„Mąż nie lubił zimy, ale chętnie wychodził z córką na sanki. W końcu Zuzia zdradziła mi, co tata wtedy naprawdę robił”
„Kiwnęłam głową i przytuliłam ją mocno. Spojrzałam na Tomka, który stał w korytarzu oparty o framugę i wgapiał się w telefon. Przez chwilę nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa. Uśmiech? Kawa? Kominek? Moje dziecko mówiło to z taką prostotą, jakby opowiadało o wiewiórce w parku. A ja poczułam się, jakby ktoś mnie opluł”.

- Redakcja
Czasem patrzę na nasze zdjęcie z wakacji w Kołobrzegu. Siedzimy we trójkę na plaży – ja, Tomek i mała Zuzia z plastikową łopatką w dłoni. Wszyscy uśmiechnięci, opaleni, jakbyśmy naprawdę byli szczęśliwi. I może wtedy byliśmy. Może wtedy jeszcze nie rozchodziliśmy się w myślach tak bardzo, jak teraz.
Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało – czy to była któraś z tych nieprzespanych nocy, kiedy Zuzia ząbkowała, a Tomek spał jak zabity? A może kiedy po raz kolejny odłożyłam książkę, żeby wyjąć pranie, a on tylko wiecznie narzekał, bo... „był zmęczony po pracy”? Może to przyszło później, po prostu. Z dnia na dzień. Powoli, prawie niezauważalnie.
Mój mąż nigdy nie przepadał za zimą. Gardził śniegiem, narzekał na sól na butach i zamarznięte wycieraczki. Tym bardziej zdziwiłam się, gdy w styczniu pewnego dnia oznajmił, że od teraz on będzie wychodził z Zuzią na sanki. „Niech się dziecko dotleni” – powiedział. „Będzie frajda”.
Z początku przyjęłam to z wdzięcznością. Naprawdę. Ciepły koc, kawa z mlekiem, rozdział książki bez przerywania... Czułam się, jakbym przez chwilę znowu była sobą. Ale potem zaczęłam zauważać szczegóły, które nie pasowały do obrazka „troskliwego ojca”.
Po pierwsze – zaczął wracać później. Niby z parku, niby „Zuzia nie chciała wracać”, ale Zuzia opowiadała, że bawiła się tylko godzinę. Po drugie – pewnego dnia jego kurtka pachniała kawą. Nie naszą, domową. Tą z papierowego kubka, lekko cynamonową. Po trzecie – był dziwnie... ożywiony. Jakby po tych spacerach wracał z zupełnie innego świata. Świata, którego nie byłam częścią.
Zaczęło mnie to dręczyć. Na tyle mocno, że nie mogłam spać. Leżałam, wpatrzona w sufit, licząc w myślach, ile razy w ostatnim miesiącu wracał po zmroku. I wtedy zaczęłam się domyślać, że może te zimowe spacery nie są tylko dla Zuzi.
Coś sie zmieniło
– Od kiedy ty kochasz śnieg i świeże powietrze? – zapytałam, ledwo powstrzymując się, żeby nie podnieść głosu. Stał w przedpokoju, strzepywał śnieg z butów i wyglądał, jakby naprawdę nie rozumiał, o co mi chodzi.
– Zuzia lubi. To źle, że spędzam z nią czas? – odpowiedział obojętnie, jakby nie był to temat warty rozmowy. Przeszedł obok mnie i poszedł do kuchni, zostawiając ślady na podłodze.
– To czemu wracasz później? – podążyłam za nim. – Przychodzisz, jakbyś wracał z jakiegoś spotkania, nie z parku.
– Przesadzasz. O co ci chodzi?
– Nie wiem. Myślę, że coś się zmieniło – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Nie spojrzał mi w oczy. Wziął szklankę wody i upił łyk, jakby to miało mu pomóc znieść ten temat.
– Nie dramatyzuj, Dorota. Nie wszystko kręci się wokół ciebie – rzucił i wyszedł z kuchni.
W tamtej chwili poczułam, jak coś mi się zaciska w gardle. Nie z bólu, z wściekłości. Siedziałam potem na kanapie, udając, że oglądam wiadomości. W rzeczywistości roztrząsałam każdą jego reakcję. Spuścił wzrok, odpowiadał z opóźnieniem. Uciekał od rozmowy.
Przez chwilę myślałam, że może jestem niesprawiedliwa, że wymyślam sobie scenariusze. Ale on nigdy wcześniej nie unikał rozmowy. Nawet jak się kłóciliśmy, zawsze stawał do niej twarzą. A teraz... Teraz coś było inaczej.
To było jak policzek
Zuzia wbiegła do mieszkania cała rozradowana, z czerwonymi policzkami i czapką zsuniętą na jedno ucho. Rzuciła się do mnie, trzymając w rączce połamaną łopatkę do śniegu.
– Mamusiu, patrz! Zepsuła się, ale pani Marta dała mi nową! Taką zieloną, z pieskiem!
Znieruchomiałam. Pani Marta? Tomek rozbierał się w przedpokoju i udawał, że nie słyszy. Zuzia opowiadała dalej, siadając obok mnie na dywanie.
– Pani Marta była z nami w parku. Jej synek, Staś, też jeździł na sankach. A potem szliśmy razem.
– A kto to pani Marta? – zapytałam jak najspokojniej, choć czułam, jak napinają mi się mięśnie karku.
– Taka miła pani. Tata mówi, że lubi jej uśmiech – powiedziała lekko, z dziecinną beztroską, zupełnie nieświadoma, co właśnie zrobiła. – I że Staś jest super, bo nie marudzi jak inne dzieci.
– Co jeszcze mówił tata?
– Nie wiem… Potem poszliśmy z panią Martą i Stasiem do ich domu. Mieli kominek! I tata też wypił kawę. Ale ja nie mogłam, bo jestem dzieckiem, prawda?
Nie odpowiedziałam. Kiwnęłam głową i przytuliłam ją mocno. Spojrzałam na Tomka, który stał w korytarzu oparty o framugę i wgapiał się w telefon. Przez chwilę nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa. Uśmiech? Kawa? Kominek? Moje dziecko mówiło to z taką prostotą, jakby opowiadało o wiewiórce w parku. A ja poczułam się, jakby ktoś mnie w tej chwili opluł.
Wiedziałam, że kłamie
Wieczorem, kiedy Zuzia już spała, a cisza w mieszkaniu zdawała się jeszcze bardziej przytłaczająca niż zwykle, podeszłam do Tomka. Siedział w salonie, udając, że coś przegląda na laptopie.
– Kim jest Marta? – zapytałam prosto, nie próbując nawet zmiękczać tonu.
Zamarł. Uniósł wzrok powoli, jakby miał nadzieję, że może się przesłyszał. Ale wiedział dobrze, co powiedziałam.
– Marta? – powtórzył. – No, taka dziewczyna z parku. Samotna matka. Zuzia bawi się ze Stasiem, to czasem z nią gadam.
– Tylko gadacie? – przycisnęłam.
– No przecież nie robimy nic złego, Dorota. Trochę rozmawiamy. Co, teraz nawet pogadać z kimś nie mogę?
Westchnęłam. Patrzył na mnie bez przekonania, z tym swoim wymuszonym spokojem, który miał mnie niby uciszyć. Ale ja już nie dawałam się uciszyć.
– Powiedziałeś jej, że lubisz jej uśmiech?
Zaczął coś mówić, tłumaczył się i wykręcał, ale ja już nie słuchałam. Wiedziałam, że kłamie. I szybko okazało się, że mam rację.
Wieczorem, kiedy położyłam Zuzię spać i wychodziłam z jej pokoju, usłyszałam cichy szelest za drzwiami łazienki. Po chwili rozpoznałam jego głos, stłumiony, niski, przyciszony, jakby rozmawiał przez telefon. Podeszłam na palcach i przylgnęłam do drzwi. Mówił szeptem, ale słowa docierały wyraźnie.
– Dobrze cię słyszeć… Zuzia cię lubi… Wiesz, też lubię te nasze rozmowy…
Zrobiło mi się niedobrze. Serce waliło mi tak mocno, że prawie nie słyszałam dalszej rozmowy. Otworzyłam drzwi.
– Z kim rozmawiasz?
Odwrócił się gwałtownie. Zamarł, jakby właśnie przyłapano go na kradzieży.
– To z pracy – powiedział szybko, niemal automatycznie.
– Nie kłam. Wiem, że to Marta. Co się dzieje?
Nie odpowiedział. Stał z telefonem w dłoni, z tym samym spojrzeniem, które kiedyś widziałam u niego, gdy ktoś go przyłapał na kłamstwie jeszcze w liceum. Wtedy chodziło o wybitą szybę. Teraz – o coś, co mogło rozbić całe nasze małżeństwo.
– Tomek. Co się dzieje? – powtórzyłam, już bez siły.
Zamilkł. I to milczenie było gorsze niż jakiekolwiek słowa.
Chciałam poznać prawdę
Siedzieliśmy przy stole. Bez światła, tylko lampka nad kuchenką dawała słabe, żółte światło. Zuzia spała, a w mieszkaniu panowała cisza, której nie chciałam. Wolałam, żeby się kłócił, żeby zaprzeczał, żeby się bronił. A on siedział, jakby sam nie wiedział, po co tu jeszcze jest.
– Powiedz mi wszystko. Bez owijania, bez półsłówek. Albo mówisz prawdę, albo pakujesz się i wychodzisz – powiedziałam twardo.
Przełknął ślinę, podrapał się po karku i spojrzał gdzieś w bok, nie na mnie.
– Marta to samotna matka. Jej syn chodzi do tego samego przedszkola co Zuzia. Poznałem ją w parku. Była… miła. Rozmawialiśmy, trochę częściej niż raz. Czasem… pijemy razem kawę. I czasem siedzimy chwilę razem.
– A potem idziesz do jej domu, z naszą córką i mówisz jej, że lubisz jej uśmiech?
Zacisnął usta. Milczał przez dłuższą chwilę.
– Lubię z nią być – powiedział w końcu.
– Zakochałeś się? – zapytałam prosto.
– Nie wiem – odpowiedział. – To nie jest takie proste. To nie romans, Dorota. Nie... nie było nic fizycznego. Ale… ona mnie rozumie. Nie narzeka. Jest ciekawa, co u mnie. Pyta, jak się czuję. Rozmawia ze mną tak, jak ty kiedyś.
Zabolało mnie to. Nie dlatego, że mówił o niej z sympatią. Zabolało, że przypominał mi, że coś między nami wygasło. Ale czy to usprawiedliwiało tę bliskość, te spacery, te rozmowy przez telefon, ten kominek, tę ciszę między nami?
– A ja? Zajmuję się domem, dzieckiem, robię wszystko, żebyśmy się nie rozsypali, a ty w tym czasie szukasz kogoś, kto cię wysłucha?
– Nie szukałem. To się samo zaczęło. Nawet nie wiem, kiedy…
Spojrzałam mu prosto w oczy. Nie było w nich skruchy. Tylko zagubienie.
– Wiesz, Tomek, ja się nie boję tej kobiety. Boję się tego, że tobie już nie zależy.
Nie zaprzeczył.
Musiałam to przemyśleć
Wyszłam z mieszkania, zanim wstał świt. Przeszłam przez osiedle w milczeniu, mijając zasypane samochody i lampy, które jeszcze się nie wyłączyły. Sanki Zuzi stały oparte o klatkę schodową, przysypane śniegiem. Przeszłam obok nich. Dotarłam do parku. Tego samego, do którego Tomek chodził codziennie. Zamarznięta trawa skrzypiała pod butami, ławki były oprószone świeżym śniegiem.
Usiadłam na tej, na której kiedyś, kilka lat temu, piliśmy razem herbatę z termosu. Wtedy trzymał mnie za rękę i mówił, że nigdy nie wyobrażał sobie życia z kimś innym. Potem przyszedł Zuzia. Pranie, rachunki. Przemilczane wieczory. Aż w końcu ktoś, kto miał czas, by go wysłuchać. Siedziałam długo, aż zaczęłam drżeć z zimna. Nie chciałam wracać, ale musiałam.
Kiedy weszłam do mieszkania, Tomek był już ubrany. Siedział w kuchni, patrzył w okno. Nie powiedział ani słowa. Spojrzał na mnie i odwrócił wzrok. Zuzia wbiegła do pokoju, z poduszką pod pachą i uśmiechem.
– Mamusiu, tata dziś nie idzie na sanki. Może ty pójdziesz?
Pochyliłam się, by założyć jej kurtkę. Uśmiechnęłam się, choć czułam, że twarz mam nieruchomą jak maska. W oczach już miałam łzy, ale powstrzymałam je. Jeszcze nie teraz.
– Dobrze, kochanie. Pójdziemy razem.
Tomek patrzył na nas. Chciałam, żeby zobaczył, ile traci. Ale nie powiedziałam nic. To już nie był czas na słowa.
To mnie zabolało
Przez kilka dni nie rozmawialiśmy. Tomek spał w pokoju gościnnym, a ja udawałam, że wszystko jest w porządku. Pracowałam, robiłam zakupy, gotowałam obiady, odbierałam Zuzię z przedszkola. Normalne życie, które miało przykryć nienormalne milczenie.
Nie pytałam, czy dalej się z nią spotyka. Nie musiałam. Czułam, że jego myśli już nie należą do mnie. Gdzieś się rozchodziliśmy i nie byliśmy w stanie tego zatrzymać.
Czasami patrzyłam, jak bawi się z Zuzią. Ona śmiała się tak samo jak zawsze. Dla niej wszystko było jeszcze proste. Tata to tata. Mama to mama. Dom to dom. Nie miała pojęcia, że pod tym dachem coś się rozsypuje.
Wieczorami leżałam na naszym łóżku sama, wsłuchana w odgłosy mieszkania – skrzypienie parkietu, oddech w pokoju dziecka, szum kaloryferów. Niby to samo co zawsze. Ale ja już nie byłam taka sama.
Nie wiem, co dalej. Może będziemy próbować to posklejać, a może nie. Może on wróci naprawdę, a może tylko będzie udawał. Miłość nie znika z dnia na dzień. Ale zaufanie… to już inna sprawa. Nie wiem, czy to była zdrada. Ale wiem, że to bolało bardziej, niż się spodziewałam.
Dorota, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam z chłopakiem na wiejski bal karnawałowy. Po tym, co przeżyłam, nie chcę mieć nic wspólnego z jego rodziną”
- „Wyjechałam z ukochanym w Tatry, ale do domu wróciłam sama. Czułam, że kręci i w końcu złapałam go na gorącym uczynku”
- „Uciekłam do Zakopanego, żeby poszaleć na stoku. Zamiast na nartach skończyłam w objęciach przystojnego instruktora”

