Reklama

Zaczęło się od zmęczenia. Najpierw to dotyczyło tylko poranków — z trudem zwlekałam się z łóżka, piłam zimną kawę i wsiadałam w zatłoczony autobus do biura. Później przyszło wypalenie. Ta praca już dawno nic mi nie dawała. Siedziałam za biurkiem, odklepywałam swoje godziny, licząc minuty do końca dnia. A wieczorami… uczyłam się projektowania graficznego. Po cichu, po kryjomu. Żeby Kacper się nie śmiał.

Ty i twoje głupoty — rzucił, gdy raz zapomniałam się i pokazałam mu coś, co zrobiłam. — Przecież masz dobrą robotę. Po co kombinujesz?

Ale ja nie chciałam już tylko „dobrej roboty”. Chciałam robić coś, co mnie cieszy. Kacper tego nie rozumiał. Jemu wystarczało, że co miesiąc jest wypłata, że mamy gdzie mieszkać, że jest spokój.

Marzenia są dla naiwniaków — powtarzał.

Zaczęłam więc milczeć. Nie mówiłam mu już, że planuję wysłać CV. Ani że myślę o własnej działalności. Jedyną osobą, która mnie wspierała, była Magda.

— Co cię tam jeszcze trzyma? — zapytała kiedyś. — Strach?

Skinęłam głową. Tak, strach. I Kacper.

To nie są dobre powody — stwierdziła cicho.

I miała rację. Tylko że czasem łatwiej powiedzieć, że się odejdzie… niż naprawdę wstać i wyjść.

Zacisnęłam pięści pod stołem

— Wysłałam CV — powiedziałam przy kolacji, udając, że to nic takiego. — Jest taka firma, która szuka grafika juniora. Odezwali się, mam rozmowę w przyszłym tygodniu.

Kacper oderwał wzrok od kotleta. Spojrzał na mnie jak na dziecko, które właśnie oznajmiło, że chce zostać astronautą.

— Żartujesz?

— Nie. Pomyślałam, że warto spróbować.

— Ty? Grafik? Przecież ty jesteś od papierków, od tabel w Excelu. A nie od tych... obrazków.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Przełknęłam kęs, choć nagle jedzenie stało się nieznośnie gorzkie.

— Uczyłam się, robiłam kursy. Nie jestem ekspertem, ale…

— Ale co? — przerwał mi. — Myślisz, że jak sobie coś tam rysujesz po godzinach, to od razu cię przyjmą? Że rzucisz etat i zostaniesz artystką?

Westchnęłam. Znów ten ton. Pogarda, która czaiła się pod uśmiechem.

— Nie chcę być artystką, Kacper. Chcę robić coś, co lubię. Choć raz w życiu.

— Daj spokój, Anka. Życie to nie bajka. Trzeba robić, co trzeba. A nie bujać w obłokach.

Zamknęłam oczy. Zacisnęłam pięści pod stołem. Wiedziałam, że nie zrozumie. Że nie powie: „spróbuj”, tylko „daj sobie spokój”.

— Ty nigdy nie miałeś marzeń, prawda? — rzuciłam ostro.

— A ty zawsze wszystko komplikujesz — odburknął i wstał od stołu.

Zostawił talerz. Zostawił mnie. W łazience usiadłam na pokrywie sedesu i zaczęłam płakać. Cicho, bezgłośnie. Jak zawsze. I w tej ciszy pomyślałam po raz pierwszy: Może on mnie po prostu trzyma w miejscu. Może nie chce, żebym się zmieniła. Bo boi się, że wtedy zostanie sam.

Zrobiło mi się zimno

Następnego dnia czekałam, aż Kacper wyjdzie z kuchni. Nalałam sobie kawy i usiadłam naprzeciwko niego. Postanowiłam, że spróbuję jeszcze raz. Spokojnie, bez pretensji.

— Pamiętasz, jak mówiłeś, że nie każdy musi mieć pasję? — zaczęłam cicho.

— No — mruknął bez przekonania, nie odrywając wzroku od telefonu.

— A ty? Miałeś kiedyś marzenia?

Spojrzał na mnie zaskoczony. Jakby pytanie go zbiło z tropu.

— Co za pytanie. Każdy coś kiedyś chciał.

— A ty? Co chciałeś robić?

Wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Pewnie jak każdy chłopak, mieć święty spokój, nie zapieprzać po 12 godzin dziennie.

Milczałam chwilę. Wpatrywałam się w niego uważnie.

— Czyli nigdy nie miałeś potrzeby czegoś więcej? Czegoś swojego?

— A po co? — prychnął. — Życie to nie festiwal życzeń. Trzeba zarabiać, opłacać rachunki i jakoś doczekać do weekendu. Jak każdy.

Zrobiło mi się zimno. Siedziałam z dłońmi na filiżance, która już dawno przestała być ciepła.

— A jeśli nie chcę tak żyć?

Parsknął śmiechem.

— A jak chcesz żyć? W pastelowych kolorkach, z kawusią na tarasie, pracując dwie godziny dziennie z laptopem na kolanach?

— Nie. Chcę mieć wpływ na swoje życie. Nie chcę się budzić i żałować każdego dnia, że nie spróbowałam.

Wzruszył ramionami.

— To rób, co chcesz, Anka. Tylko nie zdziw się, jak zostaniesz z tym „wpływem” sama.

Wstał, jakby ta rozmowa nic dla niego nie znaczyła. A ja zostałam przy stole z coraz silniejszym przekonaniem, że mój mąż już dawno przestał być kimś, kto mnie zna. I że chyba wcale nie chce znać tej wersji mnie, która jeszcze ma w sobie nadzieję.

Już się nie cofnę

Nie powiedziałam mu od razu. Po tamtej rozmowie po prostu... przestałam z nim rozmawiać. Robiłam swoje, jakbyśmy mieszkali obok siebie, a nie razem. Chodziłam do pracy, potem na kursy, wreszcie — wysłałam wypowiedzenie. Podpisałam je z zaskakującą lekkością. Bałam się, ale wiedziałam, że jeśli teraz się cofnę, już nigdy nie odważę się wyjść z tego więzienia, które sama sobie zbudowałam.

Tydzień później, przy kolacji powiedziałam to po prostu:

Złożyłam wypowiedzenie. Kończę za miesiąc. Zaczynam coś swojego.

Kacper zamarł z widelcem w powietrzu. Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała, że wyprowadzam się na Marsa.

— Ty chyba oszalałaś.

— Nie. Po prostu podjęłam decyzję. Nie chcę już tam pracować. Mam plan.

— Jaki plan?! — wybuchł. — Ty nawet nie wiesz, jak się zakłada firmę! Myślisz, że ktoś będzie ci płacił za bazgranie po komputerze?!

— To nie bazgranie. To projektowanie. I tak, ktoś już płaci — powiedziałam spokojnie, choć cała drżałam. — Zaczynam od zleceń. Małymi krokami.

— Ty naprawdę myślisz, że coś osiągniesz? Że z tego się utrzymasz?! A jak nie wypali, to co? Mam cię utrzymywać?

Wstałam od stołu. Pchnęłam krzesło zbyt mocno, zaskrzypiało o podłogę.

— A ty co osiągnąłeś, Kacper? — Głos mi się załamał. — Ty nawet nie próbowałeś. Całe życie tylko czekasz, aż się jakoś ułoży.

— Zdradzasz mnie z jakimś swoim głupim marzeniem! — krzyknął. — Z jakąś wersją siebie, której nawet nie znam!

— Bo nie chciałeś jej poznać.

Wyszłam. Do Magdy. Ze spakowaną torbą. Nie wiedziałam jeszcze, czy się rozstaniemy, czy wrócę. Ale wiedziałam jedno: ja już się nie cofnę.

Nagle wszystko stało się jasne

— I co teraz? — zapytała Magda, kiedy siedziałyśmy wieczorem u niej na kanapie, owinięte kocem, z herbatą i winem jednocześnie.

Wzruszyłam ramionami. Nie miałam odpowiedzi.

— Na razie... odpoczywam — powiedziałam. — Pierwszy raz od lat nie muszę rano nastawiać budzika i dusić się w autobusie.

— Masz już coś konkretnego?

— Parę zleceń. Logo dla znajomego, wizytówki, jakaś okładka. Na razie to tyle. Ale rozesłałam portfolio. Będę działać.

Magda uśmiechnęła się z uznaniem.

— Wiesz, jak bardzo cię podziwiam? Że naprawdę to zrobiłaś? Że nie tylko gadałaś, ale poszłaś po swoje?

Pokręciłam głową.

— Na razie czuję się bardziej jak ktoś, kto rzucił się z klifu i jeszcze nie wie, czy umie pływać.

— To dobrze — zaśmiała się. — Bo jakbyś się nie bała, to znaczyłoby, że robisz coś zbyt łatwego.

Każdego dnia walczyłam ze sobą. Raz czułam wolność i euforię, innym razem panikę. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna... czułam też, że żyję. Że coś się we mnie ruszyło. Wieczorami wypełniałam notes planami. Rano uczyłam się marketingu, potem pracowałam nad projektami. Magda pomagała jak mogła — polecała mnie znajomym, robiła zdjęcia moich prac, wspierała, gdy miałam chwile zwątpienia. A tych nie brakowało. Zwłaszcza nocą, kiedy leżałam na jej rozkładanej kanapie i myślałam: co ja najlepszego zrobiłam?

Ale wtedy przypominałam sobie Kacpra. Jego śmiech. Jego spojrzenie, jakby moje marzenia były tylko żartem. I nagle wszystko stało się jasne. Nie, nie wrócę już do starego życia.

W końcu skinął głową

Minęły cztery tygodnie, odkąd wyszłam. Kacper nie pisał, nie dzwonił. Ja też nie. Cisza — jakbyśmy oboje czekali, aż to wszystko się samo rozwiąże. Ale to nie była taka cisza, która koi, ona wbijała się w gardło i nie pozwalała spać. Aż w końcu, pewnego popołudnia, odezwał się. Krótko: „Możemy porozmawiać?”.

Spotkaliśmy się w parku. Usiedliśmy na tej samej ławce, na której kiedyś jadłam z nim lody po naszym ślubie. Teraz był styczeń. Mróz szczypał w policzki.

— Nie wiedziałem, że to pójdzie tak daleko — zaczął, zerkając gdzieś w bok. — Myślałem, że się obraziłaś, że ci przejdzie.

— Nie przeszło — odpowiedziałam sucho.

— Wiem. Wiem też, że nie powinienem tak cię traktować. Że się z ciebie śmiałem. Że nie wierzyłem w ciebie. Przepraszam.

Milczałam. Czekałam na coś więcej.

— Chciałem, żeby było bezpiecznie — dodał. — Bez ryzyka. Może... za bardzo się bałem, że jak ty się zmienisz, to mnie zostawisz.

Spojrzałam na niego. Wreszcie mówił szczerze. Ale nie wiedziałam już, czy mnie to jeszcze rusza.

— A może już cię zostawiłam? — zapytałam cicho. — Może ty sam się oddaliłeś, kiedy przestałeś mnie słuchać?

Zamilkł. W końcu skinął głową.

Chciałbym, żebyś wróciła. Ale rozumiem, jeśli nie chcesz.

Patrzyłam na niego i czułam... spokój. Nie złość. Nie miłość. Po prostu dystans. Jakbyśmy byli już kimś innym niż wtedy, gdy się poznaliśmy.

— Nie wiem — powiedziałam szczerze. — Naprawdę nie wiem, Kacper. Już nie jestem tą samą osobą.

I może to było najuczciwsze, co mogłam mu powiedzieć.

Anna, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama