„Mąż twierdzi, że nie musi oszczędzać, bo ja zawsze wyciągnę nas z bagna. Nie wiem, ile jeszcze tak pociągnę”
„– Czy ty w ogóle wiesz, ile kosztuje nasze życie? – rzuciłam z kuchni, z głosem drżącym od zmęczenia. Trzymałam w dłoni fakturę za prąd, kolejną, którą trzeba było pilnie zapłacić. Tomek zerkł zza laptopa, siedząc w salonie z nogami na stole. – Wiem, ale przecież ty masz wszystko pod kontrolą. Jesteś w tym świetna”.

Czasem wydaje mi się, że nie jestem już kobietą. Tylko trybem. Mechanizmem. Organizatorką logistyki rodzinnej, księgową, kucharką, opiekunką, menedżerką kryzysową. W tym wszystkim gdzieś się zapodziała Karolina – ja, ta prawdziwa.
Wszystko na mojej głowie
Od rana do wieczora mam grafik jak dyrektor operacyjny w międzynarodowej korporacji. Tyle że tu nie ma premii, urlopów zdrowotnych ani wdzięczności. Wstaję pierwsza – budzę dzieci, ogarniam śniadanie, robię kanapki, zerkam w aplikację bankową, czy opłaty już zeszły. Michał zgubił zeszyt, Zuzia nie może znaleźć bluzy. Wszystko na mojej głowie. Potem praca – pełen etat w księgowości, terminy, klienci, tabelki. Wracam – obiad, lekcje, zakupy, pranie. Wieczorami siedzę nad rachunkami, próbując łatać dziury w budżecie.
I wtedy słyszę, jak Tomek – mój mąż – woła z salonu:
– Karolcia, zamówiłem ten nowy ekspres do kawy, co pokazywali w reklamie. Będzie jutro. Na raty, spoko!
Podnoszę wzrok znad faktur.
– Nowy ekspres?
– No ten z wyświetlaczem. Stary był już nudny, nie?
– Tomek, czy ty wiesz, że w tym miesiącu mamy wyższy czynsz?
– Ale przecież ty wszystko ogarniasz – rzuca i idzie na siłownię, jakby nic się nie stało.
No właśnie. Ja wszystko ogarniam. Ale ile jeszcze pociągnę?
Pokłóciłam się z mężem
– Czy ty w ogóle wiesz, ile kosztuje nasze życie? – rzuciłam z kuchni, z głosem drżącym od zmęczenia. Trzymałam w dłoni fakturę za prąd, kolejną, którą trzeba było pilnie zapłacić.
Tomek zerkł zza laptopa, siedząc w salonie z nogami na stole.
– Wiem, ale przecież ty masz wszystko pod kontrolą. Jesteś w tym świetna.
– A może nie chcę już być świetna. Może chcę, żeby ktoś wreszcie pomyślał o mnie.
– Oj, Karolcia... znowu zaczynasz?
Podniosłam się. Weszłam do salonu, ściskając w dłoni rachunek jak broń.
– Nie. Ja po prostu pierwszy raz od dawna mówię coś głośno. Tomek, ty się bawisz, wydajesz pieniądze, zamawiasz sobie sprzęty, jakbyśmy mieli studnię bez dna. A ja tu siedzę po nocach i kombinuję, co jeszcze przełożyć, żeby dzieci miały na wycieczkę.
– Ale przecież niczego wam nie brakuje.
– Bo ja pilnuję, żeby nie brakowało!
Spojrzał na mnie tak, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi. Jakbym była jakimś hałaśliwym dodatkiem do jego wygodnego życia.
– Nie przesadzasz trochę?
– Przesadzam?! – aż się roześmiałam, ale to był pusty, bezradny śmiech. – Wiesz co, Tomku? Ty mnie nie słyszysz. Od lat mnie nie słyszysz. Jesteś jak facet, który wraca do hotelu, nie do własnej rodziny.
– Przecież ci nie zabraniam pracować, masz swoje pieniądze…
Zamknęłam oczy. Już nie wiedziałam, czy chcę krzyczeć, czy płakać. W środku coś pękło. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że to może nie być tylko kryzys. Może ja go po prostu już nie kocham.
Wyżaliłam się przyjaciółce
Kinga nalała nam kawy do grubych, ceramicznych kubków, które zawsze trzymała na specjalne okazje. Dziś chyba uznała, że mój emocjonalny krach kwalifikuje się jako powód.
– No to mów. Wszystko. – usiadła naprzeciwko mnie, podwijając nogi na fotel.
Patrzyłam na jej spokój z lekką zazdrością. Jej mąż – choć też czasem irytujący – przynajmniej uczestniczył w życiu domowym. Dzielił obowiązki. Nie znikał za drzwiami z siłownią czy paczką chipsów.
– Czuję się jak księgowa w jego prywatnym klubie. Albo nie. Jak sekretarka. Organizuję, przypominam, odwołuję, przesuwam. On tylko korzysta – złapałam się za głowę. – A najgorsze? Nigdy nie zapytał mnie, jak ja się czuję.
Kinga uniosła brew.
– A ty mu kiedyś powiedziałaś?
Zamilkłam. Odpowiedź była przecież oczywista.
– Nie... – przyznałam po chwili. – Bo jak miałam mówić, skoro on wiecznie wszystko obraca w żart? Albo zbywa: „Oj, kobieto, nie przesadzaj”.
Kinga pokiwała głową, bardzo spokojnie, ale bez litości.
– To nie jest partnerstwo, Karolina. Ty go utrzymujesz emocjonalnie i finansowo, a on cię tylko bierze.
– Ale przecież kiedyś było dobrze… chyba – zawahałam się. – Albo po prostu tak bardzo chciałam, żeby było dobrze, że nie zauważyłam, kiedy przestało.
W oczach Kingi pojawił się cień współczucia.
– Ty przez lata robiłaś wszystko, żeby wasz dom był stabilny. Ale to jak obóz przetrwania.
Poczułam, jak wewnątrz mnie rośnie gniew. Nie tylko na Tomka. Na siebie też. Bo przez tyle lat pozwalałam, żeby wszystko zależało tylko ode mnie.
Wtedy pierwszy raz powiedziałam na głos:
– Ja już nie chcę tak żyć.
Mąż był wygodnicki
Zrobiłam pranie i rozwiesiłam ubrania, potem posprzątałam kuchnię, włączyłam zmywarkę i usiadłam przy stole z kubkiem herbaty. Tomek rozmawiał przez telefon w salonie. Nie zauważył mnie.
– No i stary, serio, ja nie wiem, jak ona to ogarnia – śmiał się. – Wiesz, ja bym zbankrutował w miesiąc. Ale póki ogarnia, to ja się nie mieszam. Po co?
Zamarłam.
– A te raty za ekspres? No coś ty, nawet nie zauważyła! Mówię ci, mam w domu swój dział księgowości. Żyć, nie umierać.
Nie słyszałam już reszty. Krew mi uderzyła do głowy, a w uszach zaczęło szumieć. Zanim się zorientowałam, siedziałam na zimnej podłodze w przedpokoju.
– Czyli to nie głupota. To wygoda...
Do tej pory łudziłam się, że on naprawdę nie widzi, że nie rozumie. Że jest beztroski, ale nie zły. A teraz? Zrozumiałam, że doskonale wie. Że wygodnie mu udawać nieświadomego. Że zbudował sobie świat, w którym ja – jego żona – jestem jego strefą bezpieczeństwa.
Poczułam chłód. Nie tylko fizyczny. Wstałam. Weszłam do salonu.
– Dobrze się bawisz? – spytałam cicho.
Tomek podniósł wzrok. Chciał coś powiedzieć, ale widząc moją twarz, zamilkł. Odwróciłam się i poszłam do sypialni. Trzasnęłam drzwiami – nie z wściekłości. Z rozpaczy. Po raz pierwszy nie miałam już siły nic wyjaśniać. Po prostu... wiedziałam.
Miałam dość
Wieczorem, gdy dzieci już spały, a w domu zapadła ta złudna cisza, która wcale nie przynosi spokoju, usiadłam naprzeciwko Tomka. Nie chowałam już emocji pod warstwą uśmiechów. Nie siliłam się na spokojny ton. Byłam zmęczona. Ale nie zmęczona dniem. Zmęczona nim.
– Musimy pogadać – zaczęłam cicho.
– Znowu? Karola, możemy to przesunąć? Miałem ciężki dzień…
– A ja miałam ciężkie życie, Tomek.
Zamilkł. Dobrze. Niech na chwilę będzie cicho.
– Wiesz, kiedy ostatni raz pomyślałam o sobie? O tym, co lubię, czego chcę? Nie pamiętam. Bo od lat jestem tylko twoją księgową, kucharką, matką twoich dzieci, panią od grafiku. A nie żoną. Nie partnerką.
– Ale ja przecież pracuję, zarabiam. To nie tak, że nic nie robię.
– A ja nie mówię, że nic nie robisz. Tylko że nie robisz tego dla nas. Robisz, co chcesz, kiedy chcesz. Kupujesz, co ci się podoba. Ja nawet nowego płaszcza nie mam, bo stary jeszcze jakoś się trzyma. Ale ekspres musiał być, bo stary był nudny, nie?
Zaczął się wiercić.
– Myślałem, że ci to pasuje. Że jak ogarniasz, to… że ci z tym dobrze.
– Nie jestem twoją matką, tylko żoną. I czasem czuję się jak służąca.
Zamilkł. Ale ja już nie potrzebowałam jego odpowiedzi. Nie teraz. Nie dziś. W tej chwili nie chciałam żadnych obietnic poprawy. Chciałam tylko, żeby wiedział. W środku poczułam coś dziwnego. Ulgę. Bo powiedziałam. W końcu. Ale i strach. Bo co dalej?
Nie będę czekać, aż mąż się zmieni
– Może nie jestem gotowa odejść. Ale już wiem, że tak dalej być nie może – powiedziałam do Kingi tydzień później. Siedziałyśmy w jej kuchni, a na stole parowała herbata, której nie miałam siły tknąć.
– Czasem samo uświadomienie sobie tego to największy krok – odparła spokojnie. – I może najważniejszy.
Od tamtej rozmowy z Tomkiem coś się zmieniło. Niby niewiele – dalej chodził do pracy, dalej znikał na siłownię, dalej wracał z zakupami, które nie były potrzebne. Ale zaczął się oglądać przez ramię. Zaczął pytać, czy „czegoś nie trzeba”. Ale to nie była troska. To był strach.
A ja? Zaczęłam robić coś, co wcześniej wydawało mi się zdradą. Zaczęłam oszczędzać dla siebie Przelewać na oddzielne konto małe kwoty. Planować – cicho, ostrożnie. Sprawdzać, czy dam radę sama. Myślałam o wszystkim: rozwodzie, separacji, terapii, mieszkaniu na wynajem.
Nie podjęłam decyzji. Jeszcze nie. Ale po raz pierwszy nie czekałam, aż on się zmieni. Nie liczyłam już, że zauważy. Że doceni. Bo ja się zmieniłam. Nie byłam już tą samą Karoliną, która potrafiła usprawiedliwiać go przez lata. Która dźwigała wszystko „bo ktoś musi”. Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi. Ale wiem jedno: nie chcę już być kobietą, której życie przepływa przez palce, bo wszyscy dookoła czegoś potrzebują, a ona nigdy nie może nic dla siebie.
Karolina, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wmawiałam sobie, że to tylko sąsiad. Jeden zimowy dzień zmienił między nami wszystko, ale czy na zawsze?”
- „Kiedy koleżanki mówiły o karierze, ja myślałam o domu i przyszłej rodzinie. Czułam, że mnie wyśmieją”
- „Na pogrzebie spotkałem byłą dziewczynę. Byłem w szoku, bo trzymała za rękę dziecko, które miało moje oczy”

