Reklama

Nie wiem, kiedy zwykłe robienie zakupów stało się dla mnie powodem do stresu. Kiedyś chodziłam po sklepach z kartką czy z telefonem w ręce, na którym miałam starannie wypisaną listę. Lubiłam te drobne momenty dla siebie: przerzucanie jabłek w skrzynce, przeglądanie nowości na półkach, a czasem i tę małą pokusę w postaci czekolady wrzuconej do koszyka. Nikt mi nie mówił, co powinnam kupić, nikt nie zerkał mi przez ramię. Do czasu.

Wszystko zmieniło się pewnego dnia, który na pierwszy rzut oka nie różnił się od innych. Dzień jak co dzień: lista zakupów, szybkie wyjście po pracy, planowanie obiadu. Nie przypuszczałam, że jedno, wydawałoby się niewinne, spotkanie w sklepie i kilka nieprzemyślanych słów mojego męża mogą sprawić, że każda kolejna wizyta w spożywczaku będzie dla mnie jak stąpanie po polu minowym. Od tamtej pory zakupy już nigdy nie były zwykłą sprawą — stały się sceną, na której rozgrywały się nasze rodzinne, codzienne dramaty.

Teściowa westchnęła teatralnie

Wszystko zaczęło się niewinnie w piątek po południu. Wpadłam do sklepu z listą w telefonie, gotowa sprawnie i szybko przelecieć przez kolejne działy. W głowie miałam plan: pieczeń na niedzielę, warzywa, coś słodkiego do kawy dla teściowej. W tym całym rozgardiaszu nie spodziewałam się, że akurat dziś, z całym tym moim naręczem zakupów, natknę się w sklepie na męża, i to w towarzystwie jego mamy.

Zauważyłam ich dopiero przy kasach, kiedy on coś jej tłumaczył, a ona kiwała głową z miną, która mówiła wszystko. Zbliżyłam się z wózkiem, zerkając ukradkiem, czy nie wyglądam zbyt zmęczona. I wtedy się zaczęło.

— O, jesteście już? — zagadnęłam niby beztrosko, choć czułam, jak serce mi bije.

— No, zobacz tylko, co ona znowu nakupowała — powiedział mój mąż, rzucając spojrzenie do koszyka. — Kolejne płatki, jakieś musy, ciastka… Po co ci to wszystko?

Jego mama od razu spojrzała na mnie, jakby właśnie przyłapała mnie na kradzieży.

— Mówiłam jej, żeby nie brała tego chłamu — dodała. — Domowe najlepsze, a nie te gotowce.

Zacisnęłam dłonie na rączce wózka, próbując nie dać po sobie poznać irytacji.

— Chciałam kupić dzieciom coś innego na śniadanie — rzuciłam chłodno. — Zresztą, na liście było.

— Lista, lista… — burknął mąż. — Czasem myślę, że robisz te zakupy jakbyś szła na wojnę, a nie do sklepu.

Teściowa westchnęła teatralnie.

— Kiedyś się nie marudziło, brało się, co było i gotowało, nie było tego wybierania, kombinowania.

— Cóż, inne czasy, inne możliwości — odpowiedziałam, siląc się na uśmiech.

Wiedziałam, że ten temat będzie jeszcze długo wracał, a moje zakupy nie raz zostaną poddane publicznej ocenie.

Spojrzał na mnie, jakbym oszalała

Wróciliśmy do domu w atmosferze, którą śmiało mogłabym nazwać lodowatą. W korytarzu mąż zajął się rozkładaniem butów, a ja wypakowywałam siatki. Co chwilę czułam na plecach wzrok teściowej, która, jakby mimochodem, wyciągała ze środka torby kolejne produkty i komentowała półszeptem.

— O, to chyba dla dzieci? — zapytała, podnosząc opakowanie kolorowych płatków.

— Tak, dla dzieci — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku miałam ochotę wrzasnąć. — Zresztą, one same prosiły.

Mąż tylko westchnął i wbił wzrok w podłogę, ale nie omieszkał dorzucić swojego:

— Ty naprawdę uważasz, że to jedzenie? Zobacz, ile tu cukru. Mama ma rację.

Odwróciłam się do niego, przerywając rozpakowywanie.

— Może ty następnym razem zrobisz zakupy, skoro tak świetnie się znasz na tym, co jest zdrowe, a co nie.

Teściowa nie przepuściła okazji.

— Ja to mogę wam gotować przez tydzień, codziennie inne danie. Będzie taniej i zdrowiej, a nie te sztuczne gotowce.

— Dziękujemy, mamo, ale radzimy sobie — mruknął mój mąż, choć jego ton był równie entuzjastyczny, co pończochy na plaży.

Złapałam się na tym, że coraz szybciej rzucam produktami do szafki, byle szybciej mieć to za sobą.

— Następnym razem po prostu wezmę tylko chleb i masło, wszyscy będą szczęśliwi — rzuciłam z przekąsem.

Mąż spojrzał na mnie, jakbym oszalała.

— No widzisz? Złościsz się, a wystarczy pomyśleć logicznie!

— Tak, bo przecież logiczne jest, żeby dzieci jadły chleb z masłem przez cały tydzień — rzuciłam, trzymając w ręku paczkę musli jak oręż.

Odrzuciłam listę na blat

Następnego dnia ledwo otworzyłam oczy, a już miałam przed sobą nową listę zakupów. Tym razem napisaną przez męża. Podsunął mi ją pod nos podczas śniadania, jakby właśnie rozwiązał równanie z trzema niewiadomymi.

— Proszę, tu masz wszystko, co trzeba. Żadnych głupot, żadnych zbędnych rzeczy — oznajmił z miną, jakby wręczał mi mapę skarbów.

— Ziemniaki, marchew, mleko, chleb… — czytałam na głos, zerkając na niego spod byka. — To już nawet jajek nie można kupić? Albo, nie wiem, pomidorów?

— Można, ale po co tyle wydziwiać. Po co to musli, po co soki w kartonie, po co dwie różne herbaty?

Przewróciłam oczami.

— Bo dzieci lubią musli, bo ja lubię soki, a ty zawsze rano wybrzydzasz, że nie ma herbaty z cytryną.

W tym momencie do kuchni weszła teściowa i naturalnie nie mogła przepuścić okazji.

— Synku, nie kłóć się z żoną. Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo. — Uśmiechnęła się do mnie słodko, a ja prawie zachłysnęłam się kawą.

— Ja tylko chcę, żebyśmy kupowali z głową — bronił się mąż, jakby już widział siebie na polu bitwy, otoczony puszkami i paczkami.

— Dobrze, zrobię zakupy według twojej listy — powiedziałam, zgniatając kartkę w dłoni. — Ale jak się okaże, że czegoś brakuje, to ja się do sklepu drugi raz nie ruszam.

Teściowa westchnęła ciężko.

— Ja w twoim wieku gotowałam z niczego. Zupę z brukwi, kompot z jabłek, dzieci były zdrowe.

— Mamo, czasy się zmieniły — mruknął mąż. — Teraz nawet brukwi nie mają w sklepach.

Odrzuciłam listę na blat.

— To idź sam, zobaczysz, jaką przyjemnością są zakupy według twoich wytycznych.

Dla niego to sukces

Wieczorem wrócił do domu z siatką zakupów i miną zdobywcy Mount Everestu. W progu już wołał:

— No, załatwione. Wszystko według listy, nic ponad to, co trzeba.

Zajrzałam do torby. Ziemniaki, marchew, mleko, chleb — jakby ktoś skopiował menu stołówki z lat dziewięćdziesiątych. Uśmiechnęłam się pod nosem.

— Widzę, że fantazji ci nie zabrakło. O, masło też jest. A gdzie twój ukochany ser? Albo kawa? — zapytałam, wyjmując kolejne produkty.

— Ser był drogi, a kawy na liście nie było — odpowiedział z kamienną twarzą.

Teściowa dołączyła do nas, kiedy już rozpakowywał zakupy.

— Widzisz, mówiłam, że mężczyzna potrafi zrobić zakupy rozsądnie. Bez tych twoich wymysłów — rzuciła, poprawiając fartuch.

Spojrzałam na męża.

— A dzieci? Pytały już o musli, które lubią jeść rano. Co im powiesz?

— Mogą zjeść kanapkę z dżemem albo płatki kukurydziane. Przecież też są dobre — stwierdził, zupełnie nie rozumiejąc problemu.

— Dżem jest, ale płatków nie kupiłeś.

Wzruszył ramionami.

— Zapomniałem. Kupię jutro, świat się nie zawali.

Teściowa uśmiechnęła się szeroko.

— Zupa z ziemniaków i marchewki, dzieci zjedzą, zobaczysz. Wcale nie trzeba wydziwiać.

Westchnęłam ciężko, patrząc, jak mąż z satysfakcją rozstawia po szafkach to swoje „minimum zakupowe”. Czułam, że dla niego to sukces, a dla mnie… kolejny dowód na to, że każdy domowy kompromis kosztuje mnie coraz więcej nerwów.

— Wiesz co, następnym razem zabierz mnie ze sobą i pokaż mi, jak powinno się kupować te twoje rozsądne produkty — rzuciłam, nie kryjąc ironii.

— Z przyjemnością! — odpowiedział, jakby czekał na takie wyzwanie.

Spojrzał na mnie bezradnie

W sobotę wyruszyliśmy na wspólne zakupy, a teściowa, oczywiście, też musiała do nas dołączyć. Już w drodze do sklepu czułam, jak atmosfera gęstnieje. Mąż z miną eksperta trzymał w ręce listę, a ja starałam się nie przewracać oczami zbyt ostentacyjnie.

— Najpierw warzywa, potem nabiał, później pieczywo — oznajmił, jakby wydawał rozkazy w koszarach.

— Jasne, szefie — odpowiedziałam sarkastycznie.

Teściowa poprawiła torebkę na ramieniu.

Dobrze, że idziemy razem. Przynajmniej nie wydacie fortuny na bzdury — podsumowała, zerkając na mnie z ukosa.

Zaczęło się niewinnie: ziemniaki, marchew, ogórki. W pewnym momencie zatrzymałam się przy półce z nabiałem i sięgnęłam po jogurty dla dzieci.

— A to po co? — zapytał od razu mąż, jakbym chciała przemycić kontrabandę.

Bo dzieci lubią. Tak jak lubią musli, którego zresztą wciąż nie kupiłeś.

— A nie mogą zjeść normalnego jogurtu naturalnego? — dopytywał, stając przy mnie z rękami skrzyżowanymi na piersi.

— Mogą, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby za chwilę usłyszeć ich marudzenie. Ty potem z nimi siedzisz przy śniadaniu, prawda?

Teściowa cmoknęła.

— Ja w ich wieku jadłam chleb z masłem i też żyję — podsumowała.

Odwróciłam się do męża, ignorując jej uwagę.

— Dobrze, kupuję jogurty. Jeśli ci się nie podoba, możesz sam wybierać dzieciom menu przez cały tydzień.

Mąż spojrzał na mnie bezradnie, a potem bez słowa wrzucił do koszyka te nieszczęsne jogurty. Poczułam, jakbym wygrała jakąś mikroskopijną bitwę w tej niekończącej się wojnie domowej.

— Może jeszcze czekoladki? — zapytał złośliwie.

— Wiesz co, chyba nawet zasłużyłam na jedną — odpowiedziałam, uśmiechając się pod nosem.

Mąż parsknął śmiechem

Wróciliśmy ze sklepu później niż zwykle, bo każde jabłko i każdą puszkę trzeba było omówić przy świadkach. Siedząc przy stole z herbatą, patrzyłam, jak mąż z teściową analizują paragony, jakby mogli tam znaleźć dowód na moją rozrzutność.

— I co, wyszło drożej, czy taniej? — zapytałam, kręcąc się przy kuchni i podsłuchując, jak teściowa wzdycha nad kilkoma złotymi więcej za „fanaberie”.

Trochę drożej — przyznał mąż, nie patrząc mi w oczy. — Ale dzieciaki się cieszą, jak mają swoje ulubione rzeczy.

Teściowa pokręciła głową z dezaprobatą.

— Ja to bym za te pieniądze ugotowała obiad na cały tydzień. Ale wy teraz wszystko inaczej robicie.

Usiadłam naprzeciw nich i postanowiłam zagrać va banque.

— Wiesz co, mamo? Może i masz rację. Może robimy wszystko inaczej, ale spróbuj kiedyś ugotować rosół bez tych wszystkich „bzdur”, które kupuję. Jestem ciekawa, czy twój syn przeżyje tydzień o samej marchewce i ziemniakach.

Mąż parsknął śmiechem.

— Ej, bez przesady. Marchewka i ziemniaki są okej, ale bez twoich „dziwnych” pomysłów byłoby nudno. Może rzeczywiście trochę przesadzamy z tym wytykaniem sobie zakupów.

Teściowa spojrzała na nas z mieszanką rozbawienia i urazy.

— Ja się nie wtrącam… Ja tylko chcę dobrze — rzuciła, choć wszyscy doskonale wiedzieliśmy, że wróci do tematu przy najbliższej okazji.

— Pewnie. Każdy chce dobrze, tylko każdy inaczej — odparłam, dopijając herbatę. — A na jutro, kochani, zakupy robię ja. Bez świadków i bez publiczności.

Mąż spojrzał na mnie z rezygnacją, ale też z ulgą. Może w końcu zrozumiał, że lista zakupów to nie jest pole bitwy, a przynajmniej nie powinno nim być.

Zuzanna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama