Reklama

Wszystko działo się powoli, jakby ktoś codziennie dolewał po jednej kropli do pełnego już kubka. Nie było żadnych dramatycznych zwrotów akcji, nie płonęły mosty ani nie trzaskały drzwi. To był raczej taki rodzaj cichego zaniku — jakby ktoś powoli ściszał radio. Kiedyś miałam plany, potem tylko listy zakupów. Kiedyś czułam emocje, potem już tylko niedosyt i zmęczenie. Codzienność kleiła się jak rozlane mleko na blacie — niby można je zostawić, ale w końcu i tak zacznie śmierdzieć.

Mąż był. Owszem. Przewracał kartki gazety, ustawiał talerz pod mikrofalą, skakał pilotem po kanałach. I był zdziwiony, że jestem zmęczona. Że zrezygnowałam z fryzjera. Że nie chce mi się mówić. Że nie pytam. A może to on pierwszy przestał pytać. Trudno powiedzieć. Wszystko się działo, a ja w tym po prostu byłam. Tylko że bycie to trochę za mało. Nie szukałam nikogo i nie planowałam żadnych zmian. Nie planowałam niczego. I to właśnie wtedy pojawił się on.

Zaskoczył mnie

To był wtorek, czyli dzień, w którym nie działo się absolutnie nic. Zakupy, te same co zawsze: chleb, mleko, warzywa, które i tak zwiędną za szybko, i ser, który mój mąż zjadał wieczorami, nie dzieląc się nawet okruchem. Stałam przy lodówkach, patrząc tępo na półkę z przecenami. Gouda, edamski, kozi — wybór jak z programu kulinarnego klasy B.

— Trudny wybór, co?

Odwróciłam głowę. Obok stał mężczyzna, nieco starszy ode mnie, z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów dla realistów. Nie przystojny w klasyczny sposób, ale coś w sobie miał. Może to, że patrzył na mnie, a nie przez.

Czasem czuję się zagubiona — mruknęłam.

— Też nie mogę się zdecydować. Każdy wygląda tak samo, a potem człowiek i tak żałuje.

— Opowiada pan o serach czy o czymś więcej?

— A pani?

Zaskoczył mnie. Nie wycofał się. Nie speszył — po prostu zapytał.

— Ja… chyba jedno i drugie — powiedziałam, siląc się na obojętność.

— Może warto spróbować czegoś nowego? — zapytał, sięgając po kozi ser i podając mi go jak artefakt.

— Może. Chociaż nie pamiętam, kiedy ostatni raz próbowałam czegoś pierwszy raz.

— To może dziś?

Nie odpowiedziałam. Wzięłam ten ser — nie z grzeczności, ale dlatego, że byłam naprawdę ciekawa. A on nazywał się Adam, choć o tym dowiedziałam się dopiero później.

Powinnam odmówić

Spotkaliśmy się ponownie tydzień później, zupełnie przypadkiem... A może nie? Może to ja zaczęłam robić zakupy wolniej, bardziej kręcić się między alejkami, jakbym nagle zgubiła dział z makaronami. On był przy pieczywie, trzymał w ręce bułkę, jakby oceniał jej charakter. Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył. A ja, o zgrozo, też się uśmiechnęłam.

— Dziś bez sera? — zapytał.

— Dziś ćwiczę wolną wolę.

— I jak idzie?

— Zaskakująco źle. Ale przynajmniej nie jestem sama w porażce.

W takim razie kawa? Bez sera, ale z rozmową?

Zawahałam się. Powinnam odmówić. Przecież mam dom, męża, obowiązki. Ale prawda była taka, że od dawna nikt mnie nie zaprosił nigdzie z tak prostą intencją: żeby porozmawiać.

— Dobrze. Jedna kawa. Bez zobowiązań i bez filozofii.

Usiedliśmy w niewielkiej kawiarni obok sklepu. Byliśmy jak starzy znajomi, a przecież nie znałam nawet jego nazwiska.

— Więc… czym się pani zajmuje, kiedy nie wybiera pani sera?

— Nudzę się. I gotuję. Czasem jednocześnie.

— Brzmi uczciwie.

— A pan?

— Ja słucham ludzi, którzy się nudzą i gotują.

Zaśmiałam się. Pierwszy raz od dawna śmiałam się tak naprawdę, z serca.

— To zawód?

Raczej hobby. Choć zdarza się, że ktoś potem zaczyna inaczej patrzeć na swoje życie.

Zrobiło się niezręcznie cicho. Przez moment poczułam się, jakbym została złapana na gorącym uczynku. Tyle że nie wiedziałam jeszcze jakim.

Usiedliśmy znów w kawiarni

Nie planowałam kolejnych spotkań. Przynajmniej tak sobie powtarzałam. A jednak tydzień później znów wylądowałam przy tych samych lodówkach. Tym razem już bez udawania, że przyszłam po pasztet.

Pani chyba lubi ten sklep — odezwał się zza moich pleców.

— A pan? Pracuje tu czy śledzi mnie z przyzwyczajenia?

— Jedno nie wyklucza drugiego. Może powinienem się zatrudnić na dziale z nabiałem?

— To by pasowało do pana osobowości. Trochę miękki, ale z charakterem.

Uśmiechnął się, jakby ta złośliwość go bawiła.

— Co dziś? Ser, kawa, a może rozmowa o życiu?

— Niech zgadnę, znowu chce pan posłuchać, jak narzekam na męża?

— Tylko jeśli ma pani coś nowego. Ale bardziej ciekawi mnie pani niż on.

Wzięło mnie z zaskoczenia. Nie dlatego, że powiedział coś śmiałego, tylko że powiedział to tak zwyczajnie. Jakby bycie zainteresowanym kobietą po pięćdziesiątce było czymś oczywistym, a nie aktem litości. Usiedliśmy znów w kawiarni. Tym razem mówiłam więcej. O dzieciach, które dzwonią tylko, gdy czegoś chcą, o mężu, który ostatnio zauważył, że zmieniłam zasłony... pół roku po fakcie.

— I co pani wtedy czuła?

— Że chyba jestem już tylko meblem. Niby stoję w kącie, ale nie za bardzo komuś przeszkadzam.

— A czego pani brakuje? — To pytanie zadał cicho, bez nacisku.

Przypomniało mi, że przecież od lat nikt mnie o to nie zapytał.

— Żeby ktoś widział, że jestem — wyszeptałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zaśmiałam się

Po tamtym spotkaniu coś jakby drgnęło. Niby nic wielkiego — nadal robiłam zakupy, gotowałam, prałam. Mąż też się nie zmienił. Nadal mnie ignorował, choć już się tym nie martwiłam. Adam odezwał się w środę. Zdziwiło mnie, że zapamiętał, że wtedy mam wolne popołudnia.

— Mam dwa bilety na wystawę. Sztuka współczesna, czyli coś między geniuszem a bałaganem. Idziemy?

— A jeśli nie zrozumiem przekazu?

— To wymyślimy własny. Albo będziemy udawać, że jesteśmy krytykami z Paryża.

— Z Paryża? A pan chociaż wie, jak się zamawia croissanta z godnością?

– Nie, ale mam beret w szafie. Pani wystarczy spojrzenie, które mówi: „nudzi mnie wszystko, oprócz ciebie”.

Zaśmiałam się. Znów ten śmiech, co wychodzi sam, nieplanowany. Poszłam. Bez makijażu, za to w sukience, którą ostatni raz nosiłam na czyjejś komunii. Wystawa była dokładnie taka, jak zapowiadał — mieszanina szaleństwa z pychą. Staliśmy przed obrazem przedstawiającym niebieski trójkąt na czarnym tle.

— Co pan widzi?

— Samotność. A pani?

— Że ktoś bardzo chciał, żeby mu zapłacili za to, że nie miał pomysłu.

— Może. A może po prostu był zmęczony byciem niewidzialnym.

Spojrzałam na niego. Tym razem dłużej. Nie udawał, że mówi o obrazie. I ja przestałam udawać, że chodzi tylko o wystawę.

Szliśmy chwilę w milczeniu

Wróciłam do domu później niż zwykle. Mąż siedział jak zawsze w swoim fotelu, z gazetą, której nie czytał, tylko trzymał dla pozoru. Spojrzał na mnie przelotnie.

Byłaś gdzieś?

— Tak. Na wystawie.

— Z kim?

— Z człowiekiem, który pyta, jak się czuję, zanim oceni, jak wyglądam.

Nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wrócił do przewracania stron. Gdyby miał w ręku kamień, zrobiłby to z tą samą gracją. Następnego dnia znów spotkałam się z Adamem. Tym razem spacerowaliśmy po parku. Powietrze pachniało mokrą trawą i czymś, czego nie umiałam nazwać — może wolnością.

Pani się zmienia — powiedział, patrząc na mnie z ukosa.

— Tak? Myślałam, że tylko krem do twarzy zdziałał cuda.

— Krem może wygładzić zmarszczki, ale nie przywraca błysku w oczach.

Zatrzymałam się na chwilę.

Wiem, jak to wygląda. Mam męża. Mam dom. Mam… zobowiązania.

— Nie proponuję ucieczki. Nie chcę niczego zabierać. Pytam tylko, czy pani coś chce dla siebie.

— Nie wiem, czy mi wolno.

— A kto ustala te zasady?

— Nikt. Może właśnie to jest najgorsze: że nikt nie ustala i nikt się nie interesuje.

Szliśmy chwilę w milczeniu. W końcu to ja się odezwałam:

— Chcę, żeby ktoś mnie widział. Naprawdę. Bez filtra, bez roli, bez całej tej fasady. I przy tobie czuję się jak… jak ja.

To wystarczy.

Pokiwałam głową. Po raz pierwszy od bardzo dawna coś się we mnie cieszyło.

Zostałam zauważona

Nie odeszłam od męża. To nie jest ta historia. Nie było dramatycznych konfrontacji ani spakowanych walizek w korytarzu. On nawet nie zapytał, dlaczego coraz częściej wracam późno, dlaczego mam usta lekko muśnięte szminką, choć wcześniej przez lata wystarczał mi balsam. Może wiedział. A może po prostu przestało go to obchodzić. Spotykałam się z Adamem coraz częściej. Nie nazywaliśmy tego romansem, bo to słowo zakładało więcej ciała niż sensu. A my mieliśmy głównie rozmowy. I spojrzenia, które mówiły więcej niż tygodnie wspólnego milczenia w moim domu.

Pewnego dnia usiedliśmy na ławce przy jeziorze. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja czułam, że to moment, kiedy coś trzeba powiedzieć albo zostawić to tak, jak jest.

— Co teraz? — zapytałam.

— A czego ty chcesz?

— Żeby to się nie kończyło.

— To nie musi się kończyć. Tylko niech będzie prawdziwe. Bez udawania.

— Nie czujesz się… nie wiem… jak złodziej?

— A ty?
– Ja czuję się… jakbym po latach wyszła z ciemnego pokoju i ktoś podał mi kubek herbaty.

— I dobrze smakuje?

Lepiej niż myślałam. Bo wiesz… w domu nikt nie pytał, czego mi brakuje. A mąż traktował mnie jak powietrze.

Spojrzał na mnie spokojnie. Zostałam zauważona, i to mi wystarczyło.

Janina, 60 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama