„Mąż uważał, że dramatyzuję, bo tylko zajmuję się dzieckiem. Kiedy został z nim sam, prędziutko zmienił zdanie”
„Nie spałam tamtej nocy prawie wcale. Mała budziła się co chwilę, marudziła, płakała bez wyraźnego powodu. Karmiłam ją, nosiłam, śpiewałam cicho, aż w końcu zasnęła o piątej rano. Gdy mąż wstał o siódmej, by iść do pracy, spojrzał na mnie z lekko rozdrażnionym wyrazem twarzy”.

Macierzyństwo zawsze wydawało mi się czymś pięknym, pełnym wzruszeń i nieprzespanych nocy okraszonych czułością. Nie spodziewałam się jednak, że fizyczne zmęczenie może tak boleśnie zderzyć się z brakiem zrozumienia. Kiedy nasza córeczka przyszła na świat, mój świat zawęził się do przewijaka, karmień, kołysanek i sterty prania. Mój mąż natomiast wracał z pracy i siadał przed telewizorem, przekonany, że skoro nie pracuję zawodowo, to „odpoczywam”. Każdego dnia czułam się coraz mniej zauważana, aż w końcu doszło do sytuacji, która wszystko zmieniła. I chociaż nie chciałam go „nauczyć” niczego siłą, to życie zrobiło to za mnie — brutalnie i boleśnie.
Wymazał cały mój wysiłek
Czasem budziłam się z bólem w plecach, zanim jeszcze zdążyłam zasnąć. Dziecko potrafiło płakać godzinami, a ja nosiłam ją na rękach, modląc się w myślach, żeby córeczka w końcu przysnęła, choćby na kwadrans. Ostatni raz zjadłam coś ciepłego bez przerwy, zanim urodziłam. Prysznic brałam z zegarkiem w dłoni, a i tak zdarzało się, że wyskakiwałam z pianą na włosach, bo dziecko się obudziło. Mój mąż tego nie widział. Wracał do domu, rzucał torbę w przedpokoju i z westchnieniem padał na kanapę.
— No i znowu cały dzień zmarnowany — powiedział któregoś wieczora, zerkając na stertę prania.
— Cały dzień trzymałam małą na rękach. Nie spała nawet godziny — odpowiedziałam zmęczonym głosem.
— No przecież nic innego nie robisz. Przewijasz, karmisz, usypiasz. Każda kobieta to robiła — mruknął i zniknął w łazience.
Zaniemówiłam. W jednej chwili poczułam, jak ściska mnie w gardle. Jakby ktoś wymazał cały mój wysiłek, całe poświęcenie i nieprzespane noce. Położyłam się obok córeczki i wpatrując się w sufit, pomyślałam tylko jedno: jeśli on naprawdę myśli, że to nic trudnego, może warto, żeby się przekonał.
Moje zmęczenie jest mniej ważne
Nie spałam tamtej nocy prawie wcale. Mała budziła się co chwilę, marudziła, płakała bez wyraźnego powodu. Karmiłam ją, nosiłam, śpiewałam cicho, aż w końcu zasnęła o piątej rano. Gdy mąż wstał o siódmej, by iść do pracy, spojrzał na mnie z lekko rozdrażnionym wyrazem twarzy.
— Wyglądasz jakbyś się przeziębiła — rzucił, zakładając koszulę.
— Nie spałam. Mała płakała całą noc — powiedziałam szeptem.
— Serio, ja też mam swoje sprawy. W pracy nikt mnie nie pyta, czy się wyspałem. Muszę robić swoje. — Wzruszył ramionami i zniknął za drzwiami.
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jeśli otworzę usta, powiem coś, czego później będę żałować. Zostałam sama z dzieckiem na rękach i cichym wrażeniem, że moje zmęczenie jest mniej ważne, bo nie przynosi pieniędzy. Tego dnia zadzwoniłam do mojej siostry. Zaproponowała, że weźmie małą na kilka godzin w weekend. Wtedy właśnie wpadłam na pomysł. Jeden dzień. Tylko tyle. Jeden dzień, w którym mój mąż będzie sam w domu z naszą córką. Bez planu awaryjnego. Bez pomocy. Tak jak ja każdego dnia. Zamierzałam tylko zrobić zakupy, napić się kawy i po prostu… odetchnąć.
Poczułam się jak dawniej
W piątek wieczorem oznajmiłam mu, że w sobotę rano wychodzę.
— Jak to wychodzisz? — zapytał, marszcząc czoło.
– Muszę pozałatwiać kilka spraw. Będziesz z małą — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku aż mnie skręcało.
— Ale co ja mam z nią robić przez kilka godzin?
— To samo, co ja robię codziennie.
Zawahał się. Widziałam w jego oczach lekki niepokój, ale wzruszył ramionami.
— Dobra, przecież to tylko dziecko. Dam radę — rzucił z pewnością siebie, której nie rozumiałam.
W sobotę rano przekazałam mu instrukcję: gdzie są pieluchy, mleko, ubranka na zmianę. Pocałowałam córeczkę i wyszłam, zanim zdążył zapytać o cokolwiek więcej. Na zewnątrz było cicho, zimno i spokojnie. Siedząc w kawiarni z parującym kubkiem cappuccino, czułam się dziwnie — jakbym robiła coś nielegalnego. Patrzyłam na ludzi mijających mnie na ulicy, śmiejące się pary, dokazujące dzieci. Przez chwilę poczułam się jak dawniej, zanim wszystko stało się ciągłym wyścigiem z czasem.
Zadzwonił telefon. Zignorowałam go. Po pięciu minutach znowu. Spojrzałam na ekran. Mąż. Uśmiechnęłam się pod nosem, wzięłam łyk kawy i oparłam się wygodnie na krześle. Jeszcze nie
Patrzył na mnie w ciszy
Wróciłam po pięciu godzinach. Już od progu usłyszałam płacz. Mąż wyglądał, jakby przebiegł maraton — rozczochrany, spocony, z nową plamą na koszulce. Na widok mnie w drzwiach odetchnął z ulgą, jakby właśnie złapał tlen po długim nurkowaniu.
— Gdzie ty byłaś? — spytał natychmiast, podając mi córkę, która natychmiast się uspokoiła.
— W mieście. Kawa, spacer, trochę ciszy — odpowiedziałam, nie kryjąc lekkiego uśmiechu.
— Ona nie spała prawie wcale. Przewinąłem ją chyba z pięć razy. Kiedy już zasnęła, obudziła się, bo sąsiad wiercił. Nie chciała mleka, potem się rozlało. Płakała. Ja... ja nie wiedziałem, co robić — mówił szybko, jakby tłumaczył się z katastrofy.
Usiadłam na kanapie, trzymając małą w ramionach, a on stał bezradnie przede mną.
— To codzienność — powiedziałam spokojnie. — I wiesz co? Ja tak mam każdego dnia. Bez przerwy.
Przez chwilę patrzył na mnie w ciszy. Potem usiadł obok, opuścił głowę i westchnął.
— Przepraszam. Myślałem, że przesadzasz. Teraz... już wiem.
Nie odpowiedziałam. Siedzieliśmy tak obok siebie, milcząc. Byłam zmęczona, ale tym razem nie sama.
Tego dnia zrobił zakupy
Następnego dnia obudziłam się chwilę po siódmej. Coś było inaczej. W mieszkaniu panowała cisza — nie słyszałam płaczu ani szurania kapci po korytarzu. Zerwałam się z łóżka lekko zdezorientowana. Weszłam do salonu i zobaczyłam ich razem: mała spała wtulona w pierś męża, a on siedział z nią na fotelu, z nieprzytomnym, ale spokojnym wyrazem twarzy.
— Obudziła się o piątej. Pomyślałem, że dam ci pospać — szepnął, nie patrząc w moją stronę.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. W tej jednej chwili poczułam coś, co zatarło zmęczenie, złość i frustrację. Jakiś cień ulgi, może zrozumienia. Przysiadłam obok i położyłam dłoń na jego kolanie. Nie trzeba było więcej słów.
Tego dnia zrobił zakupy, ugotował obiad, nawet zmył naczynia. Nie prosiłam, zrobił to sam z siebie. Przez cały dzień miałam wrażenie, że coś się w nim zmieniło. Jakby nagle zobaczył, że mój dzień to nie leniwe przewijanie pieluch, tylko nieustanna gotowość, by być wszystkim — kucharką, pielęgniarką, przytulanką, pocieszycielką. Wieczorem, kiedy kładliśmy się spać, powiedział tylko jedno:
— Zasługujesz na pomoc. I na odpoczynek.
Nie odpowiedziałam. Przysunęłam się bliżej i zamknęłam oczy. Może nie zmieni się od razu wszystko, ale ten dzień coś zaczął.
Miałam ochotę wyciągnąć dłoń
Przez kolejne tygodnie było lepiej. Pomagał więcej, mniej komentował. Nauczył się grzać mleko w odpowiedniej temperaturze, odróżniał śpiochy od pajacyków. Nawet nosił ją na rękach, kiedy płakała, bez marudzenia. Czasami patrzyłam na niego z wdzięcznością, ale ta wcześniejsza rana we mnie nie zniknęła. Coś się we mnie wycofało. Jakbym już nie ufała, że mogę się na nim oprzeć, że moje zmęczenie będzie zauważone, zanim osiągnie punkt graniczny.
Miałam w sobie żal, że dopiero osobisty kryzys nauczył go empatii. Że musiał doświadczyć tego, co ja przeżywałam miesiącami, by zrozumieć. Nie mogłam już patrzeć na nasze małżeństwo tak samo. Kochałam go, to nie zniknęło, ale coś we mnie przygasło. Byłam ostrożniejsza, chłodniejsza. Wiedziałam, że jeśli znów zostanę z tym wszystkim sama, poradzę sobie. Nie dlatego, że chcę, tylko dlatego, że muszę.
On próbował. Widząc to, miałam ochotę wyciągnąć dłoń. Tylko nie byłam pewna, czy on też zrobi to samo, gdy przyjdzie kolejny kryzys. W macierzyństwie nie ma przerw, a ja nauczyłam się nie liczyć na zrozumienie. Wystarczył jeden dzień, by otworzył oczy. Niestety, potrzebowałam znacznie więcej, by znów otworzyć serce.
Zofia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wystarczyła rozmowa z sąsiadem, żeby mąż uznał, że go zdradzam. A ja przecież nie robiłam nic złego”
- „Żałowałam męża, bo po pracy był potwornie zmęczony. Okazało się, że wyczerpują go tak spotkania z moją przyjaciółką”
- „Mąż prowadzi firmę i nie dzieli się pieniędzmi. Ja płacę rachunki, a on inwestuje w przyszłość”

