„Mąż pomagał młodej sąsiadce w remoncie. Układanie paneli i malowanie ścian skończyło się jego przeprowadzką”
„Siedziałam sama w kuchni, patrząc na stygnący gulasz. Z dołu dobiegał warkot wiertarki – dla niego symfonia bycia potrzebnym. Zaczęłam też zauważać, że wynosi z domu drobne przedmioty: stary toster, zapasowe ręczniki, lampkę nocną”.

Byłam przekonana, że po trzydziestu latach wspólnego życia nic nas nie zaskoczy. Ufaliśmy sobie, mieliśmy ustalone rytmy dnia i wspólne plany na emeryturę. Kiedy nowa lokatorka spod czwórki poprosiła mojego męża o pomoc przy przykręceniu karnisza, sama go do niej wysłałam. Przecież trzeba sobie pomagać, prawda? Nie wiedziałam wtedy, że to nie karnisz będzie początkiem końca, ale cała seria drobnych napraw, które ostatecznie naprawiły jej życie, a zrujnowały moje.
Niewinne złego początki
Wszystko zaczęło się w duszne, czerwcowe popołudnie. Siedziałam na balkonie, pielęgnując pelargonie, kiedy na klatce schodowej usłyszałam szuranie i cichy, przepraszający głos. Wyjrzałam przez barierkę: drobna blondynka siłowała się z kartonem ewidentnie przekraczającym jej możliwości.
Mój mąż, Janusz, akurat wracał ze sklepu. Zawsze był szarmancki – to w nim kochałam. Bez słowa odstawił nasze zakupy pod drzwiami i ruszył na dół. Wrócił po dziesięciu minutach, zadowolony, z wypiekami na twarzy.
– Młoda dziewczyna, studentka chyba albo świeżo po studiach – relacjonował, rozpakowując masło. – Patrycja ma na imię. Biedactwo, sama się tu wprowadza, nikogo do pomocy nie ma. Mówiła, że ojciec daleko, a ona nie ma pojęcia, jak podłączyć pralkę.
– To miło z twojej strony, że wniosłeś jej te paczki – powiedziałam, nie czując jeszcze niepokoju. – W dzisiejszych czasach ludzie rzadko są dla siebie życzliwi.
Dwa dni później Patrycja zapukała do naszych drzwi. Miała na sobie za duży t-shirt ubrudzony farbą i bezradny uśmiech, który, jak się okazało, był jej najskuteczniejszą bronią.
– Przepraszam najmocniej, że przeszkadzam – zaczęła cicho, patrząc na mnie wielkimi oczami. – Czy pan Janusz jest w domu? Mam straszny problem z cieknącym syfonem pod zlewem, a hydraulik zaśpiewał taką cenę, że aż usiadłam z wrażenia.
Janusz wyłonił się z salonu niczym rycerz na białym koniu. W naszym domu wszystko działało jak w zegarku, więc brakowało mu wyzwań. Ciekący syfon był jak wezwanie do misji.
– Oczywiście, zaraz wezmę skrzynkę i zejdę – zadecydował, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
Pomyślałam wtedy, że mam dobrego męża. Nie przyszło mi do głowy, że biorąc klucz francuski do ręki, Janusz zaczynał odkręcać śruby trzymające nasze małżeństwo w całości.
Nowa waluta wdzięczności
Mijały tygodnie, a remont u Patrycji zamiast dobiegać końca, nabierał tempa. Okazywało się, że ta dziewczyna nie potrafi zrobić absolutnie niczego sama: od hydrauliki, przez wiercenie dziur w ścianach, aż po zrywanie starej wykładziny. Ja zajmowałam się pracą w księgowości i naszym ogrodem działkowym, który Janusz ostatnio zaniedbywał. Zauważyłam jednak zmianę. Kiedyś wieczory spędzaliśmy przed telewizorem, teraz Janusz znikał na godzinkę, która zamieniała się w trzy. Wracał ożywiony, pachnący pyłem gipsowym i tanią wodą kolońską, którą wygrzebał z dna szafki.
– Ona jest taka wdzięczna, wiesz? – mówił, jedząc odgrzewaną kolację. – Młodzi dzisiaj tacy nieporadni, ale Patrycja przynajmniej docenia fachową rękę. Mówi, że beze mnie musiałaby spać na materacu na podłodze.
Czułam ukłucie w sercu. W naszym domu jego umiejętności były oczywistością. Nie chwaliłam go za każdą wymienioną żarówkę. Tam, za ścianą, każda czynność była celebrowana jak wyczyn. Karmił się tym podziwem. Jego ego rosło z każdym metrem kwadratowym paneli. Próbowałam rozmawiać o tym z siostrą. Spotkałyśmy się na kawie.
– Uważaj, Renata – powiedziała Ela, mieszając nerwowo w filiżance. – To klasyczny schemat. Facet po pięćdziesiątce, kryzys wieku średniego i młoda wpatrzona w niego jak w obrazek. On się czuje znowu potrzebny, męski, silny. W domu jest tylko mężem, tam jest bohaterem.
– Daj spokój, Janusz ma sześćdziesiąt lat na karku, a ona mogłaby być naszą córką – zaśmiałam się nerwowo. – Poza tym on tylko pomaga. Wiesz, jaki on jest, nie potrafi odmówić.
– Właśnie wiem – skwitowała Ela. – I dlatego powinnaś zacząć się martwić.
To nie wyglądało na zdradę
Nie miałam dowodów na cokolwiek złego. Janusz nie ukrywał wizyt, nie chował telefonu. Wszystko odbywało się w świetle dnia, co paradoksalnie usypiało moją czujność.
Pewnego popołudnia postanowiłam zanieść im trochę ciasta. Zeszłam piętro niżej. Drzwi były otwarte. Zobaczyłam scenę z pozoru niewinną, ale wstrząsającą. Janusz stał na drabinie, malując sufit. Patrycja siedziała na podłodze, podając mu wałek. Śmiali się. Janusz rechotał tak głośno i beztrosko, jak nie słyszałam go od lat. Opowiadał historię z wojska, którą znałam na pamięć, a ona słuchała z otwartymi ustami.
– O, Renatka! – zawołał bez cienia poczucia winy. – Zobacz, jak nam idzie! Patrycja wybrała świetny odcień na ściany, taki gołębi błękit. Może u nas też byśmy taki zrobili?
Zamurowało mnie. Od pięciu lat prosiłam go o odświeżenie salonu, słysząc ciągle wymówki. A tutaj sam proponował zmiany.
– Przyniosłam ciasto – powiedziałam sztywno.
– Ojej, pani Renato, dziękuję! – Patrycja zerwała się z podłogi. – Pani mąż to skarb. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Jest taki silny i zaradny. Zazdroszczę pani.
Jej słowa brzmiały szczerze. Ona nie kradła mojego męża podstępem – ona go wchłaniała swoją potrzebą bycia zaopiekowaną. A on dawał się wchłonąć, bo w naszym stabilnym życiu nie było już miejsca na bycie herosem.
Pachniał nie tylko farbą
Jesienią sytuacja się zagęściła. Remont ciągnął się trzeci miesiąc. Janusz wracał do domu tylko spać.
– Nie będzie mnie na obiedzie – rzucił pewnego dnia, szukając śrubokrętu. – Patrycja robi gołąbki w podziękowaniu za położenie gładzi w kuchni. Głupio odmówić, napracowała się dziewczyna.
– A ja co mam zrobić z gulaszem? – zapytałam, czując, jak wszystko się we mnie gotuje.
– Zjesz jutro, albo zamroź. Przecież to nie problem.
Zrozumiałam swój błąd. Przez lata byłam zbyt samodzielna. Płacenie rachunków, organizacja wakacji, dbanie o dom – radziłam sobie ze wszystkim. U Patrycji Janusz był niezbędny. Bez niego jej świat by się zawalił.
Siedziałam sama w kuchni, patrząc na stygnący gulasz. Z dołu dobiegał warkot wiertarki – dla niego symfonia bycia potrzebnym. Zaczęłam też zauważać, że wynosi z domu drobne przedmioty: stary toster, zapasowe ręczniki, lampkę nocną.
– Po co ci to? – zapytałam, gdy pakował nasz stary czajnik elektryczny.
– A, Patrycji się spalił, a my mamy ten nowy. Ten tylko leży i się kurzy. Szkoda wyrzucać, a jej się przyda – odpowiedział beztrosko.
Meblował jej życie naszymi wspomnieniami, powoli wymazując naszą wspólną historię.
Wyniósł się z szafy
W listopadzie wróciłam z pracy wcześniej. Uderzyła mnie cisza, która krzyczała. W przedpokoju nie było butów Janusza. Coś tknęło mnie, by zajrzeć do sypialni. Szafa była przerzedzona. Zniknęły ulubione swetry, połowa koszul, dresy, torba podróżna. Serce biło mi jak oszalałe. Zadzwoniłam do niego. Odebrał po trzecim sygnale, w tle słyszałam muzykę.
– Janusz? Gdzie są twoje rzeczy? – zapytałam wprost.
Zapadła cisza.
– Renia... musimy porozmawiać – powiedział głosem, którego nie poznawałam. – Przyjdę za chwilę.
Te pięć minut trwało wieczność. Analizowałam każdy dzień. Gdzie popełniłam błąd? Czy powinnam była udawać, że nie umiem wbić gwoździa? Kiedy wszedł, stał w progu jak gość.
– Wyprowadzam się – powiedział cicho.
– Do niej? – zapytałam, czując łzy. – Do tej dziewczyny, która mogłaby być twoją córką?
– To nie tak, jak myślisz, Renata. Tu nie chodzi o romans w sensie... fizycznym. Przynajmniej nie tylko. Chodzi o to, jak się tam czuję.
– Czyli jak? – krzyknęłam. – Jak darmowa siła robocza?
– Jak mężczyzna – odparł, patrząc mi w oczy. – Tutaj wszystko jest skończone. Ty jesteś samowystarczalna. Nie potrzebujesz mnie. A ona... ona beze mnie zginie. Tam mam cel. Wstaję rano i wiem, że muszę położyć te cholerne panele. Tutaj wstaję i wiem, że czy jestem, czy mnie nie ma, to ty i tak sobie poradzisz.
– Więc zostawiasz mnie, bo jestem zaradna? Bo stworzyłam ci bezpieczną przystań?
– Zostawiam cię, bo w tej przystani zacumowałem na stałe i zacząłem rdzewieć. Potrzebuję wypłynąć. Nawet jeśli to tylko rejs na parter.
Zabrał resztę rzeczy tego samego wieczoru. Nie szedł daleko, tylko piętro niżej, ale dystans, który nas dzielił, był nie do przebycia.
Przegrałam z remontem
Pierwsze tygodnie były koszmarem. Każdy odgłos z dołu był jak sól na ranę. Wyobrażałam go sobie dumnego w tym błękitnym salonie. Wiedziałam, że Patrycja nie jest dla niego partnerką na całe życie, ale to nie zmieniało faktu, że zostałam sama. Sąsiedzi szeptali, czułam ich wzrok.
Jednak z czasem zaczęłam dostrzegać odzyskaną przestrzeń. Nikt nie zostawiał skarpetek na środku pokoju, nikt nie narzekał na programy w TV. Jadłam to, na co miałam ochotę. Pewnego dnia w kuchni zaczął cieknąć kran. Pierwszy odruch: dzwonić do Janusza. Przecież jest tuż obok. Wybrałam numer... i się rozłączyłam. Nie dam mu tej satysfakcji.
Znalazłam w internecie hydraulika. Młody chłopak naprawił usterkę w piętnaście minut. Patrzyłam na suchy zlew i poczułam dziwną dumę. Poradziłam sobie. Inaczej niż zwykle, ale sobie poradziłam.
Minęło pół roku. Spotkałam Janusza na poczcie. Wyglądał na zmęczonego, miał podkrążone oczy, ubranie mniej zadbane.
– Cześć, Renia – powiedział niepewnie. – Jak... jak w domu?
– Świetnie. Pomalowałam salon. Sama. Na brzoskwiniowo. Wynajęłam ekipę, zrobili to w dwa dni. Bez marudzenia.
Zobaczyłam w jego oczach błysk żalu. Może oczekiwał, że powiem, iż dom popada w ruinę?
– A u was? – zapytałam z grzeczności.
– A, w porządku... – machnął ręką, ale wyczułam fałsz. – Remont skończony. Teraz Patrycja wymyśliła zmianę mebli w kuchni, ale ja już nie mam siły. Poza tym... ona dużo wychodzi. Ma swoich znajomych, imprezy. Często siedzę sam.
Nie czułam satysfakcji, raczej smutek nad człowiekiem, który zamienił pewność na iluzję bycia niezastąpionym. Odszedł do swojego wyobrażenia o sobie, które właśnie zderzało się z rzeczywistością.
– Powodzenia, Janusz – powiedziałam. – Naprawdę.
Wyszłam na wiosenne powietrze. Nie wiedziałam, co przyniesie przyszłość, ale wiedziałam jedno: nigdy więcej nie pozwolę, by moja wartość była definiowana przez to, jak bardzo kogoś potrzebuję. Moje życie wymagało remontu, to prawda. Ale tym razem kierownikiem budowy byłam ja. Wróciłam do swojego brzoskwiniowego salonu. Było cicho, spokojnie i bezpiecznie. Po raz pierwszy od dawna czułam, że jestem we właściwym miejscu.
Renata, 54 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie dostałam od męża żadnego prezentu walentynkowego. Nawet w jeden, wyjątkowy dzień w roku nie mógł się postarać”
- „Mąż zapomniał o prezencie na walentynki. Koleżanki dostały od mężów biżuterię, a ja jakiegoś zwiędłego badyla”
- „Rzuciłam narzeczonego, gdy w walentynki wręczył mi prezent z bazaru. Nie spędzę życia z facetem bez klasy”

