Reklama

Nie od razu zorientowałam się, że coś jest nie tak. Na początku to było tylko przeczucie — jakby Marek, mój mąż, odsuwał się ode mnie centymetr po centymetrze. Milczał częściej niż mówił, wychodził wcześniej do pracy, wracał później. Tłumaczył się zmęczeniem, natłokiem obowiązków, „trudnym okresem w firmie”. Nie miałam powodów, by mu nie wierzyć: całe życie byłam tą, która ufa. Niepracującą żoną, która ogarnia dom, dzieci, zakupy, obiady, wizyty u dentysty, łzy po jedynce z matmy. On zarabiał. Tak się umówiliśmy. Tak było przez lata.

Ale od kilku miesięcy przestał przelewać mi pieniądze. Mówił, że musimy oszczędzać, „zaciskać pasa”. Najpierw przymknęłam na to oko. Potem zaczęło brakować na podstawowe rzeczy. Stałam przed kasą w osiedlowym sklepie z drżącą ręką, licząc drobne, żeby wystarczyło chociaż na mleko. Zaczęłam się wstydzić: przed ekspedientką, przed dziećmi, przed sobą. Żeby poprosić go o pieniądze, musiałam czekać, aż będzie w dobrym humorze. Jakby to nie były nasze pieniądze. Jakbym nie była jego żoną. Jakbym była nikim.

Oczy miał zimne

— Marek, nie mamy chleba. Nawet dzieci to zauważyły. Nie mogę nic kupić, skoro nic nie przelewasz — powiedziałam cicho przy kolacji.

Starszy syn akurat kończył rosół, młodszy dłubał w ziemniakach. Marek nawet nie spojrzał znad telefonu.

— Przestań dramatyzować. Nie jestem bankomatem. Zacznij lepiej gospodarować pieniędzmi — burknął, nie podnosząc wzroku.

Zaparło mi dech.

— Przepraszam, ale jak mam gospodarować… niczym? Od trzech tygodni dokładam z oszczędności na komunie, urodziny, odkładane grosze... Z lodówki wieje pustką, a ja nie mam nawet na podpaski!

W końcu spojrzał na mnie. Oczy miał zimne. Takie, jakich dotąd nie znałam.

— Alicja, jakbyś nie kupowała dzieciom drogich jogurtów i nie wracała z torbami pełnymi śmieci, to by starczyło.

— Naprawdę? — Poczułam, jak ściska mnie w gardle. – To są „śmieci”? Jogurty i szynka dla twoich dzieci to rozrzutność?! Marek, to są zakupy spożywcze, nie Chanel!

Wstał od stołu.

— Dobrze, już słyszałem. Nie mam teraz siły na twoje histerie.

— Histerie? — szepnęłam, jakby mnie uderzył. — Ja tylko proszę cię o pieniądze, bo nie mamy co jeść. A ty się obrażasz jak dzieciak.

— Ja pracuję po dziesięć godzin dziennie, a ty siedzisz w domu i rozliczasz mnie z każdej złotówki.

Zamknęłam oczy. Czułam się jak sprzątaczka, darmowa opiekunka i zbędny wydatek w jednym. Kiedyś planowaliśmy razem, śmialiśmy się do rana. Teraz czułam się jak intruz. Jak obowiązek, z którego już nie czerpał korzyści. Chłopcy siedzieli cicho. Wiedzieli, że lepiej się nie odzywać. Ja też już nic nie powiedziałam. Zgarnęłam talerze, jakbym nie istniała. Ale coś we mnie pękło.

Kiedyś wiedziałam wszystko

— Ala, on cię po prostu oszukuje. Żaden facet nie odcina żony od pieniędzy, jak wszystko jest okej. — Basia mówiła to spokojnie, ale ton miała nieubłagany. Siedziałyśmy w jej kuchni przy kawie, która smakowała lepiej niż wszystko, co ostatnio piłam.

— Nie, Basia, nie mów tak. Marek to nie jest ten typ. On nie jest… — urwałam. Sama nie wierzyłam w to, co mówię.

— Nie jest? To się rozejrzyj, Ala. Pół osiedla wie, że jak facet zaczyna znikać z domu, przestaje dawać na zakupy i wybucha, jak prosisz o pieniądze, to coś jest na rzeczy. Albo długi, albo inna baba.

Pokręciłam głową, ale nie miałam już w sobie tej złości, co kiedyś, tylko zmęczenie.

Marek nie ma kochanki. Przecież nawet nie ma kiedy.

— Naprawdę? W pracy do późna? Delegacje co dwa tygodnie? Daj spokój, Ala. On ma kiedy. Ty nie masz, bo siedzisz tu z dzieciakami.

Zamilkłam. Coś we mnie zadrżało. Przypomniałam sobie, że ostatnio pachniał innymi perfumami. I że wracał z pracy z dziwnym uśmiechem — nie takim kierowanym do mnie czy do dzieci. W takim razie... dla kogo go miał?

— Boże… — wyszeptałam.

— Nie mówię, że na pewno cię zdradza. Ale ty masz prawo wiedzieć, co się dzieje. Zadbaj o siebie. Zadbaj o dzieci. I przestań się bać, że jak zadasz pytanie, to wszystko się rozpadnie. Bo może już się rozpadło, a ty tylko tego nie zauważyłaś.

Wróciłam do domu i patrzyłam na Marka jakby pierwszy raz. Jego torba, zegarek, telefon z nowym kodem. Kiedyś wiedziałam wszystko, dziś nie wiedziałam nawet, w którym hotelu był trzy dni temu. Zaczęłam łączyć kropki. I nie podobał mi się obraz, który tak powstawał.

Poczułam, że mnie mdli

Znalazłam to przypadkiem. Chciałam uprać kurtkę Marka, bo śmierdziała papierosami. On niby nie pali, a kurtka śmierdziała jak bar pod monopolowym. W jednej z kieszeni trafiłam na złożony paragon. Zadrżały mi ręce. Bransoletka. 1800 złotych. Butik jubilerski w centrum. Dwa dni temu.

Zaparło mi dech. W głowie mi się nie mieściło. Dla mnie nie miał na chleb, a kupił bransoletkę? I to za tyle? Znalazłam więcej. W kieszeni marynarki był rachunek z restauracji w hotelu. Dwie osoby. Wino za 300 zł. Trzydaniowa kolacja. Inny paragon — nocleg w apartamencie. Pojedynczy pokój? Nie. Pokój dla dwóch osób z łóżkiem typu king size. Poczułam, że mnie mdli. Usiadłam na podłodze w sypialni, opierając się dłońmi o zimne kafelki. Serce tłukło mi się w piersi. To się działo naprawdę.

Wieczorem Marek powiedział, że idzie na spotkanie służbowe. Poszedł. A ja poszłam za nim. Śledzenie kogoś to dziwne uczucie. Strach miesza się z adrenaliną. Gdy wysiadał z taksówki pod hotelem, ręce mi się trzęsły. Kiedy zobaczyłam ją — młodą, długonogą brunetkę w czerwonym płaszczu, jak podchodzi i całuje go w usta… coś się we mnie rozpadło. Już nie miałam złudzeń.

— Basia… on ma kochankę — wyszeptałam potem do telefonu. — Widziałam ich razem. Całował ją, jakby była jego żoną. A ja? Ja nie mam nawet na zakupy…

Wróciłam do domu i rzuciłam torbę na podłogę. Wszystko, co we mnie siedziało, eksplodowało. Rzuciłam kubkiem w ścianę. Potem drugim. Dzieci schowały się w swoich pokojach, a ja osunęłam się na zimne płytki w kuchni. W dłoni ściskałam rachunek za bransoletkę, jakby to był dowód mojej własnej naiwności. I tylko jedno pytanie nie dawało mi spokoju: dlaczego?

Nie miał siły kłamać

Czekałam na niego. Siedziałam przy stole, w tej samej kuchni, w której płakałam godzinę wcześniej. Na blacie leżały rachunki: paragon za bransoletkę, kolacja, hotel. Obok telefon ze zdjęciem, jak całuje ją na tle hotelowego wejścia. Miałam wszystko. Gdy wszedł, był zmęczony. Zmieszany. Nie zdążył zdjąć butów.

— Co to jest? — Rzuciłam paragonami prosto w jego torbę.

— Co ty robisz? — Zamarł.

— Może wyjaśnisz, Marek. Za co ta bransoletka? Za te schadzki? Czy za to, że trzyma buzię na kłódkę?

— Spokojnie, nie krzycz. Dzieci są w domu.

— Dzieci? Ty się nagle martwisz o dzieci?! A kiedy nie miały co jeść, to co, Marek? Wtedy też tak bardzo ci zależało?!

— To nie jest takie proste… — próbował, ale nie słuchałam.

— Proste? To ja ci powiem, co jest proste: 1800 złotych na kochankę. Zero złotych na własne dzieci. To jest bardzo proste.

Widziałam, że już nie będzie się wypierał. Nie miał siły kłamać. Usiadł.

— Karolina mnie rozumie — rzucił cicho, jakby to cokolwiek wyjaśniało. — Z tobą… z tobą od dawna już nic mnie nie łączy.

— A mnie coś łączyło z tobą — wycedziłam. — Przez te wszystkie lata. Z tobą, z naszym domem, z dziećmi, z twoim zmęczeniem, z twoimi humorami. I co dostałam w zamian? Głodówkę. Pogardę. I zimną ciszę.

— Chciałem… nie wiem, chciałem tylko znowu poczuć się ważny – mamrotał.

— To trzeba było zapisać się na terapię, a nie szukać szczęścia u innej!

Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł do salonu. Ja zostałam w kuchni. W końcu wzięłam szklankę i rozbiłam ją o ścianę. Nie płakałam. Już nie.

Zostałam sama

Rano wstałam wcześniej niż zwykle. Dzieci jeszcze spały, Marek już wyszedł. Albo do niej, albo po prostu uciekł. Nie interesowało mnie to. Zaparzyłam kawę i usiadłam z notesem. Pierwszy raz od miesięcy poczułam, że mam coś do zrobienia. Że mam plan. Najpierw zadzwoniłam do prawnika. Koleżanka z liceum kiedyś mówiła, że prowadzi sprawy rozwodowe. Odebrała. Umówiłyśmy się na środę. Potem założyłam własne konto. Jeszcze nie miałam z czego żyć, ale wiedziałam, że to pierwszy krok. Konto na moje nazwisko. Tylko moje. Nikt nie miał prawa mi go zablokować.

Później napisałam CV. Z trudem, ale napisałam. Nie miałam czym się chwalić — ostatnia praca dziesięć lat temu. Ale umiałam organizować dom, ogarniać logistykę z dwójką dzieci, robić zakupy z pięćdziesięciu złotych. Zawsze można to jakoś sprzedać.

— Basia… podjęłam decyzję — powiedziałam do telefonu. — Składam papiery. Szukam pracy. On się wyprowadza. Skończyło się.

— Jestem z ciebie dumna — odpowiedziała tylko. — To pierwszy krok.

Po południu powiedziałam dzieciom. Bez szczegółów. Że tata się wyprowadza. Że zostajemy razem. Że wszystko będzie dobrze. Wieczorem Marek spakował się w milczeniu. Wziął walizkę, plecak, torbę z dokumentami. Nie zapytał o dzieci czy o mnie. Wyszedł. Zostałam sama, a jednak po raz pierwszy od miesięcy czułam, że jestem u siebie. Nie wiedziałam, co dalej. Bałam się, ale ten strach był inny. Nie sparaliżował mnie. On mnie pchał naprzód.

Alicja, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama