„Mąż wcisnął mi perfumy i uznał, że odbębnił walentynkowy obowiązek. Po moim prezencie zbierał szczękę z podłogi”
„Walentynkowy poranek zaczął się całkiem zwyczajnie: kawa z ekspresu, zapach świeżo upieczonych bułek i mąż szukający w pośpiechu kluczyków do auta. Udawałam, że nie pamiętam, jaki dziś dzień, choć tak naprawdę odliczałam godziny do wieczora. Wszystko miałam zaplanowane — zamówiona kolacja z jego ulubionej knajpy, świece w sypialni i prezent, nad którym myślałam przez tygodnie”.

Niektórzy mówią, że prezenty na walentynki to tylko symbol — nie liczy się ich wartość, lecz intencja. Ja jednak zawsze miałam słabość do wyjątkowych gestów – takich, które naprawdę coś znaczą i pokazują, jak dobrze się znamy. W tym roku szczególnie czekałam na ten dzień. Czułam, że po latach rutyny w naszym małżeństwie przydałoby się coś, co nas poruszy, da iskierkę emocji i poczucie bliskości. Już od tygodni szykowałam dla męża niespodziankę, o której, byłam pewna, nie miał pojęcia. Byłam tak podekscytowana, że niemal nie mogłam spać w nocy, wymyślając coraz to nowe detale.
Niestety, nie spodziewałam się, że to, co on mi przygotuje, wywoła u mnie falę rozczarowania i… mdłości. Walentynki w tym roku zmieniły mój sposób patrzenia na naszą relację i sprawiły, że po raz pierwszy od dawna poczułam się obca w własnym domu. To historia, którą opowiadam z perspektywy kobiety, która próbowała uratować coś, co powoli zaczynało się wymykać spod kontroli.
Czułam rosnące rozczarowanie
Walentynkowy poranek zaczął się całkiem zwyczajnie: kawa z ekspresu, zapach świeżo upieczonych bułek i mąż szukający w pośpiechu kluczyków do auta. Udawałam, że nie pamiętam, jaki dziś dzień, choć tak naprawdę odliczałam godziny do wieczora. Wszystko miałam zaplanowane — zamówiona kolacja z jego ulubionej knajpy, świece w sypialni i prezent, nad którym myślałam przez tygodnie. Uśmiechałam się sama do siebie, wyobrażając sobie jego zaskoczenie.
Po południu zadzwonił domofon — kurier. Mąż zamknął się w kuchni z paczką, krzątał się przez chwilę i wołał mnie, żebym przyszła. Przyszłam z bijącym sercem, spodziewając się czegoś wyjątkowego. Tymczasem na stole stało pudełko, przewiązane różową wstążką, a obok kartonik z wielkim sercem. Otworzyłam je i… poczułam znajomy, mdlący zapach. Słodkie, przesłodzone perfumy, które już kiedyś dostałam od koleżanki i których nigdy nie użyłam, bo zawsze przyprawiały mnie o ból głowy. Mąż patrzył na mnie z wyczekiwaniem.
— Podobają ci się? — zapytał z uśmiechem.
— Tak… bardzo — odpowiedziałam, próbując się nie skrzywić.
W środku czułam rosnące rozczarowanie. To miał być nasz dzień, a dostałam coś zupełnie nie w moim stylu. Zamiast radości pojawił się chłód.
Może to ja wyolbrzymiam
Zamknęłam się w łazience pod pretekstem poprawienia makijażu. W rzeczywistości musiałam na chwilę uciec, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo mnie zabolał ten prezent. W mojej głowie zaczęły kłębić się wspomnienia poprzednich walentynek. Kiedyś naprawdę się staraliśmy — samodzielnie robione laurki, wspólne śniadania do łóżka, wyjazdy-niespodzianki. Potrafiliśmy rozśmieszyć się nawzajem, zgadywać swoje potrzeby bez słów. A teraz? Czułam, że coraz częściej mijamy się, nawet nie dostrzegając, że coś się między nami zmienia.
Stałam przed lustrem i przyglądałam się sobie krytycznym wzrokiem. Może nie powinnam oczekiwać zbyt wiele, może to ja wyolbrzymiam? Przecież to tylko perfumy, zwykły gest. A jednak wewnątrz czułam, że dostałam nie prezent, lecz sygnał, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Próbowałam przypomnieć sobie, czy w ostatnich miesiącach opowiadałam mu o swoich upodobaniach. Czy on naprawdę nie wiedział, jakich zapachów nie znoszę, czy po prostu nie chciał wiedzieć? Kiedy wróciłam do kuchni, siedział już z telefonem, jakby cała scena była dla niego tylko obowiązkiem.
— Wszystko w porządku? — zapytał mimochodem.
Skinęłam głową i poczułam, że w gardle ściska mnie żal.
Nie potrafiłam się rozluźnić
Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a ja wciąż czułam na sobie ten słodki zapach. Z każdą chwilą narastała we mnie irytacja. Próbowałam sobie wmówić, że przesadzam, że przecież to tylko głupi prezent, jednak gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, że nie chodzi o same perfumy. To była kropla, która przelała czarę frustracji zbieranej przez ostatnie miesiące. Zawsze byłam tą, która dbała o szczegóły, o bliskość, o te małe rzeczy, które cementują związek.
Tego dnia starałam się ukryć rozgoryczenie, ale mąż wyczuł, że coś jest nie tak. Podczas kolacji, którą zamówiłam specjalnie z myślą o nim, próbował żartować, opowiadać o pracy, jednak ja nie potrafiłam się rozluźnić.
— Dlaczego jesteś taka cicha? — zapytał nagle, odkładając widelec.
— Nic mi nie jest — odpowiedziałam, odwracając wzrok.
— Chyba jednak coś się dzieje — naciskał.
— Po prostu... może następnym razem zapytaj mnie, zanim coś wybierzesz — wyrzuciłam z siebie w końcu, czując, jak oczy zachodzą mi łzami.
Na moment zapadła niezręczna cisza. Mąż westchnął i spuścił głowę, jakby pierwszy raz dostrzegł, że jego gest był dla mnie bardziej przykry niż radosny.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu
Wiedziałam, że nie mogę się już wycofać. Wieczór był jeszcze młody, a ja przygotowałam dla męża niespodziankę, której nie dało się zamówić przez internet. Postanowiłam, że nie pozwolę, by moje rozczarowanie zniszczyło to, na czym tak bardzo mi zależało. Otworzyłam szufladę i wyjęłam dwa bilety do miejsca, które od lat chciał odwiedzić — starego planetarium pod miastem, o którym wspominał jeszcze, zanim się pobraliśmy. Byłam dumna, że zapamiętałam ten szczegół, choć on sam chyba już dawno o tym zapomniał.
— Mam dla ciebie coś jeszcze — powiedziałam, próbując opanować drżenie głosu.
— Ty też mi coś kupiłaś? — Uśmiechnął się lekko, choć wciąż był nieco spięty.
Podałam mu kopertę. Gdy zobaczył bilety, na moment pojaśniały mu się oczy.
— Naprawdę o tym pamiętałaś? — zapytał zdumiony.
— Chciałam, żebyśmy spędzili razem czas... tak po prostu — odpowiedziałam cicho.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, jakbyśmy oboje bali się powiedzieć coś więcej. Widziałam, że to dla niego ważniejsze niż wszystkie drogie prezenty świata. Poczułam ukłucie nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone.
Nie chodzi o perfumy
Po kolacji w milczeniu posprzątaliśmy kuchnię. Mąż starał się być miły, wrzucał talerze do zmywarki, choć zwykle tego nie robił. Widziałam, że chce zatrzeć złe wrażenie, ale między nami ciągle wisiała ta niezręczność. Poszliśmy do salonu, usiedliśmy na kanapie, obok siebie, lecz z dziwną ostrożnością, jakby każde z nas bało się poruszyć temat tego feralnego prezentu.
— Przepraszam, nie wiedziałem, że tak bardzo nie lubisz takich perfum — powiedział w końcu. — Po prostu wydawało mi się, że będą ci pasować, widziałem reklamę w telewizji.
— Nie chodzi tylko o perfumy — odparłam po chwili wahania. — Po prostu... chciałabym, żebyś czasem naprawdę mnie usłyszał, zapytał, co czuję, czego chcę. Czasem mam wrażenie, że żyjemy obok siebie, a nie razem.
Mąż wpatrywał się przez chwilę w swoje dłonie.
— Masz rację. Za bardzo się ostatnio oddaliłem. Przepraszam — powiedział cicho.
Siedzieliśmy jeszcze długo w ciszy. Po raz pierwszy od dawna rozmawialiśmy o tym, co boli, bez pretensji i krzyku. W tamtym momencie zrozumiałam, że najważniejszą niespodzianką tego wieczoru stała się szczera rozmowa.
Byliśmy wobec siebie szczerzy
Ta walentynkowa noc miała smak rozczarowania, ale i ulgi. Dopiero gdy przestałam udawać, że wszystko jest w porządku, poczułam, jak bardzo tęskniłam za prawdziwą bliskością. Siedzieliśmy obok siebie jeszcze długo, rozmawiając o tym, co nas boli i czego nam brakuje. Mąż wyznał, że ostatnio czuł się niepotrzebny, jakby każda jego decyzja była błędna, a ja że brakuje mi zainteresowania z jego strony, nie tylko od święta. Z tej rozmowy nie narodziła się nagła zmiana, ale pierwszy raz od dawna poczuliśmy, że możemy jeszcze coś naprawić.
Następnego dnia odłożyłam perfumy na najwyższą półkę w łazience — nie musiałam się zmuszać, by ich używać, nie musiałam też ich wyrzucać. Stały się symbolem tego, co przez chwilę nas podzieliło, ale i zaczęło łączyć. Przestaliśmy bać się mówić o swoich emocjach, nawet jeśli to trudne. Czasem najważniejszy prezent to nie ten w ozdobnym pudełku, ale odwaga, by powiedzieć prawdę. Nasze walentynki nie były idealne, jednak to właśnie dzięki nim nauczyliśmy się słuchać siebie nawzajem. W mojej niespodziance nie chodziło o planetarium, lecz o to, że po raz pierwszy od dawna byliśmy wobec siebie szczerzy.
Elwira, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wydałem majątek na narty we Francji i instruktora dla syna. Zamiast puchnąć z dumy na stoku najadłem się tylko wstydu”
- „Teściowa zawsze była dla mnie jak królowa lodu. Odwilż między nami niespodziewanie, gdy teść nawywijał”
- „Poświęcę pierścionek po mamie, by kupić synowi wymarzone narty. W końcu czego się nie robi z miłości”

