„Mąż w tłusty czwartek kupił pączki w dyskoncie. Skąpiec woli faszerować nas chemią, niż wydać kilka groszy więcej”
„– Wiesz, co to jest? Tłuste kulki pełne chemii, które nie mają nic wspólnego z prawdziwym pączkiem – powiedziałam. Marek westchnął i usiadł, otwierając pudełko. – Oj tam, czepiasz się. Spróbuj, są świeże!”.

- Redakcja
Kiedyś myślałam, że największe małżeńskie kłótnie wybuchają o poważne sprawy: pieniądze, zdrady, wychowanie dzieci. Ale nie. Prawdziwa wojna może rozegrać się o coś tak prozaicznego jak… pączki.
Od pięciu lat jesteśmy z Markiem małżeństwem, a ja wciąż się łudzę, że nauczy się doceniać jakość. Dla niego wszystko „smakuje tak samo”. Chleb z rzemieślniczej piekarni i ten najtańszy z marketu? To samo. Kawa z palarni i rozpuszczalna za 10 zł? Żadnej różnicy. No i pączki. Co roku, w tłusty czwartek, kupuję je w małej cukierni, gdzie nadzienie nie jest z plastikowego wiadra, a ciasto pachnie prawdziwym masłem. Marek jednak uznał, że nie ma sensu wyrzucać kasy na głupoty i zrobił po swojemu. Wracając z pracy, kupił pączki w dyskoncie. Całą siatkę tłustych kul za grosze. Gdy zobaczyłam je na stole, wiedziałam, że to będzie długi wieczór. Bardzo długi.
Myślałam, że żartuje
– No i mamy pączki! – oznajmił Marek z dumą, stawiając siatkę na stole. – Dwanaście sztuk za 9,99. Promocja!
Właśnie zdejmowałam płaszcz, wróciwszy z pracy, i przez chwilę sądziłam, że się przesłyszałam. Spojrzałam na plastikowe pudełko, w którym tłoczyły się blade, podejrzanie błyszczące kulki.
– Marek, żartujesz? – zapytałam, choć już czułam, że wcale nie.
– A co? Chciałaś przepłacać za te z twojej cukierni? Kochanie, to są pączki, smakują tak samo, a przynajmniej nie zbankrutujemy!
Patrzyłam na niego w milczeniu, próbując przetrawić to, co właśnie usłyszałam.
– Nie zbankrutujemy?! – wybuchłam. – Wiesz, co to jest? Tłuste kulki pełne chemii, które nie mają nic wspólnego z prawdziwym pączkiem!
Marek westchnął i usiadł, otwierając pudełko.
– Oj tam, czepiasz się. Spróbuj, są świeże!
Wzięłam jednego i lekko ścisnęłam. Od razu poczułam, jak olej wycieka mi między palcami.
– To nawet nie leżało obok prawdziwego pączka! – rzuciłam, wrzucając go z powrotem do pudełka.
– Daj spokój, to tylko pączki… – Marek przewrócił oczami.
Ale dla mnie to nie były „tylko pączki”. To był symbol. Symbol tego, że moje zdanie się nie liczy. Że moja troska o jakość jedzenia jest ignorowana. I że Marek, po tylu latach, wciąż nie rozumie, dlaczego dla mnie to ważne.
Teściowa dolała oliwy do ognia
Nim zdążyłam jeszcze raz wytknąć Markowi jego rzekomą oszczędność, drzwi wejściowe się otworzyły. Do mieszkania weszła teściowa, cała w dobrym humorze, z siatką zakupów.
– No, jak tam moje dzieci? – zagadnęła wesoło, ale jej uśmiech zniknął, gdy zobaczyła moje skrzyżowane ręce i Marka zajadającego pączka. – Oho, co tu się dzieje?
Miałam ochotę zignorować jej pytanie, ale zanim się odezwałam, Marek zdążył się pochwalić:
– Kupiłem pączki w promocji, a Anka się wścieka.
Teściowa spojrzała na pudełko, a potem na mnie.
– I to powód do kłótni? Boże, kiedyś człowiek cieszył się, że w ogóle ma co jeść…
Poczułam, jak we mnie narasta frustracja.
– Mamo, to nie chodzi o to, że są tańsze. Chodzi o jakość! O tradycję! O to, żeby jeść coś, co smakuje tak, jak powinno! – próbowałam wyjaśnić, ale już wiedziałam, że mówię do ściany.
Teściowa wzruszyła ramionami i wzięła jednego pączka.
– No… powiedzmy, że są jadalne – mruknęła po pierwszym kęsie.
Spojrzałam na Marka, który triumfalnie uśmiechnął się spod wąsa.
– No widzisz? Mama mówi, że są w porządku. Może czas przestać wydziwiać?
Miałam ochotę krzyczeć. Nie tylko mnie nie rozumiał, ale jeszcze zyskał sojusznika. Wiedziałam, że tego wieczoru nie odpuszczę.
Pokłóciliśmy się
Wiedziałam, że to się tak skończy. Że jak tylko Marek postawi na swoim, to będzie się jeszcze chełpił swoją „mądrością”. Ale nie zamierzałam tego tak zostawić.
– Ty po prostu nie szanujesz tego, co robię dla nas! – wybuchłam, odrzucając wieczko plastikowego pudełka. – Ja dbam o to, co jemy, a ty wrzucasz na stół cokolwiek, byle tanie!
Marek westchnął, jakby właśnie musiał tłumaczyć coś pięcioletniemu dziecku.
– Bo ty robisz z tego dramat. Pączki to pączki. Jakby kosztowały trzy razy więcej, to nagle byłyby lepsze?
– Nie chodzi o cenę, tylko o jakość! O tradycję, o smak! Ale nie, ty wolisz być skąpy i kupować podróbki!
Teściowa wstała od stołu, jakby wyczuła, że to już moment, w którym lepiej się ewakuować.
– Dzieci, nie kłóćcie się o głupoty… – powiedziała, zbierając swoje rzeczy. – Kiedyś jadło się, co było, i nikt nie marudził.
– Kiedyś, mamo, to praliśmy w rzece i nie mieliśmy internetu! – rzuciłam, podnosząc głos. – Może wróćmy do tych czasów?!
Marek też się zagotował.
– To może w ogóle następnym razem kupisz sobie pączki sama, a ja będę jadł, co chcę?!
– Z przyjemnością! – krzyknęłam, łapiąc płaszcz.
Trzasnęłam drzwiami tak mocno, że aż zadzwoniły szyby. Wiedziałam, że nie chodziło o pączki. Chodziło o to, że wciąż nie jesteśmy po tej samej stronie.
Dało mi to do myślenia
Wieczorem siedziałam w kawiarni z kubkiem gorącej herbaty i jedynym słusznym pączkiem na talerzu. Był lekki, puszysty, nadziany prawdziwą różą, a nie sztuczną mazią. Wzięłam kęs i… zamiast satysfakcji poczułam pustkę.
Czy naprawdę chodziło tylko o pączki? Przecież Marek nie zrobił tego, żeby mnie skrzywdzić. Po prostu oszczędność była dla niego ważniejsza niż jakość. A ja? Może też byłam zbyt uparta? Może nie chodziło o to, że kupił tańsze pączki, tylko o to, że nie uszanował mojego wyboru?
Westchnęłam i spojrzałam na telefon. Cisza. Nie dzwonił, nie pisał. Może też potrzebował czasu, żeby to przemyśleć?
Mąż też coś zrozumiał
Wróciłam do domu. Marek siedział na kanapie, oglądając coś w telewizji, ale gdy tylko usłyszał klucz w zamku, wyłączył dźwięk i spojrzał na mnie.
– Wiem, że nie o pączki chodziło – powiedział, zanim zdążyłam się odezwać.
Usiadłam obok i westchnęłam.
– Może… spróbujemy znaleźć kompromis? – zapytałam.
Marek podrapał się po głowie.
– Pod warunkiem, że w przyszłym roku kupujemy pączki z cukierni.
Przewróciłam oczami, ale uśmiechnęłam się.
– No dobrze, może czasem masz rację. Ale tym razem ja wygrywam.
Znaleźliśmy kompromis
Następnego dnia, gdy przyszłam do kuchni, na stole leżało pudełko z mojej ukochanej cukierni. Obok niego – kartka.
„Dla mojej pączkowej snobki. Ale nadal uważam, że te z dyskontu nie są takie złe. – Marek”
Parsknęłam śmiechem. Otworzyłam pudełko, wyjęłam jednego pączka i ugryzłam. Tak, ten smak był wart każdej ceny. Marek wszedł do kuchni, przeciągnął się i spojrzał na mnie podejrzliwie.
– No i jak? Smakuje?
– Oczywiście – powiedziałam z pełnymi ustami.
– No to dobrze, bo ja i tak wolę te za 9,99.
Spojrzałam na niego spod uniesionej brwi.
– Czyli kupisz je znowu?
Uśmiechnął się i podszedł bliżej.
– Może… Ale obiecuję, że jeśli tak się stanie, to zjem je sam.
Westchnęłam, ale tym razem nie byłam już zła. W końcu małżeństwo to sztuka kompromisu. A może po prostu umiejętność wybierania bitew. Pocałowałam go szybko w policzek.
– Dobrze, ale w przyszłym roku zamawiam podwójną porcję tych porządnych.
Marek tylko się zaśmiał. Bo prawda była taka, że te pączki z cukierni i tak zawsze znikały jako pierwsze.
Anna, 32 lata
Czytaj także: „Na stażu ciągle biegałam do cukierni po pączki dla szefa. W końcu pokazałam mu, że stać mnie na więcej”
„W tłusty czwartek dostałam pączki od tajemniczego wielbiciela. Cieszyłam się, dopóki nie dowiedziałam się, kto nim jest”
„Teściowej nie smakowały moje pączki. Pluła nimi przy całej rodzinie i śmiała się, że jestem niedojdą w kuchni”