Reklama

To miał być tylko drobny lifting przedpokoju, a zamienił się w koszmar, który prawie pogrzebał nasze małżeństwo pod stertą gruzu i niedomówień. Przez trzy miesiące oddychałam pyłem, potykałam się o worki z cementem i patrzyłam, jak mój mąż, dzień po dniu, zamienia się w obcego człowieka z młotem w ręku. Myślałam, że oszalał. Myślałam, że nienawidzi naszego domu. Dopiero gdy kurz opadł, zrozumiałam, że ten hałas wiertarki miał zagłuszyć krzyk jego własnej bezsilności.

Czuł się bezużyteczny

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, chociaż minęło już pół roku. Igor wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Nie było w tym nic dziwnego, pracował jako menadżer projektów w dużej firmie logistycznej, jego godziny były elastyczne. Ale tego popołudnia, gdy weszłam do kuchni, on siedział przy stole w garniturze. Nie poluzował nawet krawata. Patrzył w jeden punkt na ścianie nad lodówką.

— Zwolnili mnie — powiedział tak cicho, że prawie nie usłyszałam.

Serce podeszło mi do gardła. Wiedziałam, że w jego branży bywa różnie, ale Igor był filarem. Był tym, który zawsze miał plan B, C i D. Tymczasem siedział przede mną człowiek, któremu właśnie zawalił się świat, a ja nie wiedziałam, jak go pocieszyć.

— Kochanie, poradzimy sobie — zaczęłam, kładąc dłoń na jego ramieniu. Było sztywne jak kamień. — Masz świetne CV, znajdziesz coś lepszego. Mamy oszczędności.

— To nie o to chodzi, Beata — mruknął, wstając gwałtownie. — Chodzi o to, że byłem im niepotrzebny. Zredukowali mnie. Jak zbędny koszt.

Przez następne dwa tygodnie w domu panowała atmosfera gęsta jak kisiel. Igor wysyłał CV, ale telefon milczał. Widziałam, jak z każdym dniem gaśnie. Siedział na kanapie w dresie, gapiąc się w telewizor, ale wiedziałam, że nic nie ogląda. Czuł się bezużyteczny. Dla faceta takiego jak on, który definiował swoją wartość przez to, co przynosi do domu i co potrafi załatwić, bezrobocie było jak utrata ręki albo nogi.

A potem, pewnego wtorkowego poranka, obudził mnie dźwięk przesuwania mebli. Weszłam do salonu, przecierając zaspane oczy. Igor stał na środku pokoju z łomem w ręku. Miał na sobie stare jeansy i koszulkę, której nie widziałam od lat. W jego oczach płonął dziwny, niepokojący ogień.

— Co robisz? — zapytałam, czując narastający niepokój.

— Ta ściana — wskazał łomem na działową ściankę między salonem a przedpokojem — zawsze nas denerwowała. Ogranicza przestrzeń. Duszno tu. Muszę to otworzyć.

— Igor, ale to duża robota. Może najpierw...

— Nie, Beata. Teraz mam czas. Zrobię to sam. Nie będziemy płacić żadnym fachowcom. Pokażę ci, że potrafię zadbać o ten dom.

Nie wiedziałam wtedy, że to był początek końca naszego normalnego życia.

Przestałam więc pytać

Pierwsze dni wydawały się nawet obiecujące. Igor miał cel. Wstawał wcześnie, pełen energii, robił plany, rysował schematy na kartkach wyrwanych z zeszytu. Ściana runęła w dwa dni. Było brudno, owszem, ale widziałam, że on znów się uśmiecha. Czuł się sprawczy. Problem zaczął się, gdy zamiast sprzątać gruz, Igor zaczął skuwać kafelki w kuchni.

— Kochanie, mieliśmy tylko otworzyć przestrzeń — zauważyłam ostrożnie, wracając z pracy i widząc, że nasza kuchnia wygląda jak po wybuchu granatu.

— Jak już robimy, to porządnie — rzucił, nie patrząc na mnie. Uderzał młotkiem z taką furią, że bałam się podejść. — Te płytki były stare. Niemodne. Położę gres. Będzie pięknie.

Z każdym dniem chaos narastał. Mieszkanie, które było naszą oazą, zamieniło się w poligon. Folie malarskie fruwały w przeciągach, bo Igor uznał, że trzeba też wymienić parapety, więc wyrwał stare, zostawiając dziury, przez które wiało chłodem.

Moja przyjaciółka, Magda, wpadła do nas po trzech tygodniach tego szaleństwa. Stanęła w progu (którego już nie było, bo Igor go skuł) i zasłoniła usta dłonią.

— Beata, co tu się dzieje? — zapytała szeptem, choć warkot wiertarki udarowej i tak zagłuszał wszystko.

— Igor robi remont — odpowiedziałam, czując wstyd. Siedziałyśmy na jedynym ocalałym fragmencie kanapy, owinięte folią.

To nie jest remont, to destrukcja — stwierdziła trzeźwo Magda. — On wygląda, jakby walczył z tym mieszkaniem. Widziałaś jego ręce? Są całe pokaleczone.

Faktycznie. Dłonie Igora były wiecznie zdarte, poobijane, brudne od zaprawy, której nie dało się domyć. Ale najgorsze było to, że on przestał ze mną rozmawiać. Każda próba zapytania o postępy kończyła się awanturą.

— Czepiasz się! — krzyczał, gdy pytałam, kiedy będziemy mieć zlew w kuchni. — Robię to dla nas! Staram się, nie widzisz?! Cały dzień haruję, a ty tylko narzekasz!

Przestałam więc pytać. Zmywałam naczynia w wannie, która też była zagrożona, bo Igor zaczął wspominać coś o wymianie hydrauliki. Jadłam kanapki, bo kuchenka stała odłączona w sypialni. Żyliśmy na placu budowy, a ja czułam się jak intruz we własnym domu.

Nic nie było pod kontrolą

Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy wtrąciła się moja teściowa, Helena. Przyszła z niezapowiedzianą wizytacją, niosąc słoiki z bigosem, których nie miałam gdzie podgrzać. Helena zawsze uważała Igora za geniusza, a mnie za tę, która ma szczęście, że go złapała. Tym razem jednak nawet ona zamilkła na widok dziury w podłodze w przedpokoju, gdzie Igor planował położyć ogrzewanie podłogowe, o którym nie miał zielonego pojęcia.

— Synku — zaczęła niepewnie, omijając stertę desek. — Czy ty na pewno wiesz, co robisz? Może trzeba wezwać pana Wiesia? Tego sąsiada złotą rączkę?

Igor spurpurowiał. Żyła na jego szyi nabrzmiała tak, że bałam się, że pęknie.

— Mamo! — ryknął, rzucając poziomicą o podłogę. Narzędzie pękło z trzaskiem. — Nie potrzebuję żadnego pana Wiesia! Jestem inżynierem, do cholery! Potrafię położyć rurki! Dlaczego nikt we mnie nie wierzy?!

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam to w jego oczach. To nie była złość, a paniczny strach. Helena wycofała się rakiem, zostawiając bigos na pralce. Kiedy wyszła, spojrzałam na Igora. Stał pośrodku tego pobojowiska, dysząc ciężko. Chciałam go przytulić, ale odepchnął mnie wzrokiem.

— Muszę pracować — warknął i wrócił do rycia w betonie.

Wątek pana Wiesia, naszego sąsiada, powracał jednak jak bumerang. Wiesław był emerytowanym budowlańcem, który często przesiadywał na ławce przed blokiem. Widząc, jak Igor wnosi kolejne worki z cementem, zaczepiał go.

— Panie Igorze, a wylewkę pan zrobił samopoziomującą? Bo jak nie, to panu panele wstaną po tygodniu — mówił z troską, która dla mojego męża brzmiała jak obelga.

Wszystko jest pod kontrolą — cedził Igor przez zęby i uciekał do klatki schodowej.

Ale nie było. Nic nie było pod kontrolą.

Wyglądał strasznie

Apogeum nastąpiło w piątkowy wieczór, dwa miesiące od utraty pracy. Wróciłam do domu wykończona po zamknięciu miesiąca w księgowości. Marzyłam tylko o gorącym prysznicu, co było wyzwaniem, biorąc pod uwagę stan łazienki, ale wciąż możliwe. Weszłam do mieszkania i zamarłam. W przedpokoju nie było podłogi. W ogóle. Był goły beton, z którego wystawały jakieś kable. Ale to nie to mnie przeraziło. Przeraziło mnie to, co zobaczyłam w dużym pokoju.

Igor zerwał parkiet. Nasz piękny, dębowy parkiet, który cyklinowaliśmy dwa lata temu i który był dumą tego mieszkania. Klepki leżały na stosie jak drewno na opał.

— Co ty zrobiłeś? — zapytałam szeptem, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Upuściłam torebkę. — Igor, co ty zrobiłeś?!

Wyszedł z sypialni. Wyglądał strasznie. Schudł chyba z pięć kilo, miał podkrążone oczy i tygodniowy zarost. Był cały biały od pyłu.

— Skrzypiał — powiedział matowym głosem. — Jeden element skrzypiał. Musiałem sprawdzić, co jest pod spodem. A potem... potem już poszło.

— Zerwałeś cały parkiet, bo jedna klepka skrzypiała?! — Mój głos przeszedł w krzyk. — Zniszczyłeś ten dom! Zniszczyłeś wszystko! Zachowujesz się jak wariat! Nie masz pracy, kończą nam się pieniądze na materiały, a ty demolujesz to, co było dobre!

Nie mów mi o pracy! — wrzasnął, podchodząc do mnie tak blisko, że czułam od niego zapach starego tynku i potu. — Myślisz, że nie wiem?! Myślisz, że nie widzę, jak na mnie patrzysz? Jak na nieudacznika! Chcę, żeby chociaż tutaj wszystko było idealnie, skoro tam na zewnątrz jestem zerem!

Zapadła cisza. Tylko wiatr świszczał przez nieszczelne okna.

— Nigdy tak o tobie nie myślałam — powiedziałam cicho, ale stanowczo. — To ty tak o sobie myślisz.

Igor odwrócił się na pięcie i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że ze ściany odpadł kolejny płat tynku.

To była jego tarcza

Zostałam sama. Usiadłam na stercie klepek parkietowych i rozpłakałam się. Płakałam nad moim domem, nad moim mężem, nad naszym życiem, które nagle stało się placem budowy bez architekta. Kiedy łzy wyschły, zaczęłam bezmyślnie porządkować narzędzia, które Igor rozrzucił w sypialni. Podnosiłam śrubokręty, wiertła, taśmy. I wtedy, pod stertą instrukcji do klejów montażowych, znalazłam jego tablet. Ekran nie był zablokowany.

To, co zobaczyłam, sprawiło, że serce mi stanęło. Otwarta skrzynka mailowa. Setki wysłanych wiadomości. „Odrzucenie aplikacji”, „Dziękujemy za udział w rekrutacji”, „Wybraliśmy innego kandydata”. Daty były z ostatnich dni. On wysyłał CV nawet w nocy, o trzeciej, czwartej nad ranem. Ale to nie wszystko. W folderze „Wersje robocze” znalazłam list. Nie do pracodawcy. Do mnie.

„Beata, przepraszam. Nie wiem, jak Ci spojrzeć w oczy. Czuję się, jakbym Cię zawiódł. Ojciec zawsze mówił, że facet musi budować, a ja teraz nic nie mogę zbudować. Wszystko, czego dotknę w karierze, sypie się. Więc pomyślałem, że chociaż dom naprawię. Że zrobię z niego pałac dla Ciebie. Ale im bardziej się staram, tym bardziej wszystko psuję. Boję się, że jak przestanę wiercić, to usłyszę własne myśli, że jestem do niczego”.

Usiadłam na materacu, który służył nam za łóżko, i przycisnęłam tablet do piersi. Zrozumiałam wszystko. Ten hałas, ten pył, ta mania burzenia i budowania — to była jego tarcza. Uciekał w fizyczne zmęczenie, żeby nie czuć bólu psychicznego. Każda zburzona ściana była walką z poczuciem porażki. Każda krzywo przyklejona płytka była dowodem na to, że traci kontrolę, co popychało go do kolejnych, bardziej radykalnych działań. On nie remontował mieszkania. On próbował zremontować swoje poczucie wartości, używając do tego młota udarowego.

Ustaliliśmy plan działania

Igor wrócił po dwóch godzinach. Wszedł cicho, jak zbity pies. Nie krzyczałam. Nie robiłam wymówek. Podeszłam do niego i po prostu go przytuliłam. Był sztywny, brudny, cuchnął dymem papierosowym, choć rzucił palenie pięć lat temu.

— Przeczytałam list — szepnęłam mu do ucha.

Poczułam, jak uchodzi z niego powietrze. Zaczął trząść się w moich ramionach. Wielki, silny facet, który zawsze był skałą, płakał jak dziecko, opierając czoło na moim ramieniu.

— Nie wiem, co robić, Beata — łkał. — Zepsułem wszystko. Podłogę, ściany... nas.

— Podłogę się naprawi. Ściany się pomaluje — powiedziałam, gładząc go po plecach. — Ale musisz przestać uciekać. Remont nie jest problemem, Igor. Problemem jest to, że nie pozwalasz sobie na słabość.

Staliśmy tak długo pośród ruin naszego mieszkania. To był moment przełomowy. Nie magiczny, bo gruz nie zniknął za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a pieniądze na koncie nie urosły. Ale mur między nami, ten emocjonalny, wreszcie runął. Następnego dnia rano zrobiliśmy dwie rzeczy. Po pierwsze, usiedliśmy przy kawie (zaparzonej w turystycznym czajniku) i ustaliliśmy plan działania dotyczący jego szukania pracy — na spokojnie, bez paniki. Po drugie, Igor schował dumę do kieszeni.

— Panie Wiesławie! — zawołał, gdy zobaczyliśmy sąsiada przez okno. — Miałby pan chwilę, żeby rzucić okiem na tę wylewkę?

Mina pana Wiesia była bezcenna. Przyszedł z własną poziomicą w dziesięć minut. Przez następne tygodnie nasz dom wyglądał inaczej. Igor pracował ramię w ramię z sąsiadem. Wiesław uczył go cierpliwości, pokazywał, że w remoncie, jak w życiu, nie można robić wszystkiego naraz i na siłę. Że czasem trzeba poczekać, aż grunt wyschnie, zanim położy się coś nowego.

Igor przestał traktować remont jak wojnę. Zamiast wyładowywać frustrację na ścianach, zaczął czerpać satysfakcję z powolnego tworzenia. Ja też się włączyłam. Malowaliśmy ściany wieczorami, rozmawiając o wszystkim i o niczym. O tym, czego się boimy i o czym marzymy. Dziś nasze mieszkanie wygląda wspaniale. Mamy gres w kuchni (równy!), mamy nowy parkiet w salonie (położony pod okiem fachowca). Ale najważniejsza zmiana zaszła w nas. Igor znalazł pracę dwa miesiące później. Nie jest to stanowisko dyrektorskie, zarabia mniej niż kiedyś, ale jest spokojniejszy. Zrozumiał, że jego wartość nie wynika z tytułu na wizytówce ani z idealnie gładkiej gładzi na ścianie.

Tamten remont zrujnował nam mieszkanie, to fakt. Przez chwilę żyliśmy w piekle. Ale paradoksalnie, zburzenie tych ścian pozwoliło nam zbudować relację, która jest silniejsza niż jakikolwiek mur. Nauczyliśmy się, że kiedy życie sypie się jak stary tynk, nie trzeba od razu brać młota i niszczyć reszty. Czasem trzeba po prostu stanąć w tym pyle, złapać się za ręce i przeczekać, aż opadnie kurz, by zobaczyć, co można uratować.

Beata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama