Reklama

Nie wiem, czy jestem złą kobietą. Może po prostu jestem kobietą głodną – dotyku, słów, uśmiechu. Mam na imię Alicja, mam 48 lat, męża, dorosłą córkę, która mieszka na drugim końcu Polski, i dom, w który codziennie wieczorem cisza aż dzwoni. Mój mąż Marek od lat pracuje w Anglii – wraca zza granicy raz na dwa miesiące, czasem rzadziej. Nie mamy konfliktów, nie ma awantur. Jest za to przyzwyczajenie i rutyna.

To był początek końca

Rano wstaję o szóstej, choć nigdzie mi się nie śpieszy. Piję kawę w ciszy, patrząc przez okno na ogródek, który jeszcze trzy lata temu Marek chciał przerobić na skalniak. Potem sprzątam, gotuję, czasem pójdę na spacer. Oglądam telewizję. Wieczorem dzwoni Marek – rozmowy są krótkie, rzeczowe, jakbyśmy prowadzili wspólne biuro, nie wspólne życie.

– U was śnieg? – pyta ostatnio przez telefon.

– Trochę popadało – odpowiadam. – Dawid z parteru znowu mi odśnieżył podjazd. Fajny chłopak, bardzo pomocny.

– Aha. Dobrze. To pa.

– Pa.

Odkładam słuchawkę i przez chwilę wpatruję się w ekran. Zegar pokazuje 19:14. Jeszcze cztery godziny do snu. Wychodzę na zewnątrz – Dawid właśnie wychodzi ze swojego mieszkania. Macha mi ręką, uśmiecha się szeroko.

– Dzień dobry pani Alicjo! Odśnieżyłem, niech się pani nie poślizgnie! – woła.

– Złoty chłopak z ciebie, jak zawsze. Może herbata? – rzucam z impulsem, bez przemyślenia. – Tak na rozgrzanie, mam malinową...

Uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Z największą przyjemnością!

Nie wiem jeszcze, że ten prosty gest będzie początkiem końca wszystkiego, co znałam. Ale wtedy, na progu zimowego wieczoru, po raz pierwszy od miesięcy, czuję, że ktoś mnie dostrzega.

Nie mogłam przestać

Zima tego roku była wyjątkowo sroga. Śnieg padał bez przerwy, tworząc białą skorupę na dachach, chodnikach, drzewach. Codziennie rano otwierałam drzwi i zastanawiałam się, jak przebrnąć przez zaspy. Ale zanim zdążyłam chwycić za łopatę, podjazd był już czysty. Dawid z parteru – ten sam, który zawsze z uśmiechem mówił „dzień dobry” – regularnie odśnieżał schody, moją furtkę, czasem nawet kawałek chodnika przed domem.

Na początku zostawiałam mu czekoladkę na skrzynce, potem termos z herbatą. Aż któregoś dnia, kiedy znów go zobaczyłam zmęczonego i zmarzniętego, wyszło samo z siebie:

– Wejdź do garażu, tam cieplej. Mam jeszcze ciepłą herbatę. Odpoczniesz chwilę.

Spojrzał na mnie z wahaniem, ale skinął głową. Postawiłam na stole kubki i termos.

– Naprawdę nie trzeba było – powiedział, rozcierając dłonie.

– Trzeba. Dzięki tobie mam czyste buty, a to się w tych czasach ceni – uśmiechnęłam się.

Rozmawialiśmy może kwadrans. O śniegu, o pracy, o tym, że jego samochód znów nie odpalił. Był sympatyczny, dużo się śmiał. Nie krępował się, nie grał kogoś, kim nie był. Właśnie to mnie uderzyło – ten spokój, to, że czułam się przy nim bezpiecznie. Kiedy wychodził, spojrzeliśmy sobie w oczy o sekundę za długo. Poczułam to aż w brzuchu. Ułamek sekundy, który powinien być obojętny, a nie był.

Tłumaczyłam to sobie tym, że byłam po prostu spragniona kontaktu. Nic więcej. Pomagał mi, to było normalne, że chciałam być miła. Tak sobie mówiłam. Od tamtego dnia zaczęłam się przygotowywać. Malowałam rzęsy, chociaż nigdzie nie wychodziłam. Sięgałam po perfumy na specjalne okazje. Nawet śniadanie zaczęłam jeść w szlafroku, dłużej niż zwykle, na wypadek, gdyby zajrzał. Bałam się tego, ale nie mogłam przestać. Czekałam na jego uśmiech, na spojrzenie. Na tę chwilę, kiedy otwierał furtkę.

To był moment

Była już noc, późna, cicha. Śnieg sypał delikatnie, jakby się wahał, czy zostać. Wyszłam z workiem na śmieci, owinięta szalem, w domowych butach. Klatka schodowa była ciemna, jedna z żarówek znów się spaliła. Skrzypienie moich kroków odbijało się echem. Zobaczyłam go dopiero, kiedy już otwierałam drzwi do śmietnika. Stał pod ścianą, oparty niedbale, jakby dopiero co wrócił.

– Pani Alicjo? – zapytał, a ja podskoczyłam.

– Jeju, przestraszyłeś mnie – uśmiechnęłam się nerwowo. – Co ty tu robisz o tej porze?

– Musiałem wyskoczyć do sklepu – podniósł torbę z zakupami, pokazując ją jak dowód. – A pani?

– Śmieci. Klasycznie.

Przez chwilę staliśmy naprzeciwko siebie. I nic więcej nie trzeba było, żeby ta chwila stała się niezręczna. Albo może właśnie przeciwnie – dziwnie gęsta. Milczeliśmy, śnieg sypał między nami, drzwi do klatki otwarte. Ciepło z wnętrza uciekało na zewnątrz.

– Często pani wychodzi wieczorem? – zapytał nagle.

– Nie. Zwykle śpię, ale dziś nie mogłam. Za dużo myśli.

– Aha.

Zbliżył się. Powoli. Krok, może dwa. Serce zabiło mi szybciej. Zatrzymał się, ale nie cofnęłam się nawet o centymetr.

– Zrobiłbym coś głupiego, ale nie wiem, czy mogę – powiedział cicho.

– Nie wiem, co by było głupie – odpowiedziałam.

Nie musiałam kończyć zdania. Pochylił się i pocałował mnie. Nie nachalnie, nie gwałtownie. Krótko, cicho. Jego usta były ciepłe, zaskakująco delikatne. Zamarłam, jakby moje ciało nie wiedziało, czy się ruszyć, czy zostać. Potem cofnął się i powiedział:

– Przepraszam.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się i wbiegłam po schodach. Ręce mi się trzęsły, jakbym uciekła z miejsca, gdzie coś się paliło. Zatrzasnęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i stałam tak przez dłuższą chwilę. W głowie miałam jedno pytanie: czemu go nie odepchnęłam? A zaraz po nim – czemu w ogóle tam zeszłam? Wiedziałam, że to nie było tylko „nic”. Że zaczęło się coś, co nie powinno. Ale czułam się... żywa.

Nie mogłam tego tak zostawić

Następnego ranka usiadłam przy stole, wciąż ubrana w piżamę. Patrzyłam na zegarek, jakbym czekała, aż coś się wydarzy. Zamiast tego zadzwonił telefon. Marek. Odebrałam po drugim sygnale.

– Cześć. Jak tam? – spytał, jego głos był spokojny, może trochę zmęczony.

– W porządku. Śnieg znowu pada – odpowiedziałam z automatu.

– U mnie też. Słuchaj, wracam wcześniej. W niedzielę będę. Udało się pozmieniać grafiki.

Zamarłam. Niedziela? To za dwa dni. W głowie zaczęło mi dudnić. Poczułam, że siedzę zbyt sztywno. Tak, jakby on mógł to zobaczyć.

– Aha... To dobrze. – Przełknęłam ślinę. – Coś się stało?

– Nie. Po prostu stęskniłem się za domem. No i ferie blisko, musimy pomyśleć, co zrobimy. A u ciebie?

– Nic szczególnego.

– Dawid z parteru nadal pomaga z tym śniegiem? – zapytał nagle.

Zawahałam się, ale szybko się opanowałam.

– Tak. Chłopak ma złote serce.

– Dobrze. Muszę kończyć, mam jeszcze dwie rzeczy do ogarnięcia. To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Rozłączyłam się i siedziałam przez chwilę bez ruchu. Potem wstałam, podeszłam do okna. Na podjeździe już nie było śladu śniegu. Dawid był szybszy niż poranek.

Zeszłam do kuchni. Wyjęłam kartkę, długopis. Usiadłam i zaczęłam pisać. Chciałam ułożyć w słowa to, co się stało. Że nie chciałam. Że to był impuls. Że Marek powinien wiedzieć. Ale im więcej pisałam, tym bardziej czułam, że każde zdanie brzmi jak wymówka. Zgniotłam kartkę i wyrzuciłam ją do kosza.

Stałam przez chwilę nad kuchennym blatem. Przypomniałam sobie tamten pocałunek. Ten moment przed. Tę pauzę, w której wszystko było możliwe. Nie mogłam tego tak zostawić. Marek musiał usłyszeć prawdę. Ale nie z kartki, tylko ode mnie. Spojrzałam na kalendarz. Miałam jeszcze dwa dni.

Powiedziałam mu prawdę

Marek przyjechał w niedzielę po południu. Śnieg akurat przestał padać, droga była czarna i mokra. Słyszałam, jak jego auto podjeżdża pod dom, potem jak trzaska drzwiami i przestawia walizkę. Nie wyszłam na powitanie. Siedziałam w kuchni, z dłońmi splecionymi na blacie, jakbym chciała się w nich schować.

– Cześć – powiedział, stając w drzwiach. – Dobrze cię widzieć.

Wstałam, przyjęłam pocałunek w policzek, ale nie odwzajemniłam go. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. On spojrzał na mnie z lekkim niepokojem.

Coś się stało? – zapytał.

Nie odpowiedziałam od razu. Oparłam się plecami o krzesło, spojrzałam w okno, potem znów na niego. Nie było sensu owijać w bawełnę.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam. – Nie chcę, żebyś się dowiedział inaczej. I nie chcę, żeby to we mnie siedziało. Bo się rozsypię.

Zmarszczył brwi, zamilkł. Czekał.

– Dawid... Ten z parteru. Pocałował mnie. A ja... pozwoliłam mu.

Zamarł. Nie poruszył się, jakby próbował zrozumieć, czy dobrze usłyszał.

– Kiedy? – spytał po chwili.

– Kilka dni temu. Wieczorem, w klatce.

Patrzył na mnie długo. W końcu wstał, odszedł dwa kroki, potem wrócił. W końcu wyszedł na balkon. Siedziałam sama w kuchni, słuchając, jak chodzi tam i z powrotem. Nie było krzyku. Nie było „dlaczego”. Tylko cisza i chłód. Po dziesięciu minutach wrócił. Usiadł. Spojrzał mi w oczy.

Kochasz go?

Zamarłam. W głowie kotłowały się myśli, ale żadna nie była jednoznaczna. W końcu tylko pokręciłam głową.

– Nie wiem.

Skinął głową, jakby nie oczekiwał innej odpowiedzi. Nie dotknął mnie, ale też nie odsunął się. Po prostu siedział. W tej chwili nie wiedziałam, czy zostanie, czy wyjdzie. Ale czułam jedno – że mimo tego wszystkiego wreszcie jesteśmy prawdziwi. Bez masek, bez gry.

Wiedziałam już wszystko

Zeszłam do niego dwa dni później. Wiedział już, że Marek wrócił – musiał go widzieć, słyszeć. Otworzył od razu. W progu pachniało kawą i czymś ciepłym, znajomym. Ale nie chciałam siadać.

Powiedziałam mu – zaczęłam.

Zamilkł. Przeniósł wzrok na bok, jakby próbował zebrać myśli.

– Myślałem, że... że to był impuls. Nic poważnego. Nie sądziłem, że mu o tym powiesz.

– Bo dla mnie to było więcej niż impuls – powiedziałam cicho. – A dla ciebie?

Nie odpowiedział od razu. Oparł się o framugę, zdjął czapkę.

– Nie planowałem tego. Po prostu dobrze mi się z tobą rozmawiało. Czułem, że jesteś inna niż wszyscy. Ale nie chciałem ci rozwalać życia. Nie jestem na to gotowy.

Skinęłam głową. Zrobiłam krok w tył.

– Tylko chciałam wiedzieć. Niczego nie oczekuję.

Odszedł bez słowa. Za plecami zamknęły się drzwi. Wiedziałam już wszystko.

Znów zostałam sama

Marek wyjechał po tygodniu. Spakował się rano, nie budząc mnie. Nie powiedział, kiedy wróci. Nie zapytał, czy ferie spędzimy razem. Nie napisał później ani razu. Nie mam do niego o to żalu.

Dawid unikał mnie na klatce. Kiedyś nasze spojrzenia się spotkały, ale zaraz odwrócił wzrok. Nie było w nim złości, raczej wstyd. Albo żal, którego nie umiał nazwać.

Zostałam sama. Nie było to dla mnie nic nowego, ale czułam się inaczej niż wcześniej. Nie bolała mnie cisza w domu. Bolało tylko to, że czasu nie da się cofnąć. Ale nie żałowałam, że powiedziałam prawdę. To był jedyny sposób, żeby nie dusić się w kłamstwie.

Któregoś dnia spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę bez makijażu, ze zmarszczakami i cieniami pod oczami, ale prawdziwą. Taką, która nie wstydzi się swoich pragnień, choć zapłaciła za nie samotnością.

Nie wiem, co dalej. Może Marek wróci, może nie. Może Dawid kiedyś zapuka do moich drzwi, przestanie się wstydzić tego, co się między nami wydarzyło. A może będę już tylko ja – z moim domem, moją ciszą, moim lustrem. Ale wiem jedno. Już nie czekam, aż ktoś mnie zauważy. Wystarczy, że mam siebie i dobrze mi z tym.

Alicja, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama