Reklama

Wszyscy zazdrościli mi życia, które wyglądało jak wykadrowane zdjęcie z luksusowego magazynu. Mój mąż był ideałem, dom twierdzą spokoju, a ja królową tego imperium. Nikt nie widział, że pod warstwą drogiego makijażu i jedwabnych bluzek powoli przestawałam istnieć.

Każdy bukiet, który Tomasz przynosił bez okazji, był jak kolejna krata w mojej złotej klatce. To miał być romantyczny wieczór, ukoronowanie naszej miłości, ale tamtego dnia zapach róż wywołał we mnie mdłości, których nie mogłam już dłużej ignorować.

Czułam się jak w więzieniu

Pamiętam dzień, w którym wprowadziliśmy się do naszego domu pod miastem. Nowoczesna, przeszklona bryła, gdzie biel łączyła się z szarością. Jedynym akcentem kolorystycznym miały być kwiaty, o które dbał Tomasz. Uwielbiał ten dom – dowód na to, jak daleko zaszedł, ciągnąc mnie za sobą jak piękny, ale nieco kłopotliwy bagaż.

Stojąc w kuchni, która lśniła tak bardzo, że bałam się w niej gotować, patrzyłam na ogród. Był luty, za oknem panowała szarówka, ale w wazonie na wyspie pyszniły się świeże, żółte tulipany. Tomasz wiedział, że nie lubię tego koloru – kojarzył mi się z fałszem – ale twierdził, że ożywia wnętrze.

– Kochanie, zrobiłaś kawę? – Jego głos dobiegł z gabinetu.

Spojrzałam na ekspres. Oczywiście, że zrobiłam. Od pięciu lat nie pracowałam, bo uznał, że „moim zadaniem jest dbanie o domowe ognisko”. W praktyce stałam się strażniczką jego sukcesu i zakładniczką własnego salonu.

Zaniosłam mu filiżankę. Uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od monitora.

– Dziękuję, skarbie. Pamiętaj, że dzisiaj wieczorem wychodzimy. Załóż tę granatową sukienkę, tę skromniejszą. Nie chcę, żebyś znowu wyglądała wyzywająco.

Poczułam ucisk w gardle. Ostatnim razem, gdy użył słowa „wyzywająco”, miałam na sobie letnią sukienkę w kwiaty do kolan. Dla Tomasza wszystko, co dawało mi poczucie pewności siebie, było nieodpowiednie.

– Dobrze – szepnęłam, wycofując się do kuchni.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jedno z ostatnich „dobrze”, jakie wypowiem w tym domu.

Dusiłam się w tym związku

Moje znikanie było procesem. Zaczęło się po ślubie od sugestii, bym rzuciła pracę w bibliotece. Tomasz twierdził, że marnuję potencjał, a on zapewni nam godne życie. Miałam mieć czas na pasje, na malowanie, które kochałam.

Ale farby brudziły, a zapach terpentyny drażnił jego nos. Sztalugi wylądowały na strychu, a potem „przypadkiem” zostały oddane. Zamiast tego dostałam karnet do ekskluzywnego klubu fitness i kartę kredytową bez limitu, ale za to z nadzorem.

– Dwieście złotych w kwiaciarni? – pytał, unosząc brew. – Przecież ja kupuję kwiaty do domu. Po co dublujesz wydatki? Nie chodzi o pieniądze, wiesz o tym. Chodzi o zasady. O logikę.

Logika – jego ulubione słowo. Moje uczucia rzadko były logiczne, więc w jego oczach stawały się nieważne.

Tamtego lutego czułam się, jakbym tonęła. Każdy dzień wyglądał tak samo: siłownia, ekologiczne zakupy z listy, sprzątanie nieskazitelnego domu, oczekiwanie na męża. Kiedy wracał, przynosił kwiaty, wręczając je z uśmiechem zdobywcy.

Dla najpiękniejszej żony – mówił, całując mnie w policzek.

Ludzie, w tym moja matka, widzieli w tym romantyzm. „Taki mąż to skarb, Agatko. Dba o ciebie, nie pije, nie bije. Czego ty jeszcze chcesz?”. Nie umiałam jej wytłumaczyć, że chcę oddychać. Że chcę decydować o obiedzie bez konsultacji z jego dietetykiem i nie tłumaczyć się z każdej minuty spóźnienia.

Spotkanie, które otworzyło mi oczy

Tydzień przed walentynkami wszystko się zmieniło. Wracając z targu z jakimś drogim serem dla Tomasza, mój wielki SUV stanął na środku skrzyżowania. Mąż nie odbierał telefonu, a ja wpadłam w panikę. Wtedy ktoś zapukał w szybę.

– Potrzebuje pani pomocy?

To była kobieta w moim wieku, w poplamionym farbą fartuchu i wełnianej czapce. Miała brudne od ziemi ręce.

– Ja… samochód stanął – wydukałam.

– Zepchniemy go na pobocze, mam warsztat tuż obok, mój brat zaraz na to rzuci okiem – powiedziała wesoło.

Pomogła mi. Była energiczna, silna i zupełnie inna od żon partnerów biznesowych Tomasza. Zaprosiła mnie do swojego królestwa – małej pracowni ceramicznej połączonej z kwiaciarnią. Tu pachniało mokrą gliną, mchem i życiem. Wszędzie stały doniczki i kubki o nieregularnych kształtach.

– Jestem Kaśka – przedstawiła się, podając mi herbatę z goździkami.

– Agata.

– Masz minę, jakbyś skądś uciekła. Wszystko w porządku?

Spojrzałam na swoje idealnie wypielęgnowane dłonie i beżowy płaszcz, który wydawał się zbroją. Rozpłakałam się. To był szloch, który rozrywał klatkę piersiową. Kaśka po prostu siedziała obok, lepiąc coś z gliny. Gdy skończyłam, podała mi kawałek masy.

– Ściśnij. To pomaga.

Zanurzyłam palce w chłodnej glinie. Brud pod paznokciami okazał się wyzwalający. Spędziłam tam dwie godziny, rozmawiając o tym, że pęknięcia w ceramice można wypełnić złotem i uczynić z nich atut. Wróciłam do domu, kłamiąc Tomaszowi, że czekałam na lawetę. Zauważył plamkę gliny na moim mankiecie.

– Co to jest? – zapytał z niesmakiem.

– Błoto. Ochlapał mnie samochód – skłamałam gładko.

To było pierwsze kłamstwo od lat. Smakowało jak wolność.

Chciałam znów być sobą

Nadeszły walentynki. Dzień, którego obawiałam się od tygodni. Tomasz zaplanował kolację z cateringu, a ja miałam po prostu „wyglądać i pachnieć”.

Od rana chodziłam po domu jak dzikie zwierzę wyczuwające burzę. Każdy kąt krzyczał, że tu nie pasuję, że jestem tylko elementem wystroju. Przypominałam sobie chaos i ciepło warsztatu Kaśki oraz to, kim byłam, zanim zostałam „żoną Tomasza” – dziewczyną kochającą kolory i głośny śmiech.

Wieczorem założyłam nieszczęsną granatową sukienkę i gładko spięłam włosy. W salonie stół był nakryty kryształami i srebrem. Tomasz wszedł z czymś ogromnym – bukietem stu czerwonych róż.

– Szczęśliwych walentynek, kochanie – powiedział, kładąc kwiaty na stole. – Widzisz? Pamiętam o wszystkim.

Róże były idealne. Pozbawione kolców, by mnie nie skaleczyć. Martwe, choć udawały życie.

– Dziękuję – głos uwiązł mi w gardle.

– Tylko tyle? – Zmarszczył brwi. – Wiesz, ile trudu kosztowało mnie sprowadzenie tej odmiany? Ale dla ciebie wszystko. Jesteś moim skarbem, Agatko.

Skarbem. To słowo zawisło w powietrzu. Nie żoną, nie miłością życia. Przedmiotem świadczącym o statusie.

Nie jestem – powiedziałam cicho.

Tomasz zaśmiał się, nalewając wina.

– Co ty mówisz? Znowu masz te swoje humory?

Wtedy poczułam absolutny, krystaliczny chłód zrozumienia. Jeśli zostanę tu choćby jedną noc dłużej, prawdziwa Agata zniknie bezpowrotnie.

Decyzja zapadła w ułamku sekundy

– Nie będę jadła kolacji – oznajmiłam, wstając.

Tomasz odstawił butelkę z hukiem.

– Siadaj. Nie psuj tego wieczoru. Wydałem mnóstwo pieniędzy.

Nie chodzi o pieniądze, Tomasz. Nigdy nie chodziło o pieniądze.

Ruszyłam na górę, słysząc za sobą jego kroki.

– Dokąd ty idziesz? Agata! Wracaj tu natychmiast!

W sypialni wyciągnęłam spod łóżka starą torbę sportową. Wrzuciłam dżinsy, swetry, bieliznę. Żadnych sukienek, które on wybierał, żadnej biżuterii. Wpadł do pokoju, czerwony ze wściekłości. Jego idealna maska pękła.

– Co ty wyprawiasz? To jakiś cyrk? Chcesz mnie szantażować?

– Odchodzę, Tomasz.

– Odchodzisz? – Zaśmiał się nerwowo. – Gdzie? Do kogo? Nie masz nic. Nie masz pracy, nie masz pieniędzy, nie masz mieszkania. Wszystko, co masz, jest moje. Beze mnie jesteś nikim.

Te słowa powinny mnie zranić, ale tylko potwierdziły moją decyzję.

– Masz rację – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Wszystko tutaj jest twoje. Dlatego niczego nie zabieram. A to, kim jestem bez ciebie… Właśnie zamierzam się dowiedzieć.

Wyminęłam go. Próbował mnie złapać za rękę, ale wyrwałam się gwałtownie.

Nie dotykaj mnie. Nigdy więcej.

W jego oczach zobaczyłam strach człowieka tracącego kontrolę. Zeszłam na dół, minęłam bukiet róż i położyłam na stole kluczyki do samochodu oraz kartę kredytową. Zdjęłam obrączkę, która z brzękiem uderzyła w wazon.

– To za taksówkę – powiedziałam, wyciągając z kieszeni sto złotych, ukryte po sprzedaży starego łańcuszka z komunii. Wiedziałam, że to zaboli go bardziej niż krzyk.

Wyszłam w zimną noc, mając tylko numer do Kaśki zapisany na wymiętym paragonie.

Wygrałam wszystko

W taksówce drżałam z adrenaliny. Kaśka odebrała po drugim sygnale.

– Agata? Co się stało?

Odeszłam od męża. Nie mam gdzie spać.

– Przyjeżdżaj. Mam kanapę w pracowni. Jest twarda, ale nikt ci nie będzie mówił, o której masz gasić światło.

Tej nocy spałam w śpiworze, otoczona zapachem gliny, bez ogrzewania podłogowego, ale w spokoju.

Minęły dwa lata. Rozwód był koszmarem – Tomasz walczył o każdy grosz i próbował postawić mnie w niekorzystnym świetle. Zostałam z niczym, tak jak przepowiadał. A jednak wygrałam wszystko.

Dzisiaj pracuję w pracowni Kaśki, ucząc dzieci lepić z gliny. Moje ręce są brudne, paznokcie krótkie, a na twarzy mam zmarszczki od śmiechu. Wynajmuję małą kawalerkę na poddaszu. Nie mam bukietów róż. Czasami kupuję sobie pęczek goździków albo zbieram polne kwiaty. Stoją w wazonie, który sama ulepiłam – jest krzywy i ma nierówne brzegi. Tomasz wyrzuciłby go do śmieci, ale dla mnie jest najpiękniejszy, bo jest mój.

W lustrze widzę inną kobietę. Nie wystraszoną laleczkę, ale kogoś, kto przeżył więdnięcie i zakwitł na nowo, na własnych zasadach. Wyszłam ze złotej klatki i odkryłam, że latanie bywa przerażające, ale widok z góry jest tego wart.

Agata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama