Reklama

Kiedyś myślałam, że tak właśnie wygląda miłość — rezygnujesz z siebie, bo ktoś inny staje się twoim priorytetem. Marek był dla mnie całym światem. A później także nasze dziecko. Kiedy urodził się Staś, porzuciłam pracę z dnia na dzień. „Zajmij się domem, ja zadbam o resztę” — mówił mój mąż. I nawet byłam wtedy wdzięczna. Na początku wierzyłam, że to wspólna decyzja. Że jesteśmy drużyną. Ale z każdym miesiącem coraz częściej czułam się jak dziecko proszące rodzica o pozwolenie.

— Marek, mogę kupić nowe spodnie? Te już mają dziurę.

— A nie mówiłem, żebyś nie kupowała tego proszku do prania za pięćdziesiąt złotych? — odburknął kiedyś.

Każdy większy wydatek musiałam tłumaczyć, uzasadniać, negocjować. Z czasem zaczęłam wybierać najtańsze opcje, chodzić po marketach z kalkulatorem w głowie. Dla siebie nie robiłam nic. Makijaż? A po co. Fryzjer? Sama sobie podetnę końcówki. Ale jego mama to była całkiem inna historia. Torebka za 800 zł — proszę bardzo. Nowy telefon? No przecież jej się należy. Weekend w spa? Jasne. Niech odpocznie, taka schorowana.

A ja? Ja nie byłam chora, tylko przezroczysta. Wcale jej tego nie zazdrościłam. Naprawdę. Marzyłam tylko o odrobinie szacunku. Kiedy to do mnie dotarło, poczułam coś, czego nie umiem nazwać. Jakby coś we mnie pękło. I zaczęło się sączyć: zmęczenie, frustracja, żal. Ale jeszcze wtedy nie myślałam o rozwodzie.
Jeszcze.

Tamtego dnia nie płakałam

— Marek, potrzebuję butów zimowych — zaczęłam ostrożnie, jakby to była prośba o coś zakazanego. — Przymierzałam jedne w sklepie, bardzo ciepłe i wygodne, z porządną podeszwą. Kosztują trzysta złotych.

— Trzysta? Za buty?! — Prawie się zakrztusił kawą. – Oszalałaś? Co to, ze złota są?

Stałam w kuchni, przecierając blat ścierką, bo ręce mi drżały. Nie wiedziałam, czy z nerwów, czy z upokorzenia.

— Są dobre, nie chcę co roku kupować nowych. Te starczą na lata...

— A twoja mama to cię czego uczyła? Oszczędności? Bo na razie to tylko wydatki. Ledwo co pralka się popsuła, teraz buty. W grudniu święta, a ty znowu coś musisz.

— Ale twojej mamie kupiłeś torebkę za osiemset złotych — powiedziałam cicho. Nawet nie chciałam, żeby to brzmiało jak wyrzut.

— O matkę chodzi, tak? Boże, ty naprawdę jesteś niewdzięczna. Pracuję jak wół, a ty mi będziesz wypominać każdy grosz?!

— Nie o pieniądze chodzi, Marek — odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. — Chodzi o to, że jej się wszystko należy, a ja muszę się tłumaczyć z butów.

Chciał coś odpowiedzieć, ale nic nie powiedział. Otworzył lodówkę, sięgnął po jogurt, trzasnął drzwiami. Patrzyłam, jak odchodzi do drugiego pokoju, i myślałam tylko jedno: Jakim cudem każda złotówka wydana przeze mnie to przesada, a każda wydana na jego mamusię to obowiązek? Czy ja naprawdę jestem aż tak nieważna? Tamtego dnia nie płakałam. Nie miałam już nawet na to siły. Siedziałam tylko przy kuchennym stole, przeglądając rachunki, jakbym mogła z tego życia zrobić jakiś bilans.

I po raz pierwszy powiedziałam na głos:

— Nie chcę tak żyć.

Spojrzałam na nią niepewnie

— To nie jest normalne, Anka. Ty w ogóle tego nie widzisz? — Agnieszka odstawiła filiżankę na spodek i spojrzała na mnie tak, jak się patrzy na dziecko, które jeszcze nie pojęło, że ogień parzy.

Siedziałyśmy w kawiarni przy dworcu, tej taniej, w której zawsze pachniało drożdżówkami. Ja właśnie wyrwałam się z domu, żeby odetchnąć. I żeby komuś opowiedzieć.

— Ale on przecież zapewnia nam życie — tłumaczyłam. — Ja nie muszę pracować. Mam czas dla Stasia, dla domu...

— A za jaką cenę, Anka? — przerwała mi. — To nie jest troska. To kontrola. Jesteś od niego całkowicie zależna. Jak dziecko. Musisz pytać o zgodę, tłumaczyć się z zakupów. A on rozporządza kasą, jakby to było tylko jego.

Zamilkłam. Patrzyłam w czarną ciecz w filiżance, choć kawa już dawno wystygła.

— Powiedział, że buty za trzy stówy to fanaberia — rzuciłam cicho.

Agnieszka wbiła plecy w oparcie, skrzyżowała ramiona.

— A za ile kupił nowy telefon dla swojej matki? Za ile spa weekendowy? Za ile torebkę?

— No właśnie... — szepnęłam.

— Wiesz, co to jest? — zapytała. — Przemoc ekonomiczna. Nie musi cię bić, żebyś się bała prosić o pieniądze. Żebyś się czuła gorsza.

Słowo „przemoc” aż mnie szarpnęło od środka. Nigdy o tym tak nie myślałam. Przemoc to siniaki, krzyki, strach, a nie... to. Agnieszka złapała mnie za rękę.

— Musisz pomyśleć o sobie. On cię nie szanuje. I to się nie zmieni. Jemu jest dobrze, bo ma wszystko, a ty? Ty już dawno przestałaś być sobą.

Spojrzałam na nią niepewnie.

— Myślisz, że on mnie... wykorzystuje?

Agnieszka nie odpowiedziała od razu, tylko ścisnęła mocniej moją dłoń.

— Myślę, że nie chce, żebyś sobie przypomniała, kim jesteś.

Zadzwoniłam do niego

To był zwyczajny wtorek. Marek wyszedł do pracy, Staś był w szkole, a ja usiadłam do komputera, żeby zapłacić rachunek za prąd. Loguję się na konto, jak zawsze. A potem… coś mnie tknęło.
Kliknęłam w historię transakcji.

— Dwanaście tysięcy? — powiedziałam na głos, choć w kuchni byłam sama.

„Przelew: Sklep fotograficzny – 12 000 zł”

Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Wpatrywałam się w ekran, jakby zaraz miał mi wyjaśnić, o co chodzi. Przecież on mówił, że nie mamy pieniędzy. Że nie stać nas na korepetycje dla Stasia z angielskiego. Że muszę poczekać z nowym płaszczem do wiosny. A tu dwanaście tysięcy — ot tak.

Zadzwoniłam do niego. Odebrał po kilku sygnałach.

— Cześć — rzucił. — Coś się stało?

— Tak. Stało się. Widziałam przelew. Na dwanaście tysięcy. Sklep fotograficzny. Co to?

— A, to... Mama chciała kręcić filmy znajomym na domowych imprezach i robić zdjęcia. No wiesz, trochę sobie dorobić. To na aparat. Przecież nie kupię jej jakiegoś badziewia.

— Aha — powiedziałam chłodno. — A mi mówiłeś, że nas nie stać na korepetycje dla syna.

— Anka, to co innego...

— Co innego?! — przerwałam. — Czy ja się w ogóle liczę w tym domu? Czy tylko twoja matka?

— Nie rozumiesz. Ona mnie wychowała. Zawdzięczam jej wszystko. Ty masz przecież wszystko, czego ci trzeba...

Brakuje mi szacunku. Od lat. — To wyszło ze mnie bez zastanowienia. Jakby słowa przeleżały już swoje w mojej piersi i czekały tylko na moment, by wybuchnąć.

Rozłączyłam się, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Ręce mi się trzęsły. Patrzyłam na wyłączony ekran telefonu i po raz pierwszy w życiu nie czułam żalu, tylko... ulgę. Bo w końcu przestałam się łudzić.

Rozmawialiśmy długo

Zobaczyłam go na przejściu dla pieszych, dokładnie wtedy, kiedy już miałam przejść na drugą stronę. Zamarłam.

— Piotrek? — powiedziałam niepewnie, ale on już mnie poznał.

— Anka?! No proszę, nie wierzę... Ile to lat? — Uśmiechnął się szeroko. Te same oczy, te same dołeczki w policzkach. Kolega z dawnych lat.

— Dwanaście. Albo trzynaście. Za długo.

— Kawa? — zapytał bez zastanowienia.

Skinęłam głową.

Usiedliśmy w małej kawiarni za rogiem, tej, do której zwykle bałam się wejść, bo cappuccino kosztowało tam więcej niż chleb tostowy w promocji. Ale z nim było mi wszystko jedno.
Rozmawialiśmy długo. O liceum, o nauczycielach, o tym, co się stało z naszymi znajomymi. Śmialiśmy się. I wtedy nagle zapytał:

— A ty? Co u ciebie? Wiem, że masz syna. A poza tym?

Zawahałam się. A potem, nie wiem czemu, powiedziałam prawdę.

— Zostałam zredukowana do cichej partnerki do rachunków — rzuciłam z goryczą. — Kiedyś miałam głos, zdanie, życie. Teraz jestem jak cień. Ale za to cień w promocji — dodałam z udawanym śmiechem.

Spojrzał na mnie przeciągle.

— Anka, przecież ty zawsze miałaś w sobie ogień. Serio... Co się z tobą stało?

— Wygasłam — powiedziałam cicho.

— To weź z powrotem zapałkę.

Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy od dawna coś we mnie drgnęło. Ktoś spojrzał na mnie nie jak na matkę, kucharkę i domową księgową, tylko jak na kobietę. Kiedy wyszliśmy, zatrzymał się i spojrzał mi prosto w oczy.

— Chcesz tak żyć przez kolejne dwadzieścia lat?

Nie odpowiedziałam. Ale odpowiedź znałam.

Spakowałam się dwa dni później

Rozmawialiśmy w kuchni. To zawsze była nasza strefa neutralna — tam można było wypić herbatę, pokłócić się o rachunki, udawać, że wszystko gra.

— To przez te głupoty od Agnieszki i tego twojego Piotrka? — rzucił Marek, opierając się o blat. Ramiona miał skrzyżowane, a twarz napiętą. Typowy Marek: atak zanim pojawi się pytanie.

— Nie — odpowiedziałam spokojnie. — To przez ciebie. Przez lata życia w cieniu twojej matki. Przez to, że wszystko było ważniejsze ode mnie. Przez to, że przestałam być sobą, a ty nawet tego nie zauważyłeś.

— Przesadzasz. Było dobrze — burknął. — Masz dom, dziecko, bezpieczeństwo...

— Tylko że dobrze było tobie. Mnie już dawno nie.

Spojrzał na mnie, jakby właśnie usłyszał słowa w obcym języku. Jakbym mówiła rzeczy niepojęte, niemożliwe, nieprzyzwoite. A przecież mówiłam to wszystko od lat. Szeptem. Gestem. Milczeniem. Tylko że teraz powiedziałam to na głos. Bez strachu.

— A Staś? Co mu powiemy? — zapytał ze sztucznym przejęciem.

— Prawdę. Że jego mama i tata przestali się kochać. Ale nadal go bardzo kochają. I że czasem lepiej się rozstać niż udawać.

Nie krzyczał, nie rzucał talerzami. Był w szoku, jakby ktoś pociął mu rzeczy w garderobie, a potem powiedział, że może i tak długo za dobrze mu się żyło. Spakowałam się dwa dni później i przeprowadziłam się do wynajętego mieszkania. Małego, ciasnego, ale mojego. Kiedy zamknęłam drzwi za sobą i Stasiem, nie czułam triumfu, a smutek. Ale też... pierwszy oddech od bardzo, bardzo dawna.

Anna, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama