Reklama

Nigdy nie wstydziłam się swojej pracy. Wstyd pojawił się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam go w oczach własnego męża. Najpierw był ledwie zauważalny, ukryty w żartach i półsłówkach. Później stał się ciężarem, który wnosił ze sobą do domu każdego dnia. A ja, trzymając w dłoni mop, zaczęłam się zastanawiać, czy w małżeństwie naprawdę musi być miejsce na upokorzenie.

Nie chciał o tym mówić

Wracałam z pracy wcześniej niż zwykle. Klatka schodowa pachniała świeżością, a ja czułam to znajome, ciche zadowolenie. Lubiłam ten moment, kiedy wszystko było zrobione, a ja mogłam iść do domu bez pośpiechu. Otworzyłam drzwi i usłyszałam jego głos w salonie.

– Nie, ona… ona robi porządki – mówił do telefonu. – Tak, tak, dorywczo.

Zatrzymałam się w przedpokoju. Torebka wysunęła mi się z dłoni i uderzyła o podłogę. Zamilkł.

– Już jestem – powiedziałam spokojnie.

Rozłączył się szybko.

– Z kim rozmawiałeś? – zapytałam.

– Z kolegą z pracy – odpowiedział zbyt szybko. – Pytał, co u nas.

I musiałeś wyjaśniać, czym się zajmuję? – spojrzałam mu prosto w oczy.

– Nie przesadzaj – machnął ręką. – Ludzie są ciekawi.

– Powiedziałeś, że sprzątam dorywczo – przypomniałam. – A pracuję tam od lat.

Westchnął ciężko, jakby to on był zmęczony tą rozmową.

– Po prostu… to brzmi lepiej.

– Dla kogo? – zapytałam.

Nie odpowiedział. Zdjął marynarkę, powiesił ją starannie, jakby porządek w domu miał zatrzeć to, co właśnie między nami zawisło. Usiadłam przy stole i nagle poczułam, że ta cisza jest gorsza niż kłótnia. Bo w niej po raz pierwszy dotarło do mnie, że on już dokonał wyboru. Tylko ja jeszcze o tym nie wiedziałam.

Oni mnie zawstydzali

Kilka dni później zapowiedział, że w niedzielę przyjdą jego znajomi. Powiedział to mimochodem, między wiadomościami w telefonie a herbatą.

– Tylko uprzedzam – dodał. – Będzie parę osób z pracy.

– Dobrze – odpowiedziałam. – Zrobię ciasto.

Uniósł wzrok.

– Może… kupimy coś w cukierni? – zaproponował ostrożnie. – Będzie szybciej.

Zrozumiałam od razu. Nie chodziło o czas. Chodziło o to, żeby nie było „zbyt domowo”, zbyt zwyczajnie, zbyt… jak u mnie. W niedzielę sprzątałam mieszkanie dokładniej niż zwykle. Paradoksalnie właśnie wtedy robiłam to z niechęcią. Każdy ruch mopem był jak przypomnienie, że to, co potrafię najlepiej, jest dla niego powodem do zakłopotania.

Gdy przyszli goście, przywitałam ich uprzejmie. Kobiety były eleganckie, mężczyźni głośni i pewni siebie. Usiedli w salonie, rozmowy szybko zeszły na pracę.

– A ty czym się zajmujesz? – zapytała jedna z kobiet, uśmiechając się do mnie.

Otworzyłam usta, ale on mnie uprzedził.

– Teraz aktualnie niczym konkretnym – rzucił lekko. – Szuka czegoś nowego.

Spojrzałam na niego. Nawet na mnie nie patrzył.

– Lubię swoją obecną pracę – powiedziałam spokojnie. – Sprzątam w kilku budynkach.

Zapadła krótka cisza. Ktoś chrząknął. Kobieta skinęła głową.

– To ważna praca – stwierdziła. – Bez takich osób świat by stanął.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. On za to spiął się jeszcze bardziej. Resztę spotkania prawie się do mnie nie odzywał. Kiedy goście wyszli, zamknął drzwi z wyraźną irytacją.

– Musiałaś? – zapytał.

– Co musiałam? – odpowiedziałam.

– Mówić to wprost.

– A miałam skłamać? – zapytałam cicho.

Odwrócił się plecami.

– Czasem trzeba myśleć o wizerunku.

Zostałam sama w salonie, wśród filiżanek i okruszków. I po raz pierwszy poczułam wstyd. Nie z powodu swojej pracy. Z powodu tego, że pozwalam komuś odbierać mi głos.

W czym widział problem?

Po tamtej niedzieli coś się we mnie zmieniło. Nie było jednej wielkiej decyzji ani dramatycznej nocy. Raczej ciche przesunięcie granicy, której on nie zauważył albo nie chciał zauważyć. Wstawałam rano, wychodziłam do pracy i po raz pierwszy od dawna czułam ulgę dopiero wtedy, gdy zamykałam za sobą drzwi domu.

Któregoś popołudnia wróciłam wcześniej. Siedział przy komputerze, przeglądał coś nerwowo.

– Musimy porozmawiać – powiedział, nawet na mnie nie patrząc.

– Słucham.

– Rozmawiałem z kuzynem – zaczął. – Ma znajomą w urzędzie. Mogłabyś spróbować. Coś spokojnego, praca za biurkiem.

Zdjęłam kurtkę, odwiesiłam ją powoli.

Nie prosiłam cię o to.

– Robię to dla ciebie – odparł. – I dla nas.

– Dla siebie – poprawiłam go. – Żebyś nie musiał się tłumaczyć.

Podniósł głos.

– Nie rozumiesz, jak to wygląda!

– Rozumiem aż za dobrze – odpowiedziałam. – Wygląda tak, że wracam zmęczona, ale uczciwa. A ty patrzysz na mnie jak na problem.

Wstał gwałtownie.

– Przesadzasz. To tylko ambicje.

– Moje czy twoje? – zapytałam.

Zamilkł. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Wtedy powiedział coś, co zostało ze mną na długo.

– Gdybyś mnie kochała, spróbowałabyś się zmienić.

Poczułam, jak robi mi się zimno.

– A jeśli ja już się zmieniałam? – zapytałam cicho. – Milcząc. Zgadzając się. Udając kogoś innego.

Nie odpowiedział. Usiadł z powrotem przed komputerem, jakby rozmowa była skończona. Wieczorem zadzwoniła sąsiadka z bloku, w którym sprzątałam.

Czy jutro też pani będzie? – zapytała. – Bo tak jakoś bez pani pusto.

Rozłączyłam się i usiadłam na łóżku. W jednym miejscu byłam potrzebna. W drugim – tolerowana pod warunkiem, że się nie wychylam. Wtedy zrozumiałam, że ta granica już istnieje. Teraz pytanie brzmiało tylko: kto ją przekroczy pierwszy.

Myślał, że zmienię zdanie

Następnego dnia wróciłam późno. Nie dlatego, że miałam więcej pracy, tylko dlatego, że po jej skończeniu długo siedziałam na ławce przed blokiem. Patrzyłam, jak zapalają się światła w oknach, i myślałam, że tam, w środku, ludzie po prostu są sobą. Bez udawania. W domu czekał na mnie z kolacją. To było rzadkie.

– Usiądź – powiedział. – Chciałem być w porządku.

Usiadłam. Jadłam w ciszy, czując, że to nie jest gest pojednania, tylko wstęp do czegoś większego.

– Zrozum mnie – zaczął w końcu. – Ja chcę dla ciebie lepiej.

– A skąd wiesz, co dla mnie jest lepsze? – zapytałam.

– Bo widzę, jak ludzie reagują – odpowiedział. – Jak patrzą. Jak dopytują.

– To ty reagujesz – poprawiłam go. – Oni najczęściej nie mają z tym problemu.

Pokręcił głową.

– Ty tego nie widzisz. Jesteś… zadowolona z czegoś tak błahego.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam.

– Błahego? – powtórzyłam. – Z tego, że robię coś uczciwie i nikt mnie nie musi utrzymywać?

– Nie o to chodzi – zirytował się. – Chodzi o rozwój.

– A ja się rozwijam – odpowiedziałam. – Nauczyłam się nie narzekać. Być odpowiedzialna. Widzieć ludzi.

Zaśmiał się krótko, nerwowo.

Ty naprawdę nie rozumiesz świata.

Wstałam od stołu.

– A ty nie rozumiesz mnie – powiedziałam. – I chyba nigdy nie chciałeś.

Złapał mnie za słowa, nie za rękę.

– Przestań robić z siebie ofiarę. Masz wybór.

Tej nocy długo nie spałam. Leżałam obok niego i myślałam, że to prawda. Mam wybór. Tylko że on widzi go inaczej niż ja. Dla niego to decyzja o wizerunku. Dla mnie – o godności. Rano, zanim wyszłam do pracy, spojrzałam w lustro. Zobaczyłam zmęczoną kobietę, ale też taką, która przestała się kurczyć. Wiedziałam, że następna rozmowa nie będzie już o pracy.

Nie chcę tego robić

Nie było jednej wielkiej kłótni. Żadnych trzaskających drzwi ani podniesionych głosów. To przyszło spokojnie, aż boleśnie zwyczajnie. Kilka dni po tamtej rozmowie usiedliśmy naprzeciw siebie przy kuchennym stole. Tym samym, przy którym kiedyś planowaliśmy wakacje i śmialiśmy się z drobiazgów.

– Myślałem o tym – zaczął. – Nadal uważam, że powinnaś coś zmienić.

– A ja myślałam o tym jeszcze dłużej – odpowiedziałam. – I wiem, że nie mogę.

– Czyli naprawdę wybierasz tę pracę? – zapytał, patrząc na mnie uważnie.

Pokręciłam głową.

– Nie. Wybieram życie, w którym nie muszę się tłumaczyć z tego, kim jestem.

Milczał. Czekał chyba, aż zmienię zdanie. A ja czekałam na coś, czego już wiedziałam, że nie usłyszę. Na akceptację bez warunków.

– Będzie ci ciężko samej – powiedział w końcu.

– Już było – odpowiedziałam spokojnie. – Kiedy byłam tu.

Spakowałam się tego samego dnia. Nie zabrałam wiele. Zostawiłam rzeczy, które i tak przestały być moje. Kiedy wychodziłam, spojrzał na wiadro i mop stojące w kącie.

– To przez to? – zapytał cicho.

Zatrzymałam się w drzwiach.

– To przez to, że próbowałeś mi wmówić, że jestem kimś gorszym.

Nie odpowiedział. Dziś wstaję wcześnie. Mam swoje małe mieszkanie i swoje poranki. Sprzątam klatki, biura, czasem czyjś bałagan, który ktoś inny zostawił. I za każdym razem, gdy zamykam drzwi po skończonej pracy, wiem jedno: nie zamieniłam męża na mop. Zamieniłam wstyd na spokój. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Ewa, 43 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama