Reklama

Przez piętnaście lat naszego małżeństwa prośba o wyniesienie śmieci kończyła się zazwyczaj trzydniowymi negocjacjami, a brudne skarpetki stanowiły stały element dekoracyjny naszej sypialni. Robert był typem mężczyzny, którego kocha się pomimo jego wad, a nie za nie.

Był bałaganiarzem

Jego podejście do porządku można było określić jednym słowem: katastrofa. Przez lata wypracowaliśmy pewien system, który chronił nas przed zwariowaniem. Ja zajmowałam się utrzymaniem domu we względnej czystości, on zajmował się samochodem, działką i zakupami, które nie wymagały precyzyjnego planowania. To był nasz układ. Nieidealny, czasem frustrujący, zwłaszcza gdy potykałam się o jego buty porzucone na środku przedpokoju, ale stabilny.

Przyzwyczaiłam się do tego, że kubek po kawie wędruje do zlewu tylko wtedy, gdy skończą się wszystkie czyste naczynia. Nauczyłam się ignorować stosy ulotek na stoliku kawowym, które Robert nazywał swoim „archiwum”. Moja siostra Aneta często powtarzała, że jestem święta. Ona swojego męża wytresowała w rok, ja po dekadzie wciąż zbierałam papiery po batonikach z kanapy.

– Przynajmniej jest wierny i wraca do domu na noc – odpowiadałam jej zawsze, gdy temat schodził na domowe obowiązki.

Nasze życie toczyło się leniwie. Pracowałam w księgowości, Robert był przedstawicielem handlowym. Dużo jeździł, często wracał późno, zmęczony trasą. Wierzyłam, że to zmęczenie jest powodem jego bałaganiarstwa. Kiedy człowiek robi setki kilometrów dziennie, ostatnią rzeczą, o której myśli, jest polerowanie kranów w łazience.

Mieliśmy rutynę

Weszłam do domu i uderzył mnie zapach. Nie był to zapach obiadu ani nawet moich perfum. To była ostra, drażniąca woń chloru zmieszana z cytrynowym detergentem. Stanęłam w progu. Przedpokój lśnił. Buty Roberta, zazwyczaj rozkopane, stały w równym rządku, jak żołnierze na musztrze. Lustro nie miało ani jednej smugi.

Weszłam do salonu. Dywan wyglądał na świeżo wyprany, poduszki na kanapie były ułożone symetrycznie. Na stole nie było śladu po gazetach czy kubkach. W kuchni zastałam Roberta. Miał na sobie gumowe rękawice i z furią szorował fugi nad blatem. Był spocony, czerwony na twarzy, a jego ruchy były nerwowe, wręcz mechaniczne.

– Robert? – zapytałam ostrożnie. – Wszystko w porządku?

Podskoczył, jakby poraził go prąd. Odwrócił się gwałtownie.

– O, jesteś już – powiedział szybko. – Tak, wszystko super. Pomyślałem, że ci pomogę. Ostatnio dużo pracujesz, narzekałaś na kręgosłup… Stwierdziłem, że zrobię generalne porządki.

Patrzyłam na niego i nie wierzyłam własnym uszom. Mój mąż, który uważał, że pralka to urządzenie obsługiwane przez NASA, nagle szoruje fugi?

– Ale… jest wtorek – wyjąkałam. – Zazwyczaj sprzątamy w soboty. I nigdy ty.

– Ludzie się zmieniają, kochanie – uśmiechnął się. – Chciałem ci zrobić niespodziankę. Podoba ci się?

– Jest… bardzo czysto – przyznałam, rozglądając się dookoła. – Dziękuję.

Coś mi nie pasowało

Podeszłam, żeby go przytulić, ale on się cofnął. Delikatnie, ale zauważalnie.

– Jestem brudny, spocony, śmierdzę chemią – wytłumaczył szybko. – Idę pod prysznic.

Zostałam sama w sterylnie czystej kuchni. Zamiast radości czułam niepokój. Coś tu nie grało. To nie była zwykła pomoc. To wyglądało jak zacieranie śladów zbrodni. Następnego dnia wróciłam do domu z głową pełną podejrzeń. Robert znów sprzątał. Tym razem mył okna. Na zewnątrz siąpił deszcz, a on, stojąc na parapecie, polerował szybę z taką zawziętością, jakby chciał ją przetrzeć na wylot.

– Robert, przestań – powiedziałam, wchodząc do pokoju. – Okna są czyste. Poza tym pada.

– Były smugi – mruknął, nie przerywając pracy. – Nie widziałaś pod słońce, ale były smugi.

Usiadłam na fotelu i patrzyłam na niego. W ciągu ostatniego tygodnia wyraźnie schudł. Miał wory pod oczami. Nie spał dobrze, słyszałam, jak w nocy wierci się i wychodzi do kuchni pić wodę.

– Masz kogoś? – zapytałam wprost. Serce waliło mi jak młotem.

Podejrzewałam go

Zastygł z ręką na szybie. Potem odwrócił się powoli.

– Oszalałaś? – jego głos był chrapliwy. – Sprzątam mieszkanie, a ty oskarżasz mnie o zdradę? Czy kobietom nigdy nie można dogodzić? Jak nie sprzątam, to źle. Jak sprzątam, to mam kochankę. Zdecyduj się.

Jego oburzenie wydawało się szczere, a jednocześnie wyreżyserowane, jakby czekał na to pytanie i miał przygotowaną odpowiedź.

– Nie o to chodzi, że sprzątasz. Chodzi o to, jak to robisz. Zachowujesz się, jakbyś był opętany. Myjesz okna w deszczu!

– Muszę się czymś zająć – rzucił, zeskakując z parapetu. – Mam dużo stresu w pracy. Sprzątanie mnie uspokaja. To jakaś nowa forma terapii czy coś. Daj mi spokój.

Wyszedł z pokoju, a ja zostałam z poczuciem winy. Może faktycznie przesadzałam? Może miał problemy w firmie, o których nie chciał mówić? Postanowiłam odpuścić i dać mu przestrzeń.

Przez kolejne dwa dni w domu panowała napięta atmosfera. Mieszkanie lśniło, ale my mijaliśmy się w nim jak obcy ludzie. Robert wciąż coś polerował, prał, układał. Wyrzucił połowę swoich ubrań, twierdząc, że są stare. Kupił nową pościel, chociaż stara była w idealnym stanie.

Coś mnie tknęło

W sobotę rano postanowiłam sama odkurzyć, bo Robert pojechał na zakupy. Wyciągnęłam odkurzacz z szafy. Był to stary model, który wymagał wymiany worków. Otworzyłam klapę, żeby sprawdzić, czy worek jest pełny. Był pusty, zupełnie nowy. Robert musiał go wymienić. Ale coś mnie tknęło. W przedpokoju leżała reklamówka ze śmieciami, którą Robert przygotował do wyniesienia, ale zapomniał.

Zajrzałam do środka. Były tam zużyte ręczniki papierowe, puste butelki po detergentach i worek od odkurzacza. Nie wiem, co mnie podkusiło. Rozdarłam ten brudny, zakurzony worek. W kłębach szarego kurzu, włosów i okruchów, coś błysnęło. Mały, srebrny kolczyk z niebieskim kamyczkiem. Nie mój, nie noszę srebra.

Trzymałam ten mały przedmiot w dłoni, a świat wirował. Skąd to się wzięło w naszym odkurzaczu? Ktoś tu był. Kobieta. Wtedy wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. To obsesyjne sprzątanie, pranie dywanów, wymiana pościeli. On nie sprzątał dla mnie, on usuwał ślady jej obecności. Każdy włos, każdy zapach. Chciał wymazać fakt, że ona w ogóle tu istniała. Usiadłam na podłodze w przedpokoju, ściskając kolczyk w dłoni. Czekałam.

Odkryłam jego sekret

Robert wrócił po godzinie. Wszedł do domu z uśmiechem, niosąc siatki z zakupami.

– Kupiłem tego łososia, którego lubisz i… – urwał, gdy zobaczył mnie siedzącą na podłodze.

Jego wzrok powędrował na rozerwany worek od odkurzacza i rozsypany kurz. Zbladł tak gwałtownie, że myślałam, że zemdleje. Siatki wypadły mu z rąk.

– Co to jest? – zapytałam cicho, otwierając dłoń i pokazując mu kolczyk.

Milczał. Jego grdyka poruszała się nerwowo.

– Ola, ja… – zaczął, ale głos mu się załamał.

– Kto tu był i kiedy? W naszym łóżku? Dlatego kupiłeś nową pościel? Dlatego szorujesz podłogi, jakbyś chciał zedrzeć parkiet? Żeby zmyć ją z naszego życia?

Robert osunął się na szafkę na buty i schował twarz w dłoniach. Zaczął płakać.

– Przepraszam – wydukał. – Boże, tak bardzo przepraszam.

– Oszczędź mi tego – wstałam, czując nagły przypływ zimnej wściekłości. – Powiedz mi prawdę. Jeśli skłamiesz chociaż w jednym słowie, pakuję się i wychodzę. I nigdy mnie już nie zobaczysz.

Podniósł głowę. Jego oczy były czerwone i pełne przerażenia.

– To trwało pół roku – zaczął szeptem. – Poznaliśmy się w trasie. Ona była przedstawicielką innej firmy. To miało być tylko… nie wiem, odskocznia. Przysięgam, nigdy jej nie kochałem.

– Była tutaj? – przerwałam mu.

Bał się zemsty

– Dwa tygodnie temu, kiedy pojechałaś na szkolenie do Warszawy. Przyjechała, zostawiła samochód dwie ulice dalej, żeby sąsiedzi nie widzieli.

Czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Spałam w tym domu, chodziłam po tej podłodze, nieświadoma, że inna kobieta panoszyła się w moim azylu.

– Ale to nie koniec, prawda? – zapytałam, patrząc na jego drżące ręce. – Dlaczego teraz to szaleństwo ze sprzątaniem? Skoro to był tylko romans, dlaczego zachowujesz się jak wariat?

Robert wziął głęboki oddech.

– Bo to się skończyło. Zerwałem z nią. Powiedziałem, że nie mogę tego ciągnąć, że cię kocham i nie chcę niszczyć rodziny.

– I co?

– I ona wpadła w szał. Zaczęła krzyczeć, że nie pozwoli się tak potraktować. Że nie jest zabawką. Powiedziała, że jeśli ją zostawię, to powie ci o wszystkim. Że zostawiła w mieszkaniu niespodzianki, które na pewno znajdziesz.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Więc to sprzątanie… – zaczęłam powoli, rozumiejąc wreszcie całą makabrę sytuacji. – Ty nie sprzątałeś z poczucia winy. Ty sprzątałeś ze strachu. Szukałeś tych niespodzianek, zanim ja je znajdę.

Chciał to ukryć

Pokiwał głową.

– Przez ostatni tydzień żyłem w horrorze. Każdego dnia bałem się, że wrócisz z pracy i znajdziesz coś, co ona podłożyła. Szorowałem wszystko, prałem każdy materiał, sprawdzałem każdą szczelinę. Modliłem się, żeby znaleźć wszystko, zanim ty to zrobisz.

Poczułam obrzydzenie do niej, do niego, do tego idealnie czystego domu, który był teraz dla mnie miejscem zbrodni.

– Chciałeś ukryć prawdę – powiedziałam zimno. – Gdybyś znalazł ten kolczyk pierwszy, wyrzuciłbyś go i żył dalej, udając idealnego męża, prawda? Nigdy bym się nie dowiedziała.

– Chciałem nas ratować – powiedział błagalnie, próbując złapać mnie za rękę, ale odsunęłam się gwałtownie. – Bałem się, że to koniec. Że cię stracę.

– I myślisz, że teraz mnie nie straciłeś? – zapytałam.

Teraz wiedziałam, co kryje się za tym blaskiem. Strach, kłamstwo i tchórzostwo. Robert myślał, że jeśli wyszoruje podłogę wystarczająco mocno, zmyje swoje grzechy. Myślał, że wybielacz usunie zdradę. Ale brud nie zniknął. Wsiąkł głębiej, pod powierzchnię, tam, gdzie żadna ścierka nie dotrze. Zniszczył fundamenty, na których budowaliśmy nasze życie. Nie wyrzuciłam go, ale patrząc na ten nienaganny porządek, czułam pustkę. Paradoksalnie wolałabym wrócić do czasów brudnych skarpetek i kurzu na szafkach. Tamten brud był łatwy do usunięcia. Tego, co zrobił Robert, nie da się zmyć.

Ola, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama