Reklama

Mówią, że najgorsze to żyć obok kogoś, a nie z kimś. Z Mikołajem byliśmy razem trzynaście lat – nie wiem, kiedy przestaliśmy się dotykać tak zwyczajnie, z czułością. Kiedy nasze rozmowy ograniczyły się do listy zakupów i spraw do załatwienia. Kiedy jego spojrzenie zaczęło mnie omijać. Wciąż byłam jego żoną – formalnie. Ale emocjonalnie? Czasem czułam się jak duch kręcący się po mieszkaniu, którego nikt już nie widzi.

Nie mieliśmy dzieci. To znaczy... próbowaliśmy. Nie wiem, czy to nas złamało, czy tylko obnażyło pęknięcia, które i tak były.

Kiedy Mikołaj powiedział, że chce jechać sam na ferie – do Zakopanego, „przewietrzyć głowę” – tylko skinęłam głową. Nie miałam siły się sprzeciwiać, nawet jeśli czułam niepokój. Powiedziałam mu, że rozumiem. Kłamałam.

– Naprawdę pozwoliłaś mu jechać samemu? – Kinga prawie wypluła kawę, kiedy jej o tym powiedziałam.

– On nie prosił o pozwolenie. Po prostu mnie poinformował – wzruszyłam ramionami, choć w gardle miałam gulę wielkości pięści.

– I ty nie zapytałaś, czemu chce jechać sam?

– Mówił, że potrzebuje pobyć ze sobą. Że ostatnio za dużo pracy, za dużo wszystkiego... – próbowałam brzmieć logicznie, racjonalnie, jakby to było coś zupełnie normalnego.

Kinga spojrzała na mnie z tym swoim wyrazem twarzy, który oznaczał tylko jedno: „Coś tu śmierdzi”. Wiedziałam, czułam to, ale bałam się prawdy.

Nie znałam tego zapachu

Wrócił w niedzielę wieczorem. Śnieg wciąż sypał drobnym, zmrożonym puchem, a on wszedł do mieszkania jak ktoś, kto wraca z innego świata. Buty zostawił krzywo przy drzwiach, kurtkę powiesił byle jak, a torby nie rozpakował – rzucił w kąt. Pocałował mnie w policzek, tak jakby od niechcenia. Pachniał inaczej.

Znałam jego zapach. Jego perfumy, płyn do płukania, nawet ten specyficzny zapach skóry po całym dniu. A teraz... było w nim coś nowego. Waniliowego? Albo może jaśminowego? Nie umiałam tego nazwać. Ale to na pewno nie był „on”.

– Dobrze się bawiłeś? – zapytałam, kiedy usiadł na kanapie i włączył telewizor, jakby nic się nie stało.

– Spoko. Dużo śniegu. Cisza, spokój... dobrze mi to zrobiło – powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

Zamilkłam. Nie chciałam być tą, która robi awanturę o zapach. Ale ten zapach kręcił mi się w głowie jak natrętna melodia.

Zmieniłeś perfumy? – rzuciłam niby od niechcenia.

– Co? A, nie. Może jakieś mydło z hotelu. Albo... w windzie ktoś obok stał. Nie wiem. – Wzruszył ramionami, jakby pytanie było zupełnie nieistotne.

Przez chwilę tylko patrzyłam na niego. Jego twarz – niby ta sama, a jednak inna. Spokojna? Nie. Zbyt spokojna. Jakby coś dusił w sobie, co miało się nie wydać.

Wieczorem, gdy poszedł pod prysznic, weszłam do sypialni i powąchałam jego koszulkę. Damskie perfumy. Słodkie, ciężkie, nie dało się tego pomylić. A potem coś jeszcze – coś, czego nie potrafiłam zidentyfikować. W głowie już mi się rozlegało ciche słowo: zdrada. Ale jeszcze nie wypowiedziałam go na głos.

Zaczęłam szukać dowodów

Nie spałam prawie całą noc. Mikołaj zasnął od razu, jakby wyrwany z rzeczywistości. Leżał obok, odwrócony do mnie plecami, spokojny. Oddychał równomiernie, bez snów. A ja leżałam obok niego z oczami wlepionymi w sufit i sercem bijącym tak głośno, że miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Rano, kiedy wyszedł do pracy, zaczęłam szukać.

Nie chciałam tego robić. Naprawdę nie chciałam, ale nie umiałam inaczej. Przeszukałam kieszenie kurtki, torbę, kosmetyczkę. Znalazłam paragon z kawiarni w Zakopanem – dwa cappuccino, dwa razy tiramisu i jedna karafka. Za dużo jak na samotne wyjście po nartach. Potem jego telefon. Wiedziałam, że nie powinnam. Przeszukałam galerię zdjęć – pusta. Historia przeglądarki – wyczyszczona. Nawet notatki – wszystko zresetowane. Jakby ktoś starannie zacierał po sobie ślady.

A im bardziej był czysty, tym bardziej byłam pewna, że coś ukrywa.

– Mikołaj… – zaczęłam wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy kolacji. – Wszystko w porządku między nami?

– Skąd to pytanie? – popatrzył na mnie zaskoczony, ale nie zdziwiony. Jakby się tego spodziewał.

– Nie wiem… jesteś jakiś nieobecny. Chłodny. Jakbyś… wrócił inny.

Westchnął, zamaszyście odkładając widelec.

– Bo wszystko musisz analizować. Po prostu odpocząłem. A ty od razu robisz z tego dramat. Zawsze musisz coś sobie wmówić.

– Nie wmawiam sobie, po prostu… chcę wiedzieć, czy coś się stało.

Wybuchł.

Masz obsesję! Nie można po prostu pojechać samemu na ferie bez robienia z tego opery mydlanej?! Duszę się tutaj. Naprawdę.

To słowo – duszę się – wbiło mi się w serce jak igła. I po raz pierwszy pomyślałam: on już od dawna jest gdzie indziej. A ja się łudzę.

Czułam się martwa

Zaczęło się przypadkiem. Wracałam z pracy wcześniej niż zwykle – odwołali mi spotkanie. Weszłam do mieszkania cicho, nie zapalając światła w przedpokoju. Już miałam rzucić klucze na komodę, kiedy usłyszałam jego głos. Mówił cicho, nienaturalnie łagodnie, prawie szeptem. Zamarłam. Stał w kuchni przy oknie, z telefonem przy uchu.

– …nie wiem, czy dam radę jej to powiedzieć. Tak, wiem. Ale to nie takie proste. Nie chcę jej ranić.

Zrobiło mi się słabo. Oparłam się o ścianę, ręce drżały. Nie słyszałam odpowiedzi z drugiej strony, ale jego kolejne słowa wbijały się we mnie jak szpile.

– Miałem wyrzuty sumienia, ale… przy tobie czuję się inaczej. Żywy. I nie wiem, co z tym zrobić.

Weszłam do kuchni bez słowa. Zobaczył mnie i momentalnie zbladł. Zakończył rozmowę jednym szybkim „muszę kończyć” i odłożył telefon.

– Beata… – zaczął.

Kto to był? – spytałam cicho. Nie krzyczałam. Nie płakałam. Jeszcze nie.

– To nie tak… – Przeszedł się kilka kroków, próbując zebrać myśli. – Nie planowałem tego. Po prostu… stało się.

Czyli mnie zdradziłeś – powiedziałam spokojnie, ale głos mi się załamał.

– Nie spałem z nią – powiedział szybko. – To nie była… fizyczna zdrada. Ale coś poczułem. Coś, czego od dawna nie czułem. I nie wiem, co z tym zrobić.

Patrzyłam na niego, nie mogąc uwierzyć. Był mi obcy. Ten sam mężczyzna, z którym dzieliłam życie, kredyt, codzienność. A teraz mówił mi, że pokochał kogoś innego. Nagle nie mogłam oddychać. Wybiegłam z mieszkania, zostawiając za sobą wszystko – zapach jego nowych perfum, ciszę, w której dźwięczało tych kilka słów: przy tobie czuję się żywy. A ja? Ja czułam się martwa.

Nie mogłam mu wybaczyć

Siedziałam u Kingi na kanapie, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach, ale czułam tyllo chłód. Ręce miałam zimne, serce jakby zamarznięte. Opowiedziałam jej wszystko – każde słowo, każdy gest, każde spojrzenie Mikołaja, odkąd wrócił z wyjazdu.

– Powiedział, że przy niej czuje, że znowu może oddychać – wydusiłam. – Czyli ze mną się dusił? – dodałam już ciszej, do siebie.

Kinga aż jęknęła.

– Beata, to jest klasyk. Klasyk z podręcznika zdrad. "Znowu mogę oddychać", "Nie planowałem tego", "Po prostu się stało". O, i mój ulubiony: "To nie była fizyczna zdrada". – Parsknęła z pogardą.

– Ale przecież mówi, że nie spał z nią. Że tylko... rozmawiali. Że coś poczuł – broniłam go jeszcze, sama nie wiedząc czemu.

A ty mu w to wierzysz?

Zamilkłam. Nie wiedziałam.

– Beata – Kinga pochyliła się w moją stronę – on cię zostawił emocjonalnie już dawno. Ten wyjazd to tylko był pretekst, żeby pozwolić sobie na coś, na co już od dawna miał ochotę.

Patrzyłam na nią, próbując się nie rozpłakać. Ale łzy już napierały.

– Wiesz, co jest najgorsze? Że ja to czułam. Od początku wiedziałam, że coś się stało. I nic nie zrobiłam.

– Bo cię przyzwyczaił, że tak ma być. A ty w to uwierzyłaś – powiedziała ostro. – Ale możesz jeszcze odzyskać siebie.

Tego wieczoru nie wróciłam do domu. Nie miałam siły patrzeć mu w oczy. Czułam, że jeśli wrócę – wybaczę. A na to było jeszcze za wcześnie.

Nie było już odwrotu

Znalazłam ją po tygodniu. Nie szukałam obsesyjnie, ale któregoś dnia usiadłam z laptopem, wpisałam nazwę pensjonatu, w którym Mikołaj był na feriach. Przejrzałam zdjęcia oznaczone lokalizacją, potem profile gości. Po godzinie ją miałam – uśmiechnięta, w białej kurtce, z kieliszkiem w dłoni. Opis pod zdjęciem: “Najlepsze dwa dni od dawna”.

W sercu zgrzytnęło. Na zdjęciu stała karafka i butelka z nazwą, którą widziałam na paragonie z kieszeni Mikołaja. Napisałam do niej. Spokojnie, rzeczowo. „Jestem żoną Mikołaja. Chciałabym się z tobą spotkać. Bez scen. Po prostu chcę porozmawiać”. Odpisała szybko. „Nie wiedziałam, że jest żonaty”.

Spotkałyśmy się dwa dni później, w kawiarni w centrum. Przyszła punktualnie. Średniego wzrostu, ciemne włosy, ciepłe oczy. Nie wyglądała jak femme fatale, jak zagrożenie. Ale przecież nie o wygląd chodziło.

Powiedział ci, że ma żonę? – zapytałam, patrząc jej prosto w oczy.

Zawahała się tylko przez moment.

– Że byliście razem, ale... że to się już dawno wypaliło. Że żyjecie jak współlokatorzy. Że formalność, nic więcej.

Zamknęłam oczy. Poczułam się, jakbym dostała w twarz.

– On naprawde nie planował... tego wszystkiego.

Wpatrywałam się w swój kubek.

– Ja nie przyszłam cię oceniać – powiedziałam w końcu. – Chciałam po prostu wiedzieć, czy to ja zwariowałam, czy on naprawdę mnie zniszczył.

Ona nic nie odpowiedziała. Może nie mogła, może nie chciała. A może wiedziała, że cokolwiek powie, będzie za mało. Wróciłam do domu z czymś, czego nie miałam od dawna: pewnością.

Zdradził mnie nie tylko fizycznie. Zdradził mnie słowami, obrazem, opowieścią o mnie, którą sprzedał innej kobiecie. Rozebrał nasze małżeństwo na części i pokazał je komuś obcemu, jakby było jego własnością. Nie było już odwrotu.

Beata, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama