Reklama

— Nie wiem, czy są kobiety, które przestają myśleć o dziecku. Może są. Może naprawdę da się zrezygnować z marzeń i uwierzyć, że „to nie czas”. Ale ja akurat tylko udawałam, że mi to nie przeszkadza. Michał mówił, że jesteśmy na dorobku. Że kredyt, że firma, że niepewność. Że najpierw trzeba mieć „bazę”. A ja kiwałam głową, gotowa jeszcze poczekać. Rok. Dwa. Potem kolejny. Ale czasem wieczorem leżałam sama w łóżku i patrzyłam w sufit, myśląc, że to już powinno być „to”. Że coś jest nie tak.

— Wiesz, Iza urodziła wczoraj — powiedziałam pewnego wieczoru, stawiając kolację na stole. — Dziewczynkę. Majkę. Śliczna, z czarnymi włoskami. Wysłała zdjęcia.

No to fajnie — odparł Michał beznamiętnie, nie odrywając wzroku od telefonu. — Ale to nie zmienia faktu, że my nie mamy warunków.

Zawiesiłam rękę z nożem nad masłem. Spojrzałam na niego jak na obcego człowieka.

— Myślisz, że Iza miała „warunki”? Wynajmują dwupokojowe mieszkanie, on po rozwodzie, ona ledwo po stażu...

— Aneta, przestań — westchnął. — Nie porównuj. To, że ktoś inny robi głupoty, nie znaczy, że my też musimy.

Zamilkłam. Poczułam, jak coś we mnie zgasło, ale już się nie odezwałam. Wiedział, jak zbić mnie z tropu. Zawsze był dobry w racjonalizowaniu wszystkiego. Liczby, plan, ryzyko. Emocje? One nie istniały w jego świecie. A ja… ja próbowałam się w tym świecie zmieścić. Coraz bardziej w siebie wątpiąc. Ale tego dnia coś we mnie pękło.

Na moment zbladł

— Może po prostu ty nie chcesz mieć ze mną dziecka?! — wybuchłam, zaskakując samą siebie tonem głosu.

Michał podniósł wzrok znad laptopa. Siedział jak zawsze na końcu kanapy, w tej samej pozycji, w której przesiadywał wieczorami od lat — z nogą założoną na nogę, w szarej bluzie, jakby był częścią mebla.

— Co ty gadasz? — mruknął, jakby próbował się wybronić z zarzutu o spóźnienie na spotkanie, nie z mojego bólu.

— Od pięciu lat jesteśmy razem. Od trzech po ślubie. Ciągle tylko słyszę: nie teraz, jeszcze nie czas. A może to po prostu ja nie jestem wystarczająco dobra?

— Przestań — westchnął, spuszczając wzrok. — Wiesz, że to nie o to chodzi.

— Nie, nie wiem! — Podniosłam głos. — Michał, mam trzydzieści dwa lata. Myślisz, że moje ciało będzie czekać w nieskończoność? Ty ciągle coś planujesz, kalkulujesz, a ja... ja czuję się jak idiotka. Jakbym całe życie miała stać obok i słuchać, że jeszcze nie czas!

Zmarszczył brwi, ale nie spojrzał mi w oczy.

— To naprawdę nie czas — powtórzył cicho, jakby sam nie wierzył w to, co mówi.

— A może nie o czas tu chodzi — syknęłam. — Może ty masz już dziecko. Tylko nie ze mną.

Podniósł na mnie wzrok. Na moment zbladł. I właśnie wtedy coś się we mnie poruszyło. Nie przez jego słowa, bo ich nie było, tylko przez to jedno spojrzenie. Ułamek sekundy, ale wystarczył.

— Co? — zapytałam cicho, nie poznając własnego głosu.

Nie odpowiedział. Wrócił do laptopa, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nie zobaczył mnie właśnie rozpadającej się na kawałki.

Coś tam było

— I co on na to powiedział? — Karolina popijała wino i wpatrywała się we mnie znad kubka z pandą. Siedziałyśmy na jej balkonie, owinięte kocami, jakby styczeń był tylko pretekstem do przytulania się do czegokolwiek ciepłego.

— Nic — odpowiedziałam sucho. — Dosłownie nic. Patrzył na mnie jak na stukniętą, potem udawał, że sprawdza coś w Excelu.

— Michał zawsze był trochę… oszczędny w słowach. — Karolina się skrzywiła.

— Karola, nie chodzi o to. Jego twarz... Widziałam coś. Jakby na moment coś pękło. Nie panikę. Raczej wstyd? Albo poczucie winy. Nie wiem. Ale coś tam było.

— Myślisz, że naprawdę coś ukrywa?

— Coraz częściej tak myślę — przyznałam. — Zaczęłam się cofać w czasie. Przypominać sobie te jego wieczorne „zostaję w pracy”, wyjazdy na „szkolenia”. Zawsze był powód, zawsze logiczne wytłumaczenie. Ale wtedy też się tłumaczył, zanim jeszcze o cokolwiek zapytałam. Jakby przewidywał, co powiem. I jak się obronić.

Wino Karoliny zaczynało się kończyć, a ja wiedziałam, że razem z tym końcem przychodzi najtrzeźwiejsze spojrzenie.

— Chcesz, żebym była szczera?

— Zawsze.

— Michał może nie mieć romansu. Ale na sto procent coś przed tobą ukrywa. A to oznacza jedno: musisz zacząć grzebać.

— W sensie…?

— Telefony, maile, konta. Cokolwiek. Chcesz wiedzieć prawdę? Musisz przestać być grzeczną żoną.

— Przecież nie jestem szpiegiem…

— Nie jesteś. Ale może powinnaś nim teraz być. Bo on coś kręci. A ty przez te wszystkie lata za bardzo w niego wierzyłaś.

Ręce zaczęły mi się trząść

Nie podobało mi się to: przetrząsanie rzeczy kogoś, kogo kochałam. Ale jeszcze bardziej nie znosiłam, kiedy coś mnie dręczyło i nie dawało spać. Michał zasnął przed telewizorem. Cichy serial migał na ekranie, a oddech mojego męża był równy. Nie pierwszy raz usypiał przy Netflixie, jakby unikał rozmowy. Jakby zasypiał wcześniej, zanim ja zdążę cokolwiek zapytać.

Wzięłam jego telefon. Kod znałam — nasze daty urodzenia. Nie zmieniał go od lat. Weszłam w komunikator. Nie spodziewałam się wiele. Może głupich wiadomości z pracy, może kolegi, który podsyła memy. Ale trzecia pozycja w czacie była zaskakująca. Imię: Klaudia. Bez nazwiska, bez zdjęcia. Zamiast tego: dziecięce rączki ułożone w serduszko. Emotikona. Słodkie. Obrzydliwe.
Wiadomość sprzed tygodnia: „Nie zapomnij o sobocie. Filip na ciebie czeka. I nie zapomnij o nowych rękawiczkach, tamte już są za małe”.

Ręce zaczęły mi się trząść. Przesunęłam czat wyżej.

„Zrobiłam przelew za przedszkole. Potem pogadamy o alimentach”, „Filip pytał, kiedy będzie mógł z tobą jechać na rower”, „Kiedy mu w końcu powiesz, że masz żonę?”.

Telefon wypadł mi z dłoni. Usłyszałam stłumiony dźwięk uderzenia o dywan. Michał poruszył się na kanapie. Szybko podniosłam aparat i przycisnęłam go do piersi. Serce waliło mi jak młot.
Nie spał.

— Co robisz? — zapytał cicho, bez podnoszenia głowy.

Nie odpowiedziałam. Nie mogłam.

Wstał. Podszedł powoli. Wziął telefon z moich rąk bez oporu. Spojrzał na ekran. Widziałam, że wie. Że już nie musi nic udawać.

— Masz dziecko? — szepnęłam. — Michał... masz dziecko z inną kobietą?

Zamilkł. A potem powiedział najgorsze słowo, jakie można usłyszeć.

— Tak.

Nie próbował mnie zatrzymać

Stałam na korytarzu. Z płaszczem narzuconym na piżamę, z kluczami w ręce. Potrzebowałam wyjść. Pooddychać. Nie zadusić się w tym domu, który przez lata był moim bezpiecznym miejscem, a teraz okazał się scenerią największego kłamstwa mojego życia.

— Gdzie idziesz? — zapytał Michał z kuchni.

— Do niej.

— Aneta…

— Do Klaudii. Chcę usłyszeć, ile jeszcze rzeczy o tobie nie wiem.

Nie próbował mnie zatrzymać. Miał jej adres w telefonie, więc wiedziałam, gdzie jechać. Klaudia otworzyła drzwi z zaskoczeniem na twarzy. Widać było, że mnie poznała. Może widziała mnie kiedyś w jakimś odbiciu lusterka, może na zdjęciach z sieci. Nie miała jednak w oczach agresji, tylko niepokój.

— Aneta?

— Tak.

— Domyślałam się, że kiedyś się zjawisz.

— Naprawdę? Bo ja nie miałam pojęcia, że ty istniejesz.

Wpuściła mnie do środka bez słowa. Mieszkanie było ciepłe, pachniało czymś waniliowym i słodkim, jakby życie tutaj toczyło się spokojnie i zwyczajnie.

— Filip jest u mamy — powiedziała cicho. — Usiądź.

Nie usiadłam.

— Od kiedy? — zapytałam. — Od kiedy Michał prowadzi to drugie życie?

— Zanim zaczęliście być razem — odpowiedziała. — Ja zaszłam w ciążę, kiedy się rozstaliśmy. On nawet nie wiedział od razu. A potem… wrócił do mnie na chwilę. Ale już był z tobą. Nie powiedział ci?

Pokręciłam głową. Czułam się jak bohaterka złej telenoweli, tylko że ból był prawdziwy, a nie wymyślony.

— I tak po prostu go zostawiłaś? — zapytałam. — Wiedząc, że jesteśmy razem?

— Ja nic nie zostawiłam. To on wybrał ciebie. Ale dziecko… dziecko już było. Nie ukrywałam tego. Michał sam zdecydował, że nie powie.

— Dlaczego?

— Bo się bał. Bo kłamstwo było łatwiejsze. A ty wyglądałaś na kobietę, która czegoś takiego nie wybaczy.

Zatkało mnie. A potem po raz pierwszy w życiu naprawdę się wściekłam.

Odwróciłam się

Wróciłam do domu wieczorem. Zziębnięta, zmarznięta, ale nie dlatego, że był środek zimy, tylko dlatego, że wewnątrz mnie wszystko było już puste. Płaszcz zdjęłam mechanicznie. Torebkę rzuciłam w kąt. Michał siedział przy stole, z kubkiem herbaty, jakby nic się nie stało. Tylko ręce mu drżały.

— Rozmawiałam z Klaudią — powiedziałam chłodno. — Opowiedziała mi wszystko.

Podniósł na mnie wzrok. Spokojny. To była rezygnacja czy może ulga?

— Nie wiem, czy wszystko — odpowiedział cicho.

— Michał… Jak mogłeś?

— Nie planowałem tego, Aneta. To wszystko się wymknęło spod kontroli. Najpierw myślałem, że to przeszłość. Że to nie będzie miało wpływu. A potem Filip się urodził, a ja… nie miałem odwagi ci powiedzieć.

— Ale miałeś odwagę się nim opiekować za moimi plecami? Wysyłać alimenty, odwiedzać go? I jeszcze wmawiać mi, że nas nie stać na dziecko?

Zamilkł. Widziałam, jak jego szczęka się napina, jak drapie się w kark — zawsze to robił, kiedy nie wiedział, co powiedzieć.

— Wiesz, że marzyłam o dziecku — syknęłam. — A ty miałeś je z inną i nawet nie znalazłeś w sobie dość przyzwoitości, żeby mi powiedzieć. Zabierałeś to dziecko na rower, na lody. Prasowałam ci koszulę, kiedy szedłeś do niego, prawda?

Nie chciałem cię zranić. Bałem się, że jak się dowiesz…

— To co? Odejdę? Bo nie miałeś do mnie zaufania? Bo łatwiej było mnie okłamywać niż spojrzeć mi w oczy?

Milczał.

— Michał — powiedziałam cicho, powoli. — Spakuj się. Śpisz na kanapie. A jutro, po pracy… masz się wyprowadzić.

— Aneta…

— Nie mów już nic. Jedno dziecko ci wystarczy. I jedna kobieta, którą mogłeś tak bezczelnie oszukiwać.

Odwróciłam się. I tym razem to ja wyszłam pierwsza.

Aneta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama