się z elektroniką. To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Przez lata chroniłam Mirka, tłumaczyłam go przed synem, przed rodziną, przed samą sobą. „Tata ciężko pracuje”, „Tata lubi gadżety”, ale prawda była inna. Tata po prostu bardziej kochał rzeczy niż nas.
Kolejne dni były torturą. Nazwaliśmy to „staycation”, ale w rzeczywistości był to areszt domowy z wysokiej klasy nagłośnieniem. Mój mąż był w siódmym niebie. Siedział w dresie na kanapie, żonglował pilotami i kalibrował kolory.
– Widzisz tę czerń? – pytał mnie, gdy przechodziłam z koszem na pranie. – To jest prawdziwa czerń. Nieskończony kontrast.
Patrzyłam na ekran. Widziałam czerń. Była tak samo czarna jak ta na starym telewizorze, ale przytaknęłam.
– Tak, niesamowita.
Leoś snuł się po domu jak cień. Mirek próbował go przekupić, kupując nową grę, ale syn grał mechanicznie, bez radości. Wieczorem, gdy mąż w końcu zasnął przed telewizorem, bo oczywiście musiał testować funkcję „ambient mode” do późna, usiadłam w fotelu i patrzyłam na niego. Jego twarz oświetlona niebieskawym blaskiem diod wyglądała spokojnie. Nie był złym człowiekiem w tradycyjnym sensie. Nie pił, nie bił, pracował, ale jego egoizm był jak bluszcz, który powoli dusił wszystko dookoła.
Podjęłam decyzję
Wstałam cicho i poszłam do pokoju Leosia. Spał, przytulając maskotkę wilka, którą kupiliśmy mu dwa lata temu w Zakopanem. To były ostatnie udane wakacje. Wróciłam do salonu, ale nie po to, by sprzątać puste pudełka po pizzy. Usiadłam przy stole z laptopem. Mirek spał twardo, zmęczony emocjami związanymi z nowym nabytkiem.
Otworzyłam stronę banku. Znałam wszystkie hasła. Mąż nie ukrywał ich przede mną, bo był pewien, że i tak nie zrobię niczego wbrew jego woli. Przejrzałam historię transakcji z ostatniego roku. Kwoty były przerażające. Robot sprzątający, który tylko rozmazywał brud, tablet graficzny, choć mąż nie potrafił rysować, kamera sportowa, mimo że nie uprawiał sportu. To były dziesiątki tysięcy złotych. Pieniądze, za które moglibyśmy zwiedzić pół Europy, wyremontować łazienkę albo odłożyć na studia Leosia. Czułam chłód, ale tym razem był to chłód kalkulacji, a nie bezradności.
Zrobiłam coś, czego nie robiłam od dziesięciu lat. Weszłam na stronę z ofertami pracy. Byłam księgową, dobrą księgową, ale po urodzeniu Leosia przeszłam na pół etatu, a potem brałam tylko dorywcze zlecenia, żeby dbać o dom, bo Mirek twierdził, że jego pensja wystarczy na wszystko. Wystarczała – na jego zabawki.
Miał świetny humor
Zaktualizowałam CV. Wysłałam trzy aplikacje. Potem otworzyłam nowe konto bankowe, tylko na moje nazwisko. Spojrzałam na śpiącego męża. Nie chciałam słuchać jego tłumaczeń. Zrozumiałam, że kłótnie to też forma kontaktu, forma walki o relację. Kiedy przestajesz się kłócić, to znaczy, że już ci nie zależy. A mi przestało zależeć na przekonywaniu go. Zależało mi teraz tylko na mnie i na synu. Następnego dnia rano Mirek obudził się w doskonałym humorze.
– Ale się wyspałem! – przeciągnął się. – Słuchaj, dzisiaj zrobimy maraton filmów akcji. Zamówiłem specjalne rolety zaciemniające, powinny przyjść kurierem koło południa.
Stałam przy blacie, smarując kanapki dla Leosia. Odwróciłam się i uśmiechnęłam do niego. To był ten rodzaj uśmiechu, którego on nie potrafił odczytać. Uśmiech kogoś, kto zna sekret.
– Świetny pomysł, kochanie – powiedziałam łagodnie. – Baw się dobrze.
– A ty? Nie będziesz oglądać?
– Nie, umówiłam się z Kasią. Zabieramy dzieci na lodowisko, a potem do kina. Wrócimy wieczorem.
Mirek zmarszczył brwi.
– Na lodowisko? Przecież jest zimno. Poza tym chciałem wam pokazać demo dźwiękowe z lasu deszczowego.
– Innym razem – odparłam, zapinając kurtkę. – Leoś, gotowy?
Nic nie podejrzewał
Syn wybiegł z pokoju, trzymając łyżwy. Po raz pierwszy od kilku dni na jego buzi widziałam uśmiech.
– Tak, mamo!
– Ale… – Mirek próbował protestować, ale jego głos utonął w dźwięku zamykanych drzwi.
Wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było mroźne i ostre. Wzięłam głęboki oddech. To był dopiero pierwszy krok. Wiedziałam, że przede mną długa droga. Musiałam znaleźć stałą pracę, uzbierać pieniądze, zbudować sobie poduszkę finansową, o której on nie będzie miał pojęcia.
To potrwa miesiące, może rok. Będę musiała grać rolę posłusznej żony, która kiwa głową nad kolejnym gadżetem, ale każda złotówka, którą zarobię, każdy dzień, który zbliży mnie do niezależności, będzie moim małym zwycięstwem. Spojrzałam na Leosia, który podskakiwał radośnie w drodze do samochodu.
– Mamo? – zapytał, gdy zapinałam mu pasy.
– Tak, synku?
– A w przyszłym roku pojedziemy w prawdziwe góry? Nawet jak tata kupi coś nowego?
Obiecałam mu
Spojrzałam w nasze okna. Rolety w salonie były już opuszczone. Mirek pewnie siedział w swoim cyfrowym bunkrze, przekonany, że wszystko jest w porządku. Że znowu wygrał. Że znowu postawił na swoim. Nie wiedział tylko jednego. Że to nie był kolejny kompromis. To był początek końca. Odwróciłam się do syna i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Obiecuję ci, Leoś. W przyszłym roku pojedziemy w góry, Niezależnie od wszystkiego. Nawet jeśli będziemy musieli pojechać tam sami.
Potrzebowałam wolności i właśnie zaczęłam ją odzyskiwać, kawałek po kawałku, w ciszy, o której mój mąż – paradoksalnie, przy swoim uwielbieniu dla dźwięku – nie miał zielonego pojęcia.
Żaneta, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
- „W tłusty czwartek chciałam się popisać przed teściową i zrobiłam pączki. Nie doceniła mnie i cisnęła nimi o podłogę”
- „Dzieci pojechały na ferie do teściowej. Po tym, czego się od nich dowiedziałam, wiem, że to był ostatni raz”

