Reklama

Zaczęło się w dniu, który teoretycznie miał coś znaczyć. Nie wydarzyło się nic dramatycznego, nikt nie krzyczał, nic się w zasadzie nie zawaliło. Ten dzień można było uznać za jeden z wielu typowych, powtarzalnych i obojętnych. A jednak właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może całe moje życie z Robertem było jednym długim „później”. I że jeśli nie odejdę teraz, to zostanę w nim na zawsze, czekając.

Zostałam sama

Obudziłam się wcześniej niż zwykle, choć nie musiałam. Za oknem było jeszcze szaro, a w mieszkaniu panowała ta specyficzna cisza, która pojawiała się zawsze wtedy, gdy Robert szykował się do wyjazdu. Leżałam chwilę bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy z łazienki. Woda, szelest koszuli, jego kroki — wszystko brzmiało znajomo aż do bólu. Wstałam i poszłam do kuchni. Na stole stał kubek, z którego pił kawę dzień wcześniej. Nie schowałam go do zmywarki. Sama nie wiedziałam dlaczego. Może chciałam zachować jakiś ślad jego obecności, zanim znów zniknie.

Robert wszedł do kuchni już ubrany, z torbą przewieszoną przez ramię. Uśmiechnął się do mnie tak, jak zawsze — krótko, bez zastanowienia.

— Wstałaś tak wcześnie? — zapytał, sięgając po telefon.

— Dziś… no wiesz — odpowiedziałam niepewnie. — Dziś są walentynki.

Podniósł wzrok, jakby dopiero teraz to do niego dotarło. Przez sekundę miałam nadzieję, że coś powie, że się zatrzyma.

— Wiem — odparł spokojnie. — Przecież mówiłem, że nadrobimy. Wrócę w weekend.

Skinęłam głową. To było łatwiejsze niż powiedzenie czegokolwiek innego. „Nadrobimy” brzmiało jak hasło, którym dało się przykryć wszystko. Śniadanie, rozmowę, bycie razem.

To tylko jeden dzień — dodał, zapinając kurtkę. — Przecież nie o datę chodzi.

Poczułam, jak coś się we mnie zamyka. Nigdy nie chodziło o konkretny dzień, godzinę ani moment. Zawsze o coś, co miało nadejść później.

— Jasne — powiedziałam cicho. — Rozumiem.

Podszedł i pocałował mnie w czoło. Szybko, mechanicznie, jakby odhaczał punkt z listy. Stałam nieruchomo, czując zapach jego perfum, próbując zapamiętać tę chwilę, choć była pusta.

— Zadzwoń, jak dojedziesz — dodałam.

— Jak zawsze — rzucił już z przedpokoju. — Nie smuć się, dobrze?

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Zostałam sama, w walentynki, w mieszkaniu, które nagle wydało mi się za duże. Przez chwilę wmawiałam sobie, że to nic takiego. Że przecież jesteśmy dorośli, rozsądni. Że stabilność jest ważniejsza niż gesty. Ale gdzieś pod tą całą logiką pojawiło się pęknięcie. Niewielkie, ledwo wyczuwalne. Takie, które jeszcze dało się zignorować — ale już nie zapomnieć.

Nic się nie waliło

Zamknęłam drzwi na dwa zamki, choć nie było takiej potrzeby. Ten odruch pojawiał się zawsze, gdy Robert wyjeżdżał. Jakbym próbowała zabezpieczyć nie mieszkanie, a samą siebie. Oparłam się o drzwi i przez chwilę stałam bez ruchu, wsłuchując się w ciszę, która tym razem nie była chwilowa. Zdjęłam kurtkę, odwiesiłam ją na haczyk i dopiero wtedy zauważyłam kartkę przyczepioną do lodówki. Jego pismo. Krótkie, równe litery.

„Wracam w piątek. Zrobimy coś fajnego. Kocham”. Przeczytałam to kilka razy. „Zrobimy coś fajnego” było dokładnie tym samym, co „później”. Bez treści, bez kształtu. Odłożyłam kartkę na blat, jakby była rachunkiem, którym zajmę się innym razem. Usiadłam przy stole i rozejrzałam się po kuchni. Wszystko było na swoim miejscu, tak jak w naszym związku. Nic się nie waliło, nic nie krzyczało o uwagę. A jednak zaczęłam w myślach układać listę. Sama się pojawiła, bez zaproszenia.

Rozmowa o tym, że czuję się sama. Później.

Wspólny wyjazd, nie służbowy, nie „przy okazji”. Później.

Decyzja o tym, dokąd to wszystko zmierza. Później.

Przypomniałam sobie wieczór sprzed kilku miesięcy, gdy siedzieliśmy na kanapie, a ja zbierałam się na odwagę.

— Robert, myślałeś kiedyś, jak będzie za parę lat? — zapytałam wtedy, udając lekkość.

— Jasne — odpowiedział bez wahania. — Jak skończę ten projekt, wszystko się poukłada.

Projekt się skończył. Potem zaczął się kolejny. Wstałam i przeszłam do salonu. Na półce stały rzeczy, które kupowaliśmy razem, ale używałam ich głównie ja. Koc, pod którym zasypiałam sama, kiedy on pracował do późna. Ramka ze zdjęciem z wakacji, na których częściej patrzył w telefon niż na mnie. Zrozumiałam, że nie brakowało nam czasu. Brakowało decyzji, by być naprawdę obecnym. I że ja od dawna zgadzałam się na bycie dodatkiem do jego planów, bo bałam się przyznać, że to za mało. Tego dnia po raz pierwszy nie próbowałam się uspokoić. Pozwoliłam, żeby to poczucie nieważności wybrzmiało do końca.

Kiwałam głową

Pierwszy wieczór minął spokojniej, niż się spodziewałam. Nie było tego charakterystycznego napięcia, kiedy zerkałam co chwilę na telefon, zastanawiając się, czy już wypada napisać, czy jeszcze poczekać. Telefon leżał na stole, ekran pozostał ciemny. I nagle dotarło do mnie, że ta cisza nie boli. Ona mnie nie uciska. Ona nie domaga się uwagi. Zrobiłam kolację tylko dla siebie. Bez planowania godziny, bez pytania, czy coś podgrzać, czy poczekać.

Jadłam powoli, słuchając dźwięków z klatki schodowej, jakby były czymś nowym. Każdy drobiazg miał w sobie dziwną lekkość. Usiadłam na kanapie z kocem, tym samym, pod którym zwykle zasypiałam sama. Tym razem nie było we mnie żalu. Zamiast niego pojawiło się pytanie, które przyszło nagle i nie chciało zniknąć: dlaczego dopiero teraz czuję się mniej samotna. Przypomniałam sobie wieczory, gdy Robert był obok, a ja i tak czułam się jak intruz w jego myślach. Jego wzrok uciekający w ekran, krótkie odpowiedzi, cierpliwe „zaraz”, które nigdy nie przechodziło w „teraz”.

Pogadamy później, dobrze? — mówił często, nawet nie podnosząc głowy.

A ja kiwałam głową. Zawsze. Teraz nikt nie odkładał mnie na półkę. Nikt nie prosił o cierpliwość. Cisza nie była przerwą między ważniejszymi sprawami. Była całością. Drugiego dnia obudziłam się bez uczucia ciężaru w klatce piersiowej. To mnie przestraszyło. Przez chwilę szukałam w sobie smutku, jakby był dowodem na to, że coś znaczyłam. Zamiast niego pojawiła się jasna, bolesna myśl: byłam samotna dużo wcześniej, tylko nie nazywałam tego po imieniu. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na jego pustą stronę. Ułożona, nienaruszona. Jakby nikt tu nie spał od dawna. I wtedy zrozumiałam, że ta cisza mówi więcej niż wszystkie nasze rozmowy razem wzięte.

Pojawił się lęk

Zaczęłam od szafy, choć to było najmniej logiczne. Ubrania Roberta wisiały równo, posegregowane kolorami, jakby nawet tu panował porządek ważniejszy niż emocje. Przesuwałam wieszaki jeden po drugim, dotykając materiałów, które znałam lepiej, niż chciałam. Każda koszula przypominała poranek podobny do tego walentynkowego. Pośpiech, skupienie, brak miejsca na mnie.

Wyjęłam swoją walizkę z górnej półki. Była zakurzona, używana rzadko, zwykle przy okazji wyjazdów, które musiałam dopasować do jego grafiku. Postawiłam ją na łóżku i przez chwilę tylko na nią patrzyłam. Serce biło mi szybciej, ale nie z paniki. Bardziej z czegoś, co przypominało ulgę pomieszaną ze strachem. Pakowanie nie było gwałtowne. Składałam rzeczy spokojnie, metodycznie. Swetry, które nosiłam, gdy było mi chłodno nie tylko fizycznie. Sukienkę, którą kiedyś kupiłam z myślą o kolacji, do której nigdy nie doszło. Każdy przedmiot był jak pytanie: dlaczego to wciąż trzymam?

W łazience stały dwa kubki na szczoteczki. Zabrałam swój, zostawiając pustą przestrzeń obok. Ten widok uderzył mnie mocniej niż się spodziewałam. To było pierwsze realne przesunięcie granicy, pierwsza rzecz, której nie dało się już „nadrobić”.

Usiadłam na podłodze w salonie, wśród kilku rzeczy, które postanowiłam zabrać. Reszta została. Meble, wspólne zakupy, przedmioty bez emocji. Zrozumiałam, że przez lata inwestowałam głównie ja: czas, cierpliwość, wyrozumiałość. On dawał stabilność, ale nigdy siebie w całości. Pojawił się lęk. O to, co dalej. O to, czy nie przesadzam. Czy nie powinnam jeszcze raz poczekać. Ale zaraz za nim przyszła myśl — spokojna i zaskakująco jasna: czekanie było wszystkim, co do tej pory robiłam. Zamknęłam walizkę. Dźwięk zamka brzmiał jak decyzja, której już nie musiałam wypowiadać na głos.

Nie czekałam na odpowiedź

Usiadłam jeszcze raz przy stole w kuchni, tym samym, przy którym tyle razy czekałam. Tym razem nie na niego, tylko na siebie. Wyjęłam telefon i zobaczyłam wiadomość od Roberta, wysłaną kilka minut wcześniej.

„Wszystko w porządku? Daj znać, jak będziesz miała chwilę. Pogadamy później”.

Później. To słowo nie wywołało już we mnie żadnej reakcji. Ani złości, ani żalu. Tylko ciche zrozumienie. Wtedy dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć: on naprawdę wierzył w to „kiedyś”. Nie zwodził mnie celowo. W jego świecie bliskość była czymś, co można przesunąć, zaplanować, nadrobić. Jak spotkanie, które da się wpisać do kalendarza w wolnym okienku.

A ja nie umiałam już żyć w trybie oczekiwania. Napisałam krótką wiadomość. Bez oskarżeń, bez dramatycznych słów. Że muszę odejść. Że nie chodzi o delegację ani o walentynki. Że chodzi o czas, którego nie da się cofnąć ani zapisać na później. Nie czekałam na odpowiedź. Zamknęłam drzwi mieszkania powoli, uważnie, jakby to był zwykły dzień.

Na klatce schodowej było chłodno, ale oddychało mi się lżej. Nie wiedziałam, dokąd dokładnie pójdę ani jak będzie wyglądało jutro. Po raz pierwszy jednak nie zostawiałam siebie na koniec listy. Odeszłam nie po to, by coś udowodnić. Odeszłam, bo zrozumiałam, że jeśli zostanę, jedyną stałą obietnicą będzie „później”. A ja nie chciałam już czekać.

Alina, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama